Facebook Google+ Twitter

"Pieśni Leara" zabrzmiały na 33. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych

„Pieśni Leara” w reżyserii Grzegorza Brala to zachwycająca muzyczna opowieść o sile i mądrości kobiecej natury, jedynego antidotum przeciwko upadkowi świata pozbawionego duchowości. Dotyka emocji, porusza nieznane obszary, pozwala doświadczyć katharsis.

Pieśni Leara / Fot. Karol JarekTo historia o kryzysie świata i wyższych wartości, zdominowanych przez żądzę władzy, pychę, chęć posiadania, podporządkowanie innych ludzi. Stawia pytanie: czy współczesnemu człowiekowi potrzebne są jeszcze jakieś „wyższe wartości”? I daje jednoznaczną odpowiedź: Tak, bo jeśli „zabraknie zasady”, którą jest więź człowieka z jego duchowością, empatia, miłość, to świat się rozpadnie. I ten wewnętrzny, i zewnętrzny też. Powszechnie znana historia króla Leara jest tego potwierdzeniem.

To właśnie kluczowe jej sceny stały się kanwą dla muzycznej opowieści przygotowanej przez Grzegorza Brala z Teatrem Pieśń Kozła z Wrocławia. Historia Leara jest tylko punktem wyjścia do pokazania "świata energii i rytmów rządzących dramatem Szekspira". Forma spektaklu opiera się na 12 pieśniach, tworzących domkniętą klamrą całość, które tworzą muzyczny dramat. I tak, z ducha muzyki, rodzi się tragedia.

Muzyczne obrazy pokazują jak świat pozbawiony wyższej idei chyli się ku zagładzie. Emocje stopniowo narastają, od lirycznej opowieści o życiu niczym w raju, przez mistrzowską Plotkę w wykonaniu Błazna (Anna Zubrzycki), po starcie pierwiastka kobiecego i męskiego i triumf bezmyślnej siły tyrana i despoty Leara (Gabriel Gawin). Śpiew całego chóru, wzmocniony wybijanym na krzesłach (jedyny element scenografii) rytmem, jest niesamowitą dawką energii. Przeraża. ale i porywa, bo zło potrafi uwieść. Ekstatyczny taniec w wykonaniu Paola Garghentino potwierdza: zapobiec tragedii już się nie da.

Do czego prowadzi wyzbycie się wrażliwości, strach przed miłością, kalkulacja, dominacja chłodnego umysłu nad duchowością? Do czego doprowadził Lear, tyran, niezdolny do wyższych wartości? Skrzywdził najbliższych, doprowadził do upadku kraj, ale przede wszystkim samego siebie. Czy to już koniec? Na szczęście nie. Na gruzach królestwa trwa Kordelia; wygnana, niekochana, odrzucona, trwa. Na tym polega jej siła, siła kobiet, które są głównymi bohaterkami tego spektaklu.

 / Fot. Karol JarekTo nie jest opowieść o Learze; to opowieść o triumfie animy, czyli kobiecej części natury. Czy silniejszy ostatecznie jest tyran, czy kochająca Kordelia, „ze zbyt wielkim sercem”? Finałowa pieśń Błazna (Anna Zarzycki) i Kordelii (Monika Dryl), będąca nadzieją na odrodzenie, zapiera dech. Zestrojone z głosami artystek instrumenty wzmacniają efekt, i już nie ma aktorek, jest tylko muzyka; one same stają się muzyką. Tego opisać nie sposób. Tego trzeba posłuchać. I przeżyć.

Stała obecność na scenie reżysera spektaklu Grzegorza Brala w charakterze komentatora zdarzeń powoduje, że widz stale balansuje między uczestnictwem w misterium, słuchaniem oratorium a oglądaniem spektaklu. Wchodzimy w mistyczny przekaz i powracamy do teatralnej rzeczywistości. Stopień tego doświadczenia jest też zależny od miejsca wystawiania „Pieśni Leara”. Wydawać by się mogło, że miejscem naturalnym dla nich jest refektarz wrocławskiego kościoła św. Katarzyny, ale jak się okazało w Warszawie, nawet niezbyt przytulna sala Teatru na Woli nie jest w stanie zaszkodzić spektaklowi.

Do pracy przy tworzeniu tego arcydzieła Grzegorz Bral zaprosił dwóch kompozytorów. Jean – Claude Acquaviva, znawca korsykańskich pieśni polifonicznych skomponował muzykę do hymnów łacińskich, natomiast Maciej Rychły, do tekstu gnostyckiej, koptyjskiej ewangelii wg Tomasza. Perfekcyjne wykonania polifonicznych pieśni, „żonglowanie” głosami, dopracowana do najdrobniejszego szczegółu reżyseria, szczerość przekazu, stanowią o sile „Pieśni Leara”. Wszyscy występujący zasługują na najwyższe uznanie, ale występ Moniki Dryl to coś szczególnego. Ta młoda aktorka Teatru Narodowego w Warszawie, pokazuje tu mistrzostwo i gamę możliwości, których nigdzie wcześniej nie była w stanie zaprezentować.

 / Fot. Karol JarekJedna z pieśni spektaklu nosi tytuł „Pieśń Anioła”, bo jak miał powiedzieć jej kompozytor Jean-Claude Aquaviva, gdy aktorzy dobrze zestroją swe głosy, będzie można usłyszeć głos Anioła. W tym oratorium głos Anioła słychać nie tylko w jednej pieśni, a w całym spektaklu.

Powstawał miesiącami, zmieniał kształty, dojrzewał. Kto widział pierwsze pokazy „Szukając Leara” (taki tytuł nosiły pokazy pracy w toku) w Teatrze Studio w kwietniu 2011, wie, jak bardzo ewoluował, jak się rozwijał, by ostatecznie zaprezentować się w 2012 roku w Edynburgu na Fringe Festival jako Opus Magnum, oczarować tamtejszych krytyków i zebrać najważniejsze nagrody festiwalu.

Emocje emanujące ze sceny udzielają się widzom, a śpiew pozwala doświadczyć katharsis. Może dlatego publiczność we Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu, Edynburgu słucha jak zaczarowana, a po zakończeniu występu nie chce aktorom dać zejść ze sceny. Może takich emocji nam potrzeba, może tego jesteśmy spragnieni, zmęczeni pseudoteatralnym bełkotem jakiego wiele ostatnio. Nie zwlekajcie, nie ograniczajcie się do recenzji, idźcie na „Pieśni Leara” poczuć tę energię.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Niezwykle ciekawie i zachęcająco opowiedziany spektakl. Po przeczytaniu tej ... właściwie recenzji, "Pieśni Leara" wydają się byc "lekturą obowiązkową". Jeśli będę miał okazję, to jej nie przepuszczę. Dzięki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.