Facebook Google+ Twitter

Piloty w rękę, włączamy "Big TV" i... słuchamy nowych White Lies!

Współautorzy: Justyna Kosior

To trzeci krążek brytyjskiej grupy, który pojawił się właśnie w polskich sklepach. W "Big TV" zespół pokazał swoje nowe oblicze. Na ich muzyczne eksperymenty warto przeznaczyć cały prime time!

WSPÓŁPRACA: Justyna Kosior


"Power" na pilocie i zaczynamy!
Program zaczyna tytułowe "Big TV". Najważniejszy interpretacyjne utwór tej płyty. Jeśli zrozumiemy zarówno tekst, jak i "soundtrack" - zrozumiemy klimat całego albumu. Opowieść o samotnej dziewczynie, która osiągnęła sukces w wielkim mieście. Teraz siedzi w pustym mieszkaniu, przed telewizorem. W tle przygrywa jej lekko elektronika i naprawdę niezła perkusja Jacka Lawrence-Browna. Zapamiętajmy tę dziewczynę i elektroniczny background do jej rozmyślań. Jej historia przeplatana dźwiękami z "elektronicznego towarzysza" będą leitmotivem tego albumu.

Przełączamy kanał i otwieramy cykl pod tytułem "Sidła miłości". Tylko, że program telewizyjny White Lies jest o niebo lepszy niż brazylijskie telenowele prezentowane u nas. "There Goes Our Love Again" to dynamiczna, ale prosta muzycznie historia słabnącego uczucia. Lektorem jest wspaniały Harry McVeigh.

Uwaga! Czołówka na kanale trzecim!
Trójka to "Space I" - krótki, instrumentalny łącznik - nowość na płytach White Lies. Przypomina czołówkę, początkowo jak z "Odysei Kosmicznej", potem jak z Disney'a, ale sama końcówka wprowadza już w klimat thrillera SF. Bo na czwórce znajdziemy "First Time Caller" - przedziwne dzieło, które w warstwie muzycznej jest niezwykle żywe i radosne, z lekkim odniesieniem do lat 80-tych. Natomiast tekstowo przypomina raczej thriller. Dialogi kochanków naprawdę są napięte.

Skaczemy po kanałach tematycznych
Na piątce właśnie zaczął się dramat obyczajowy "Mother Tongue". Odpoczywamy nieco od miłosnych rozterek bohaterów i zastanawiamy się nad problemem odejścia od własnych korzeni, wyparcia z siebie swojego dziedzictwa, a więc i swojej istoty. Towarzyszy temu przepiękny bas Charlesa Cave'a, rwąca lekko gitara i naprawdę świetna perkusja w przejściach.



W "Getting Even" Harry McVeigh daje z siebie wszystko. Jest tu genialny wokal oraz idealnie wkomponowany keyboard. Warto też zwrócić uwagę na perkusję. To też jedna z dłuższych piosenek na płycie, jeśli chodzi o tekst. Wróciliśmy do tematyki miłosnej. To historia wielkiej krzywdy, zemsty (w której cieniu majaczy myśl o przebaczeniu), a w końcu rozstania.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.