Współautor wielu albumów, współpracujący z wieloma muzykami z różnych kręgów muzycznych -
od klasyki, przez folk, pop, hard rock aż po metal - nagrał w 2007 r. swoją pierwsza płytę solową zatytułowaną nazwą swojego zespołu.
Klubowa podłoga zatrzęsła się podczas pogo przy kawałku "Mosquito flight", stylizowanym na lot komara. Tych, którzy znają Jelonka z jego wcześniejszych projektów, nie zdziwiło pojawienie się klasyki w aranżacji metalowej jak "Wilhelm Tell" Rossiniego, kiedy pod sceną kotłowało się na całego, "Kraina Umarłych (wg. A. Vivaldiego)", czy "24 (wg. N. Paganiniego)". Było klasycznie, mocno i z przytupem. Miłośnicy cięższych dźwięków z pewnością ucieszyły dźwięki legendarnej kapeli Metallica i wykonanie ich utworu "Sad but true" w wersji symfonicznej, gitarzysta pokusił się także o piosenkę Jimiego Hendrixa „ VooDoo Child”, każda zaś zapowiadana była z domieszką jakiejś historii bądź dowcipu. Kontakt z publicznością okazał się pierwszorzędny. Prawdziwym wyzwaniem dla fanów był motyw, który pojawił się już na Przystanku Woodstock 2009 - "figura geometryczna" zwana "ścianą śmierci" podczas utworu "Elephant’s ballet".
Brak słów, by opisać emocje towarzyszące tej akcji podczas koncertu, nazwijmy to czymś w rodzaju "pogo na dwie drużyny", niemal jak podczas wojny - cała obecna publiczność dzieli się na pół i oczekuje momentu, by zaatakować przeciwnika, towarzyszy jej rzecz jasna muzyka - w tym wypadku werble zostały zastąpione przez skrzypeczki, zaś na znak muzyków fani ponownie złączyli się w jedność. Jelonek zachwycony tak wielkim poświęceniem, postanowił wesprzeć nieustraszonych melomanów, przekazując im "demoniczny oddech pocieszenia" - rycząc złowrogo do mikrofonu. Jedną z niespodzianek przygotowanych przez pełnych wyobraźni panów było także perfekcyjne, mocne wykonanie utworu grupy Rammstein "Sonne" podczas którego na wokalu udzielał się - z wielkim aplauzem zgromadzonych - niby przypadkowo znajdujący się pod sceną osobnik odziany w typowo rockowe szmatki i przypadkowo znający niemiecki. Namiastka przed łódzkim koncertem niemieckiego zespołu jak najbardziej udana.
Publiczność sprawdziła się doskonale, pod sceną kotłowało się bez przerwy, nie dziwne więc, że domagano się aż dwóch bisów. Świetna konferansjerka rozbawiła każdego, zaś typowo weselny "wężyk" podczas rockowego kawałka dał panom do namysłu, stwierdzili zatem, że powinni chyba zacząć wprowadzać na koncerty oczepiny - ciekawy pomysł, zwłaszcza, gdy zaaranżować go w stylizacji gitarowej.
Koncert ten był zatem niezapomnianym przeżyciem nie tylko za sprawą muzyki, ale także świetnego kontaktu z publicznością i wielu humorystycznych sytuacji: mimiki Jelonka, scenicznych wygłupów gitarzysty Mańka czy założenia na siebie podczas utworu "Elephant’s ballet" masek przeciwgazowych z długimi rurami. Wielu fanów z niecierpliwością czeka na kolejny występ Jelonka z ferajną, zaś trasa "Jelonek Tour 2010" trwa nadal, warto więc wybrać się do innych miast na tak wyśmienitą zabawę muzyczną.