Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

28777 miejsce

Pitaval tarnowski (retro). Masakra w Krzyżu

Długo po wojnie na temat tej makabrycznej zbrodni krążyły po Tarnowie legendy. W latach pięćdziesiątych niektórzy socjaliści próbowali z Kazimierza Kolanowskiego, zabójcy 5 swoich dzieci robić bohatera.

Długo po wojnie na temat tej makabrycznej zbrodni krążyły po Tarnowie legendy. W latach pięćdziesiątych niektórzy socjaliści, jak opowiadał mi pewien tarnowski historyk próbowali z Kazimierza Kolanowskiego, zabójcy 5 swoich dzieci robić bohatera i zarazem ofiarę obszarników. Na temat tego zabójstwa układano wiersze i pieśni.
- Jedną z nich - mówi pracownica tarnowskiego oddziału Archiwum Państwowego w Mościcach podając zakurzone akta - śpiewała mi matka. Przez dłu¬gie lata byłam przekonana, że ta zbrodnia była wymysłem ludzkiej fantazji.
Nic dziwnego, że to, co wydarzyło się 28 marca 1935 r. w Krzyżu wstrząsnęło mieszkańcami Tarnowa i okolic.
- Dzisiaj, około godziny jedenastej przed południem zgłosił się do Wydziału Śledczego Policji Państwowej w Tarnowie - poinformował przodownik Antoniszak - mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, mieszkający na terenie folwarku Sanguszków w Krzyżu. Kazimierz Kolanowski zawiadomił, że kilkadziesiąt minut wcześniej zamordował swoje dzieci. Całą piątkę, w wieku od dwóch do ośmiu lat. Co pchnęło go do takiego czynu? Kolanowski podał tylko jeden powód - zwolnienie go z pracy.
Przodownik Antoniszak na chwilę odwócił się, złapał za słuchawkę i rozmawiał z kimś telefonicznie.
- Tak, tak - mówił - zaraz wyjeżdżam do Krzyża. W tej sprawie był już stosowny telefonogram. Oczywiście, sprawdzę na miejscu, czy zeznania Kolanowskiego odpowiadają prawdzie.

DOROBIŁ KLUCZ

Zabójca 5 dzieci pochodził z Gumnisk. Skończył trzy klasy szkoły w Rzędzinie. Z dobrym nawet postępem. Kolanowski umiał więc czytać, pisać i rachować. Zaraz po szkole zaczął chodzić do dworu. Na robotę. Pomagał przy koniach. W 1911 r. sparaliżowało mu prawą rękę, gdy napił się na chrzcinach u siostry i położył się później spać na tej ręce. Ta sparaliżowana ręka wybawiła go od austriackiego wojska. Ożenił się w 1919 r. i zaciągnął się do służby na dworze. Jako parobek do koni. Po kilku latach Kolanowskiego przeniesiono na cięższe stanowisko. Za karę. Zarzucono mu, że niedbale pracował przy koniach. Został więc stróżem w folwarku w Krzyżu.
Biegli sądowi, krakowscy psychiatrzy dr M. Ciećkiewicz i prof. dr. L. Wachholz badający później Kazimierza Kolanowskiego stwierdzili, że zabójca 5 własnych dzieci nie lekceważył obowiązków, lecz nie mógł im podołać z powodu porażonej ręki.
Służba stróża w Krzyżu była dla Kolanowskiego bardzo uciążliwa. Codziennie, przez okrągły rok musiał pilnować folwarku, od dwudziestej do czwartej nad ranem. Podczas służby obowiązkowo musiał nakręcać noszony przy sobie zegar... kluczami umieszczonymi w różnych punktach folwarku.
Kiedy zasypiał? Parę minut po czwartej nad ranem. Budził się o dziesiątej przed południem. A jak się przebudził - sprzątał i nosił drzewo.
Za swą pracę - odnotowali psychiatrzy - Kazimierz Kolanowski - pobierał 3 sągi drzewa, ordynarię z jednej czwartej morga. Otrzymał też 34 zł kwartalnie, dwa i pół litra mleka w lecie, zaś w zimie tylko półtora li¬tra mleka. Za stróżowanie miał także mieszkanie - jedną izbę z komórką. Kolanowski był ojcem 9 dzieci - 7 chłopców i 2 dzieczynek. Najstarszy, piętnastoletni Andrzej był już na służbie. Służył również trzynastoletni Jasiek.
Z piątki małoletnich zabitych przez niego dzieci Wiesiek miał osiem lat, Julek - siedem lat, Maciek - pięć lat, Andrzej - cztery lat i Zosia - 2 lata.
Dzieci swe - tak przynajmniej twierdził - bardzo kochał. Nigdy je nie uderzył. - Żonie też nie pozwoliłem je bić - przyznał się później psychiatrom.
Nie pił nałogowo. A jak wypił, to tylko od wielkiego święta. Dobre świa¬dectwo moralności wystawiono mu w Urzędzie Gminy w Lisiej Górze, jakoże gromada Krzyż należała do tej właśnie gminy.
"Moralne i obyczajne życie prowadził - zaświadczył wójt Szatko - a przeciw jego zachowaniu się nie zachodziły żadne zarzuty."
Pewnego dnia chcąc sobie ulżyć w pracy Kolanowski dorobił klucz do zegara. Od tej pory nie musiał bez przerwy łazić i szukać kluczy w różnych punktach folwarku.
Definitywnie służbę Kazimierzowi Kolanowskiemu wypowiedziano, gdy po raz drugi zarządca przyłapał go na zaniedbywaniu obowiązków. Żona ostrzegała go, aby w pracy się pilnował.
- Czułem się nieraz już tak znurzony, że nieraz mimo woli, zdrzemnąłem się koło stajni - tłumaczył stróż. - No i zarządca zobaczył, jak spałem. 1 kwietnia 1935 r. Kazimierz Kolanowski miał definitywnie opuścić folwark Sanguszki. Zapowiedziano mu to już trzy miesiące wcześniej.
- Kiedy nawet prośba osobiście wniesiona przez Kazimierza W. u księcia Sanguszki - napisali w opinii biegli sądowi - nie znalazła posłuchu, żo¬na Kolanowskiego spłakała się, a on sam od paru tygodni po nocach mało co sypiał. W nocy z 27 na 28 marca 1935 r. nie zmróżył nawet oka. Wówczas spadła na niego taka straszna myśl, jakby jakie opętanie, aby wyostrzyć nóż i pozarzynać nim najmłodsze dzieci, aby nie cierpiały nędzy i głodu.
- Badany nie wiedział - stwierdzili Wachholz i Ciećkiewicz - czy to go diabeł opętał za to, że może za rzadko chodził do spowiedzi. Nie mógł się opędzić od tej myśli i nie zdawał sobie sprawy jaki to straszny czyn. w nocy , z 27 na 28 marca 1935 r. wstał i przyklęknął przy Wieśku, aby go zabić, ale nagle porwał go żal i oddalił się od dziecka.

