Facebook Google+ Twitter

Pijany mistrz i mnich Shaolin w „Zakazanym Królestwie"

Jackie Chan i Jet Li - te dwa nazwiska rozpalają emocje fanów kina kung-fu na całym świecie. Niedawno miałem okazję obejrzeć obu panów w ich dawno zapowiadanym, wspólnym projekcie - „Zakazane Królestwo”.

Plakat kinowy / Fot. Fot. materiały prasoweCały film to hołd dla kina przygodowego i chińskich filmów wuxia z lat 70 i 80. Poczynając od czołówki, poprzez charaktery postaci, na fabule kończąc. A ta, choć naiwna, na szczęście nie przekracza pewnych granic i nie schodzi poniżej poziomu przyzwoitości. Historia, inspirowana chińskimi legendami, opowiada losy młodego chłopaka imieniem Jason (Michael Angarano, „Moja Droga Wendy”), który w magiczny sposób zostaje przeniesiony do starożytnych Chin, gdzie pomaga w walce z Nefrytowym Władcą, który uwięził legendarnego Króla Małp. Czy wspominałem już, że będzie nieco nawinie?

Na pewno wspomniałem, że każdy element filmu czerpie garściami z filmów, które uczyniły gwiazdy z Jackie Chana i Jeta Li. Tak więc Jackie Chan, nawiązując do filmu „Pijany Mistrz” występuje tu jako wiecznie pijany wędrowiec, który nigdy nie rozstaje się z bukłakiem wina (i dzięki temu walczy jak natchniony...). Postać Jeta Li z kolei to skupiony, milczący, poważny mnich rodem z klasztoru Shaolin, przypominający jego rolę Wong Fei-hunga z „Dawno Temu w Chinach”. Elementem charakterystycznym starych filmów kung-fu jest ukazanie przemiany młodego adepta, poddawanego przez swojego mistrza treningowi, składającemu się z różnego rodzaju wymyślnym ćwiczeń. Tak jest i tutaj; tyle, że mistrzów mamy dwóch, co pozwoliło obu legendom kina akcji z przymrużeniem oka potraktować wizerunki kiedyś przez siebie stworzone.

Z ironią zostaje potraktowany także główny bohater, zafascynowany starymi filmami rodem z Hong Kongu, w które zaopatruje się w sklepiku starego Chińczyka (zgadnijcie kto wystąpił w tej roli?) w Chinatown. Pokój Jasona wygląda jakby był żywcem wyjęty z lat 80, kiedy to część nastolatków ogarnęło szaleństwo na punkcie Bruce’a Lee. Wszystkie jego ściany są pełne plakatów a na ekranie telewizora leci właśnie jakiś stary film wuxia.

Od strony technicznej nie można „Zakazanemu Królestwu" nic zarzucić. Ot, poprawnie zrealizowany i zmontowany film z kilkoma ładnymi widoczkami (nieco wspomaganymi efektami komputerowymi) oraz dobrze skomponowaną i oddającą klimat przygody muzyką. Standard. W sumie, nie spodziewałem się jakiegoś fajerwerku a to dlatego, iż film reżyserował Rob Minkoff, którego jedynym znanym (i chyba jedynym dobrym) filmem jest „Król Lew”. Jednym zdaniem - dobra rzemieślnicza robota.

"Zakazane Królestwo" to film kung-fu - a skoro jest to film kung-fu to muszą być i walki. Walki są, a owszem, (za choreografię odpowiadał legendarny już Yuen Woo-ping pracujący m.in. przy „Matrixie” i „Pijanym Mistrzu”) z tym, że nie licząc jednej, emocjonującej walki, na którą wszyscy czekali - pomiędzy Jackie Chanem i Jetem Li pozostałe... po prostu są. No właśnie - nie ziębią, nie grzeją. Jako że akcja dzieje się w mitycznej krainie, więc standardowo wojownicy latają i wykonują kilkumetrowe skoki, odbijając się od ścian (cecha charakterystyczna filmów wuxia), rozbijają gołą pięścią mury oraz wykorzystują w walce magię (to ostatnie - na szczęście - w śladowych ilościach). Niby wszystko jest na swoim miejscu, jednak oglądając pojedynki czułem niedosyt. Yuen Woo-ping tym razem nie zabłysnął.

Mimo niezbyt emocjonujących walk, starsi fani powinni być ukontentowani. Każda chwila z tym filmem to powrót do lat dzieciństwa. Bez większych zachwytów ale i bez uczucia rozczarowania. „Zakazane Królestwo” to produkcja dobra - przebłysków geniuszu jak i błędów nie dostrzegłem. Fani Jackie Chana i Jeta Li oglądając ją będą z rozrzewnieniem wspominać filmy „kopane” z lat swojej młodości. A pozostali? Może, jeśli się zdystansują.

Jeśli ktoś jeszcze nie jest przekonany to spróbuje użyć porównania: jestem fanem Indiany Jonesa ale po obejrzeniu jego ostatnich przygód czułem niedosyt (czasami wręcz niesmak) – po „Zakazanym Królestwie”, pod wpływem wspomnień, sięgnąłem po „Pijanego Mistrza” z 1978 roku.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 23.10.2008 17:42

co do ostatniego Indiany Jonesa, to ja czułem odruchy wymiotne :) czego niedlugo dam wyraz, bo nachodzi premiera DVD ;) może znowu będzie okaza do szerszej polemiki :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.