Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

28458 miejsce

Pisać, albo ciężko chorować. Wywiad z Maurycym Nowakowskim

Nie samym Markiem Krajewskim może niedługo żyć kryminalny Wrocław. Do grona autorów umiejscawiających literacką zbrodnię w stolicy Dolnego Śląska dołączył właśnie Maurycy Nowakowski, autor kryminału "Plagiat".

 / Fot. Monika FaronMaurycy Nowakowski zadebiutował w 2013 roku powieścią o korupcji w futbolu. „Okrągły przekręt” tak wiarygodnie snuł historię odradzania się procederu korupcyjnego w polskiej lidze piłkarskiej, że do dziś wielu czytelników ma wątpliwości, czy to aby na pewno fikcja. Nowakowski zapewnia, że tak i znów ujawnia się z powieścią, która tak mocno splata się z rzeczywistością, że trudno powiedzieć, co jest prawdą, a co owocem wyobraźni autora. Jego druga książka beletrystyczna pt. „Plagiat”, która właśnie trafia do księgarń, to znów maksymalnie uwiarygodniona historia, tym ciekawsza od „Okrągłego przekrętu”, że ostro podlana krwią, trup ścieli się w niej gęsto, a wszystko to osadzone w „dzisiejszym” Wrocławiu. W stolicy Dolnego Śląska od lat iskrzy na linii „narodowcy” – „europejscy postępowcy”, nie ma miesiąca w którym jakieś ugrupowanie nie manifestowałoby swoich poglądów demonstrując na rynku. Co jakiś czas dochodzi do zamieszek, przepychanek, incydentów. A to ktoś pobije szefa galerii, a to ktoś inny spali instalację artystyczną, albo kukłę Żyda. Nawet pod wrocławskim teatrem w ostatnich miesiącach nie jest spokojnie. I Nowakowski inteligentnie korzysta z tych lokalnych napięć, by zbudować z nich wiarygodny, współczesny fundament pod krwawy wrocławski kryminał.

Piotr Kocot: Nie bałeś się umiejscawiać tak drastycznej opowieści w swoim rodzinnym mieście i to jeszcze w takim ważnym, historycznym dla miasta momencie?

Maurycy Nowakowski: Oby tylko nie odwołali Europejskiej Stolicy Kultury z tego powodu (śmiech). Sugerujesz, że coś mi grozi? Radni będą mieli pretensję?

PK: Mam nadzieję, że nie… Wyrazistym tłem „Plagiatu” jest konflikt między młodzieżową, agresywną bojówką nazwijmy to „narodową”, a środowiskiem studencko – kulturalnym zapatrzonym w nowoczesną Europę. Wkraczasz przez to na grząski teren wojenki światopoglądowej jaka trawi polskie społeczeństwo z rosnącą siłą już od kilku lat.


MN: Tym bardziej jest to wdzięczny temat, nie widzę tu specjalnego ryzyka czy zagrożenia, raczej szansę na ciekawe, gorące tło. Chcę pisać książki współczesne, które oprócz tego, że są ciekawymi historiami, będą też dokumentem naszych czasów, stąd takie a nie inne umiejscowienie akcji.

PK: Ja z kolei nie widzę w „Plagiacie”, żebyś się z którąś ze stron wyraźniej utożsamiał.

MN: I słusznie, bo „Plagiat” nie jest moją osobistą publicystyką, w której chciałbym się ścigać z Rafałem Ziemkiewiczem albo Sławomirem Sierakowskim. To powieść kryminalna, w której racja którejkolwiek ze stron konfliktu światopoglądowego nie ma większego znaczenia, tutaj ten aspekt musi ustąpić sprawie dużo prostszej, ale niemniej ważnej – prawdzie i sprawiedliwości na poziomie jednostki, a nie całego społeczeństwa. Jak większość kryminałów, „Plagiat” jest historią mówiącą o tym, że nie wolno krzywdzić drugiego człowieka, nie wolno mordować, nie wolno kraść…

PK: Ale jednak spodziewałem się, że wyczuję mimo wszystko, pewne forowanie środowiska kulturalnego, a tymczasem w „Plagiacie” na światek kulturalny i naukowy spada sporo krytyki… I to w momencie kiedy Wrocław został Europejską Stolicą Kultury 2016.