Z DZIEĆMI BAWIŁ SIĘ W "CIUCIUBABKĘ"

28 marca 1935 r. żona Kazimierza Kolanowskiego wybrała się około dziewiątej do Tarnowa. Miała ze sobą dwie kury. Na sprzedaż.
Kolanowski został w domu sam z pięciorgiem najmłodszych dzieci. Zabicie swoich dzieci stróż nocny folwarku Sanguszków zaplanował - napisał pro¬kurator Sądu Okręgowego. Plan swój wykonał w ten sposób, że dzieciom zaproponował zabawę w tzw. "Ciuciubabkę". Pod tym pozorem zawiązał w kuchni każdemu dziecku z osobna oczy. Wchodził z dzieckiem do komory i tam podcinał nożem gardła spuszczając krew ofiary do przygotowanej miednicy. Dzieci ufając ojcu, wchodziły z zawiązanymi oczami do komory. Jedno po drugim. Za każdym dzieckiem Kazimierz Kolanowski zamykał drzwi prowadzące z komory do kuchni. Jedynie najmłodszemu dziecku - dwuletniej Zosi Kazimierz Kolanowski oczu nie zawiązał. Uważał, że dziecko to nic jesz¬cze nie rozumie i widok zabitego rodzeństwa nie wywrze na nim żadnego wrażenia. W czasie dokonania zabójstwa przez Kazimierza Kolanowskiego obok jego domu pracowali Jan Sak i Józef Bryk, jednak nic podejrzanego nie zauważyli.
Po tym wszystkim Kazimierz Kolanowski zamknął dom na klucz i poszedł na policję.
- Nie miałem już siły, aby odebrać sobie życie - powiedział. Do życia też nie mam ochoty.
Kolanowski, na pytanie, czy wie, jaką może otrzymać kae za popełnioną zbrodnię odpowiedział, że chyba szubienicę, ale było to mu zupełnie obojętne.
- Od chwili aresztowania - mówił Kazimierz Kolanowski - nie widziałem się z żoną i pozostałymi dziećmi. Słyszałem tylko, że książę zaopiekował się żoną i dziećmi.
Biegli sądowi orzekli, po trzykrotnym badaniu i obserwacji Kazimierza Kolanowskiego, że był on "osobnikiem psychopatycznym w następstwie dziedzicznego obciążenia i podlegał ciężkiej depresji psychicznej, pod wpływem któej dopuścił się zabójstwa swych małych dzieci".
Psychiatrzy widzieli jedno wyjście dla Kolanowskiego - zamknięty zakład leczniczy. Ostatecznie Kolanowski, tak zarządził Sąd Okręgowy w Tarnowie, trafił do Państwowego Zakładu dla Umysłowo i Nerwowo Chorych w Kobierzynie.

