Facebook Google+ Twitter

Pieszo przez nieznaną Amerykę. Recenzja książki Wolfganga Büschera

Lubię książki, które są jak filmy. Uwielbiam, gdy sposób konstrukcji zdań, przemyślany dobór słów wyświetla w głowie obrazy i zabiera w podróż do zupełnie nieznanego świata.

 / Fot. J. LepiorzKsiążka Wolfganga Büschera nie zabrała mnie w taką podróż. Ona mnie tam porwała. Wędrowałem przez Amerykę pieszo razem z autorem. Byłem tuż obok, od stresującej odprawy granicznej w North Portal aż do samego południa, do pełnego morderców Matamoros. Stresowaliśmy się razem, razem zachwycaliśmy pięknem krajobrazu.

Śmiało mogę powiedzieć, że autor jest nie tylko prozaikiem i dziennikarzem, laureatem w pełni zasłużonych nagród literackich. Jest także poetą. Spójrzcie tylko, jak pisze o Dakocie: „Ta Ameryka to nie krajobraz tylko ziemia, ziemia, ziemia. Światło i ziemia". "Hartland. Pieszo przez Amerykę” to pozycja zarówno dla pasjonatów minionych i współczesnych losów Stanów Zjednoczonych jak i dla literackich estetów, miłośników słownych splotów, ekwilibrystyki metafor.

Jak Büscher widzi Amerykę? Zupełnie inaczej, niż ją sobie wyobrażał i inaczej, niż ja ją do tej pory widziałem. Jego pierwsze wrażenie nie ma nic wspólnego z hałaśliwym tłokiem Nowego Jorku, z różowym lukrem Hollywood czy luksusową plażą w Miami. Pierwsze wrażenie z północnego Hartland: pustka. Ameryka jest pusta. Pozostawione na poboczach samotne domostwa o ścianach tak cienkich, jakby miał je przewrócić najlżejszy podmuch wiatru, składają się jak domek z kart na krajobraz amerykańskich pustkowi. Na gankach zamieszkanych domów nikogo nie ma, po drogach z rzadka przejeżdża samochód.

Oglądając Amerykę powoli, podczas swojej pieszej wędrówki, autor zakłada magiczne okulary, które pozwalają mu widzieć to, co jest teraz przez pryzmat tego, co było wczoraj. W usypanych stosach kamieni szuka indiańskiej symboliki, na ogromnych połaciach północnych Wielkich Równin osadza historie pierwszych osadników, wojowniczych przybyszów z Europy, dzielnych pielgrzymów, krzewiących swoją wiarę, poszukiwaczy złota czy zwykłych oszustów, widzących nowy ląd niczym nową szansę na swój szemrany sukces. Krok za krokiem, myśl za myślą, prowadzi czytelnika w głąb tego kraju i w głąb swojej imponującej wiedzy o nim.

Ale to przede wszystkim książka o ludziach żyjących na amerykańskiej ziemi, o spotkaniach wzbogacających duchowo i tych pozostawiających niesmak, odrazę a nawet strach. Częściej jednak mamy tu do czynienia z ludźmi życzliwymi, nawet jeśli życzliwość blokowana jest nieco przez nieufność wobec obcych. Niejeden Amerykanin bez problemu nadkłada kilkanaście kilometrów drogi, aby podwieźć gdzieś pieszego wędrowca i jeszcze pierwszy zagaduje: Need a ride?

Ten kraj odruchowych pozdrowień i odruchowych uśmiechów podoba się Büscherowi. Odruchy te dają mu poczucie przynależności, wrażenie bycia mile widzianym gościem. Chwyta się ich czasem jak ostatniej deski ratunku, w środku pustkowia i w środku nocy szukając noclegu, marząc o małej podwózce czy talerzu gorącej strawy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Nie słyszałem o tej książce, dlatego na pewno po nią sięgnę. Jestem fanem "zgiełku" Nowego Jorku, ale interesują mnie też inne kolory Ameryki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fajnie napisane :-) Lubię reportaże, więc chętnie przeczytam książkę. Dzięki za podpowiedź :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.