MN: Przede wszystkim to krytyka autorstwa mojego bohatera, Marcina Farona, z którym się utożsamiam tylko do pewnego stopnia. Nie każdy jego pogląd jest moim. Poza tym to, co się dzieje w „Plagiacie” określiłbym mianem pewnej ironii, cynizmu, szpileczki przebijającej balon PR-owych zasłon i przesadnych oczekiwań. Faron nie jest zakochany w kulturze, traktuje ją raczej jak surowy ojciec, nie chwali za byle co, za sam fakt istnienia, za „bycie kulturą”. Oczekuje jakości, a z tą jak wszyscy wiemy bywa różnie. I nie ma lepszego momentu na wbicie takiej szpileczki niż właśnie moment startu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Oczywiście trzymam kciuki za tę imprezę, ale już jej otwarcie pokazało, że to trochę kolos na glinianych nogach (śmiech). Gdybym ja wymyślił historię z tą kuną i brakiem prądu, to czytelnicy by powiedzieli, że zdrowo przesadziłem… a to niestety smutna rzeczywistość, która potwierdza, że ironia zawarta „Plagiacie” nie była bezpodstawna.
 / Fot. Pracownia WV
PK: Dobrze, że wspomniałeś o tym rozróżnieniu między autorem a bohaterem… Jak byś określił procentowo podobieństwo między tobą a Marcinem Faronem?

MN: Nie ma tu zbyt wielu podobieństw, nie tworzyłbym bohatera na własne podobieństwo, bo po pierwsze byłoby to nudne, a po drugie trochę ryzykowne… Zgadza się płeć, podobny wiek, nieco podobny zawód, ale jeśli chodzi o cechy charakteru, to już powiedziałbym, że mamy tu zgodność na poziomie może dwudziestu procent. Tak: pi razy oko (śmiech).

PK: System wartości?

MN: Też, ale od tego trudno uciec. Obaj jesteśmy przecież po jasnej stronie mocy.

PK: A sposoby dociekania prawdy?

MN: Tu stawiam na wiarygodność. Nie chciałem mieć w książkach zmęczonego życiem policjanta-rozwodnika ganiającego ze spluwą, a wieczorem pijącego wódkę do telewizora. Na pewno nie chciałem szorstkiego drania, mam przesyt bohaterów w typie Gregory’ego House’a. Kiedy pisałem Farona po raz pierwszy zależało mi, żeby to była postać bliska dzisiejszemu pokoleniu 20-, 30 latków. Pozbawiony stabilizacji singiel, wynajęte mieszkania, kawalerki, trochę naiwny, bardzo ambitny, nadpobudliwy, młody pracoholik. Faron ma być rzeczywisty, chcę żeby ludzie czytając jego historię widzieli typowego, przekornego dziennikarza pracującego 24/7 w redakcji, jakich są w Polsce dziesiątki. Młody jest, ma jeszcze czas na to, aby zostać efektownym dziennikarzem śledczym, który przed śniadaniem jedzie do Smoleńska szukać trotylu na Tupolewie, a po kolacji ucieka zbirom Putina ciemnymi uliczkami Moskwy…

PK: W Smoleńsku i Moskwie jeszcze nie rozrabiał, ale w finale „Plagiatu” wylądował w niemieckiej Moguncji. To było dosyć brawurowe.

MN: To pierwszy moment, kiedy poczułem, że rodzi mi się taki prawdziwy bohater, którego na wiele stać i który może ryzykować zdrowie i życie dla uzyskania odpowiedzi na kluczowe pytania. Ale trzymałem się wiarygodności, bo to, że się zachował tak, jak się zachował wynikało z jego nastawienia. To było logiczne.

PK: Ten finał to już nie kryminał, to thriller…


MN: Też tak uważam. „Plagiat” rozpoczyna się jak kryminał obyczajowy z elementami political fiction ale zmierza w kierunku thrillera. Myślę, że to dobre rozwiązanie, zawsze lubiłem takie narastanie napięcia i w literaturze i w filmie.

PK: Pomówmy chwilę o twoich inspiracjach. Skąd czerpiesz pomysły, natchnienie? opowiedz trochę o swoim źródełku twórczym.

MN: Chcąc pisać książki współczesne i rzeczywiste siłą rzeczy moją najważniejszą inspiracją jest obserwacja świata. Bardzo wnikliwie śledzę to co się dzieje wokół, od własnego podwórka przez sytuację w kraju, aż po kondycję Europy, i infekuje mnie to na tyle mocno, że mam wybór: albo piszę książki, albo ciężko choruję (śmiech). Wybrałem to pierwsze.

