
Gdy zmarł Mieczysław Skarbek (86 lat) z ul. Bluszczowej, z tęsknoty i żalu zdechł też jego ukochany pies - 12-letni Bandzior - mieszaniec owczarka kaukaskiego.
Przez tydzień płakał za swoim panem, aż zamilkł na zawsze w środę w nocy o 3.10. O tej samej godzinie tydzień wcześniej w szpitalu w Łagiewnikach zmarł jego opiekun i przyjaciel.
Pies nie chciał już żyć
- Natychmiast po śmierci ojca Bandzior przestał jeść i pić - mówi Leopold Skarbek - Leżał i tylko cichutko zawodził. On nie chciał żyć bez swego przyjaciela. Lekarz weterynarii od razu powiedział, że jeśli ten pies nie chce żyć, to żadne leki ani kroplówki nie pomogą.
- On tak płakał po śmierci pana Mieczysława, że do krwi wytarła mu się sierść pod oczami - dodaje pielęgniarka opiekująca się zmarłym panem Mieczysławem. - Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałam. Płakałam razem z nim.
Ogromny pies od wielu lat mieszkał tylko ze swoim panem w domu z niewielkim ogródkiem.
- Tata go przygarnął - mówi syn zmarłego. - To był dorosły pies policyjny, który przeszedł na emeryturę i został oddany do schroniska. Przez pół roku pies dostawał jedzenie na długim drągu. Tyle czasu zwierzę potrzebowało, żeby zaufać mojemu tacie. Ale kiedy lody zostały przełamane, zostali przyjaciółmi do końca życia.
Czuwał przy chorym
Gdy Mieczysław Skarbek zaczął bardzo poważnie chorować i prawie nie wstawał z łóżka, pies cały czas był przy nim.

Lizał go po rękach, kładł łeb na łóżku, czekał na pieszczoty, dając choremu wsparcie.
- Gdy chory wymagał już całodobowej opieki - opowiada pielęgniarka - musiałam zamieszkać w jego domu. Codziennie o 6 rano Bandzior przychodził do mojego pokoju i budził mnie, bym przygotowała jego panu śniadanie.
Bandzior miał 12 lat i nigdy nie chorował. Umarł z tęsknoty. Jego ogromną budę syn pana Mieczysława przekazał schronisku dla bezdomnych zwierząt przy ul. Marmurowej. Jest tak duża, że znajdą w niej schronienie nawet trzy mniejsze psy.
D.P.