FOTOGRAFIE ROZCHWYTYWANO

Zdjęcia zamordowanych dzieci "robiły" w Tarnowie furorę. Wszczęto nawet w tej sprawie dochodzenie. Badano, czy rozpowszechnione w marcu 1935 r.
w mieście zdjęcia zamordowanych dzieci nie są przypadkowo fotografiami sporządzonymi przez policję.
Karol Krawiec zeznawał, że przechodził ul. Wałową, gdzie odbywała się giełda i widział tam stojących trzech Żydów, któzy oglądali zdjęcia za¬mordowanych dzieci.
Ponieważ jednego z tych Żydów - opowiadał Krawiec - znałem z widzenia, przystąpiłem do niego i poprosiłem go, aby mi odbitkę fotograficzną pożyczył, bo chciałem pokazać ją żonie. Znajomy bez wahania dał mi zdjęcie. Zastrzegł tylko sobie, że musi otrzymać je na drugi dzień, około dziesiątej. Zdjęcie pokazałem żonie, jak tylko przyszedł do domu. Na drugi dzień fotografię zamordowanych dzieci pokazałem komornikowi Sądu Grodzkiego Zajtrzowi, prowadzącemu kancelarię przy ul. Bernardyńskiej. Szedł wtedy do sądu. W tym momencie nadszedł koncypient adwokata Lubinieckiego - dr Erlich, który z daleka przypatrzył się odbitkom fotograficznym i powiedział mi, że zaraz o wszystkim powiadomi sędziego śledczego. Zdjęcie było bardzo ciemne i niezbyt dobrze dało się widzieć zwłoki ofiar.
Mieszkanie Kazimierza Kolanowskiego w dniu popełnienia morderstwa było pilnie strzeżone.
- Byłem wówczas w Krzyżu wraz z korespondentem "Expressu Ilustrowanego" Maurycym Weissem - opowiadał Józef Majcher, tarnowski przedstawiciel sprawozdawca koncernu :"Ilustrowanego Kuriera Codziennego" w Krakowie. Jednak policjanci prowadzący w tej sprawie dochodzenie nie dopuścili nas do domu Kazimierza Kolanowskiego i nie zezwolili nam na robienie jakiegokolwiek wywiadu. Informacje o fakcie zabójstwa i życiu domowym Kolanowskiego zebrałem częściowo wśród służby folwarcznej, częściowo wśród ludzi z Krzyża.
Majcher miał polecenie z redakcji "Ilustrowanego Kuriera Codziennego", aby na temat tego zabójstwa zabrać jak najwięcej szczegółowych informacji.
Na drugi dzień, 29 marca 1935 r. Majcher pojechał znów do Krzyża. Towarzyszył mu Herman Pflanzer, właściciel zakładu fotograficznego "Studjo" przy ul. Krakowskiej. Dorożka zatrzymała się przed cmentarzem, gdzie w kostnicy złożone zostały zwłoki zamordowanych dzieci.
- Zastałem przy kostnicy dużo ludzi - oświadczył korespondent IKACA. Przez okno oglądali zwłoki. Kostnica była zamknięta. Zwróciłem się więc do grabarza, aby ją otworzył, gdyż mam zamiar zrobić trupom zdjęcie. Dalsze fotografie tj. domu, żony Kazimierza Kolanowskiego, pozostałych dzieci wykonane zostały już po pogrzebie, zaś zdjęcie samego Kazimierza Kolanowskiego było tylko reprodukcją wykonaną ze zdjęcia, które wręczyła mi jego żona. Trumny zostały natomiast sfotografowane na cmentarzu, nad otwartą mogiłą, w czasie pogrzebu.
Jan Jarek, grabarz tłumaczył się, że wiedział o tym, że nie wolno mu było nikomu zezwolić na oglądanie zwłok dzieci w kostnicy. Został przecież pouczony przez policję.
A dlaczego otworzył kostnicę tym panom, co zajechali przed cmentarz dorożką?
Jarek był przekonany, że są to panowie z urzędu.
- Myślałem, że przyjechała komisja celem przeprowadzenia sekcji zwłok. Dlatego odemknąłem drzwi bez wahania.

Zdjęcia zamordowanych dzieci jeszcze robił Piotr Żądło, fotograf Wydziału Śledczego w Tarnowie.
Wykonał z polecenia swego kierownika 8 odbitek. Wszystkie włożył do koperty, którą doręczył prokuratorowi.
Ostatecznie nie ustalono z jakiego rozpowszechniane fotografie pochodziły źródła. Dochodzenie umorzono.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.