PK: A wzory literackie?
 / Fot. Monika Faron
MN: Na pewno muszę wspomnieć o Waldemarze Łysiaku, którego swego czasu przerobiłem niemalże w całości, od „Kolebki”, aż po „Satynowego Magika”, łącznie z publicystyką, i pewnie nie pozostało to bez wpływu na to, jakim jestem autorem. Z tak zwanych „kryminalistów” lubię Marka Krajewskiego, chociaż wbrew lokalnemu patriotyzmowi wolę lwowskie opowieści o Popielskim. Lubię też Miłoszewskiego, Mankella… Ale jeśli ktoś mnie pyta o inspirację to zawsze staram się zwrócić uwagę na to, że inspirują mnie też muzyka i film. Trudno mi jednoznacznie określić w jaki sposób na moje pisanie mogła przełożyć się fascynacja rockiem progresywnym, być może zaczerpnąłem z progresji odwagę do przełamywania schematów i mieszania gatunków… i słabość do długich form (śmiech). Natomiast jeśli chodzi o film, to już jestem w pełni świadomy, że sporo się uczę od reżyserów i scenarzystów. Mam zwyczaj wracania do filmów, które mi się podobają i które mnie inspirują. Jest kilka tytułów z których naprawdę można się wiele nauczyć. „Dług” Krauzego to świetnie konstrukcyjnie poprowadzona opowieść, tam każda scena jest ważna, każda albo ciągnie akcję, albo mówi coś o bohaterach. Zero waty. „Pojedynek na szosie” Spielberga to mistrzowsko budowana dramaturgia i stopniowanie napięcia. „12 gniewnych ludzi” Lumeta to kunszt prowadzenia dialogów, argumentowania, kontrargumentowania i dowód na to, że dialog i ciekawy jego temat może przebić każdy film akcji, z każdą ilością pościgów, strzelanin i wybuchów. Krótko mówiąc moje inspiracje to wielki tygiel, w którym obserwacja rzeczywistości miesza się z wpływami literacko – filmowymi, z pewną domieszką muzyki.

PK: A w tym ostatnim okresie, kiedy zacząłeś pisać powieści, co miało największy wpływ na twój warsztat?

MN: Pamiętam, kiedy zbierałem pomysły do „Okrągłego przekrętu” czytałem sporo współczesnych rzeczy. „Uwikłanie” i „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego. Duże wrażenie zrobił na mnie kryminał „W piekle lepiej być nikim” Maciejewskiego, w którym sporo było „mowy pozornie zależnej”, czyli wlanych do narracji przemyśleń bohaterów. Spodobał mi się ten zabieg i korzystałem z tego zarówno w „Przekręcie”, jak i w „Plagiacie”. Dosyć dziwną inspiracją z tamtego okresu była książeczka „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, który wydał taką literacką wersję scenariusza tego głośnego filmu. Spodobał mi się ten prosty, lakoniczny, taki scenariuszowy styl i pomyślałem, że może jest to jakiś sposób na dzisiejszą literaturę. Mniej słów, więcej obrazów, mniej narracji opisowej, więcej dialogów. Dynamika filmowa. Wprowadziłem to, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku, do „Okrągłego przekrętu”, który w dużym stopniu płynie właśnie na dynamicznych dialogach i bardzo oszczędnym opisie. W „Plagiacie” już te proporcje musiałem trochę zmienić, bo historia jest bardziej rozbudowana, intryga zagmatwana, więc siłą rzeczy narracja jest bogatsza.

PK: Mówisz, że Faron ma jeszcze czas na to aby zostać dziennikarzem śledczym z prawdziwego zdarzenia. Rozumiem, że planujesz następne powieści z tym bohaterem?

MN: Mam już konkretny, sprecyzowany pomysł na trzecią powieść i wiosną zamierzam zacząć pisać, tak aby na przyszły rok książka była gotowa. Mam już cały projekt, jest nawet tytuł, z którym trudno będzie mi się rozstać. Nic tylko siadać do pisania.

PK: To dlaczego dopiero wiosną zaczynasz?

MN: Jestem na finiszu pracy nad biografią zespołu Riverside. Do wiosny powinienem się uporać. Przede mną jeszcze jeden cykl wywiadów z muzykami, a do napisania dosłownie półtora rozdziału i wstęp, który zawsze robię na koniec. W marcu wszystko powinno być gotowe, chyba że się złapiemy z chłopakami „za łby” w trakcie autoryzacji (śmiech).

PK: Ile czasu zwykle pracujesz nad książką?

MN: Około roku, ale ostatnio więcej poprawiam, rozkminiam, szlifuję i schodzi mi nieco więcej. Biografię Petera Gabriela i „Okrągły przekręt” pisałem po dwanaście miesięcy, ale już nad „Plagiatem” siedziałem prawie półtora roku. Biografia Riverside licząc od pierwszych napisanych słów, jesienią 2014, też będzie lada moment osiemnaście miesięcy… Z trzecią powieścią postaram się zejść do poprzedniej, rocznej normy.

PK: Wygląda na to, że ciągle piszesz.

MN: Jak zacząłem w 2006 roku to faktycznie ciągle nad czymś pracuję. Pomysłów nie brakuje więc trzeba korzystać.

PK: To prawie dekada pisania. W takim razie życzę ci, żeby tych pomysłów nigdy nie brakowało.

MN: Trafne życzenie dla pisarza, dziękuję!





Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

"Plagiat"- przeczytam na pewno. Zaraz zamówię przez Internet... To siła oddziaływania ciekawej rozmowy...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.