Facebook Google+ Twitter

Pies i jego okno na świat

Radomszczański dworzec PKP, ranek, początek lipca. Lekko zaspany siedzę na ławce, czekając na przyjazd pociągu. Kierunek Kraków, motyw... nieznany.

Czasami tak lubię, wsiąść do pociągu, byle dojechał do Krakowa. Magiczne miasto przyciąga mnie swoim niepowtarzalnym urokiem. Czymś, czego gdzie indziej nie ma - tego zapachu świeżości, za każdym następnym razem, jakby się tam było pierwszy raz. Godzina już prawie ósma, opóźnienie niemal piętnastominutowe. W końcu nadjeżdża "Hutnik"; trzy czerwone wagony, potem kilka żółto-zielonych. Na twarzy czuję delikatny podmuch wiatru, w oczach drobinki piasku. Pisk, zgrzyt, po chwili słychać gwizdek konduktora.

Tuż obok, przez tory, w pośpiechu przeskakuje pięcioosobowa grupa dzieci. Za nimi starsza pani. Pewnie babcia. Zdążyli. Ja także wsiadam. W pierwszym i drugim przedziale brakuje miejsc. Trzeci cały zakopcony, w czwartym dostrzegam jedno wolne miejsce. Siadam, plecak trzymam blisko siebie. Łyk wody, w myślach rozterki, siedzę na niewłaściwym miejscu, z dala od okna. Nie znoszę tego, ale jakoś muszę wytrzymać. Do Krakowa tylko trzy godziny jazdy...

Kwadrans po godzinie jedenastej jestem na miejscu. Dopiero teraz precyzuję cel podróży – krakowski Kazimierz. Idę piechotą. Po chwili ul. Westerplatte, potem Starowiślna i długa prosta. W oddali słyszę nadjeżdżający tramwaj. Znów ludzki pośpiech, bieg na czerwonym, pisk opon, ułamek sekundy i byłaby tragedia. Ważne jednak, że tramwaj poczekał. Na skrzyżowaniu tabliczka informuje o ogrodzie botanicznym. Może później, pomyślałem. Przecinam ulicę Dietla. Zawsze dręczy mnie myśl, kim byli, co uczynili? Dziś mają swoje ulice, parki, skwery, pomniki pamięci. Może i ja kiedyś. Eh, ta moja ironia...

Pies Kazio i jego okno na świat. / Fot. Tomasz MazurNim puściłem wodze fantazji, słodka ulica Miodowa była przede mną. Potem Dajwór, Ciemna, Józefa, Kupy i Estery. Spaceruję, mijam pociemniałe kamienice, synagogi i cmentarz. Historia tysięcy ludzi zamknięta w kilkuset metrach kwadratowych. Wśród wielu, jedna z dawnych żydowskich kamienic, obecnie pełni rolę przychodni lekarskiej. W pewnym momencie, naprzeciwko dostrzegam psa. Siedzi samotnie na parapecie, zerka co chwilę, raz w lewo, raz w prawo, a raz na mnie. Aparat pod ręką, fotografuję. Drewniane, dwuczęściowe okno jest otwarte. Do środka wchodzi czarny kabel, pewnie antenowy. Jednak w pokoju cisza. Nie słychać żadnych rozmów, odgłosów telewizora ani radia. Jest tylko pies i jego okno na świat. Dziś częścią jego świata jestem ja, niespodziewanie dla mnie i dla niego. Kazio, tak go nazwałem, za chwilę, gdy już odejdę, nie będzie o mnie pamiętał. I gdyby nie ta fotografia, dla mnie Kazio z pewnością też by nie istniał...

Dwa tygodnie później przeglądam ponownie zdjęcia z krakowskiego Kazimierza. Slajd po slajdzie, kamienica po kamienicy, synagogi, cmentarz i Kazio. Czyli pies i jego okno na świat zamknięte w historii jednej fotografii...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (10):

Sortuj komentarze:

(+) ciekawe, bardzo gładko się to czyta :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

oj tak Kraków;-)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

;-)+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kazio przypomina mi Kubusia, który mieszkał u moich sąsiadów :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ za zaskoczenie i pozdrowienia dla Kazia

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ świetna puenta na zakonczenie opowiastki rasowego podróznika. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dzięki ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tomku, pięknie dochodziłeś do Kazia na fotografii. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ładny tekst :)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.