Facebook Google+ Twitter

PITologia stosowana

Państwo zażądało znowu ode mnie corocznego haraczu. Pani profesor, minister i wicepremier Gilowska (3in1) spojrzała na mnie groźnie z telewizora, pogroziła palcem i nakłoniła do zapoznania się z roczną deklaracją podatkową.

Tradycyjnie już zgłupiałem do reszty usiłując zrozumieć tekst zamieszczony na formularzu PIT. Rozumu nie staje!

Badania prowadzone ostatnio w Polsce wskazują, że jesteśmy narodem matołków. Wahałem się przez moment czy nie napisać: wtórnych analfabetów. Słowo wtórny zakłada jednak, że pomiędzy jednym, a drugim okresem analfabetyzmu byliśmy wykształciuchami, którzy rozumieją nie tylko instrukcję obsługi szczotki-zmiotki, wypowiedzi pana Gosiewskiego ale i tekst PIT-u.

Zagłębiając się w kolejne punkty deklaracji musiałem (z nie małym wstydem) przypisać siebie do ponad połowy polskich matołów. Nie pozostawało nic innego jak zawezwać odsiecz. Na ratunek ruszył mi doktor ekonomii, profesor zoologii i profesor filozofii. Wypiliśmy dwa wiadra kawy, butelkę koniaku i... używki nie pomogły. PIT w dalszym ciągu pozostawał tajemniczy niczym Kabała.


  Nadwyżka „wydał nad zarobił” – polską normą


Rozpacz (szczególnie doktora ekonomii) sprawiła, że porzuciliśmy zaciszne gniazdko mojego gabinetu, przenosząc się do pobliskiej kawiarni. Kolejne lampki koniaku nie rozjaśniły nam zawiłych problemów podatkowych. A wręcz przeciwnie – zaciemniły. Okazało się bowiem, że każdy z naszej czwórki zarobił znacznie mniej niż wydał! Niebywały cud ekonomiczny dotyczy co prawda większości Polaków, ale fakt ten nie wydawał się dobrym usprawiedliwieniem naszej rozrzutności.

Pytanie o nadwyżkę „wydał nad zarobił” zawisło nad nami niczym miecz Damoklesa. Tym groźniejsze, że odpowiedzi udzielić należało fiskusowi. Zamówiliśmy po kolejnym koniaku. Wraz z kelnerką przynoszącą kieliszki nadeszły wątpliwości. Czy Fiskus to pan – jak by wynikało z rodzaju męskiego rzeczownika fiskus. A może jednak dzisiejszy Fiskus to piękna pani, będąca żoną pana Fiskusa. Profesor filozofii, będący jednocześnie lingwistą stosowanym (ki diabeł?) pogubił się w tej zawiłej materii do tego stopnia, że uznał iż fiscus to kosz, a więc byle śmieciem nie będzie się zajmował.

Profesor zoologii, odnosząc się do pięknej żony pana Fiskusa, gotów był założyć się z pissuardessą, iż piękne panie nie miewają potrzeb z kręgu jej zainteresowań zawodowych. Wynoszą im krasnoludki – stwierdził autorytatywnie. Ta ważna i – trzeba przyznać – estetyczna teoria ani na krok nie przybliżyła nas do rozwikłania problemu Fiskusa, nadwyżek w naszych finansach, a także tajemnicy PIT-u. Cios ostateczny próbom zrozumienia tajemnicy PITologii zadał doktor ekonomii stwierdzając – nie bez racji – że Titanica zbudował amator, a Arkę – profesjonalista!

Odkrywcze stwierdzenia szanownego, naukowego grona nasunęły mi myśl, iż grono jakie powołałem do rozwikłania enigmy PIT-owej nie będzie już w stanie wywiązać się z zadania.


Nobel z ekonomii dla dziennikarza obywatelskiego


Wracałem do domu pustoszejącymi ulicami, przygotowując sobie usprawiedliwienie dla żony. Będę obiecywał, że od jutra rzucam palenie. Powinno załagodzić gniew żony, skierowany przeciwko twórcom, producentom i sprzedawcom koniaku. Kiedy cieszyłem się ze znakomitego usprawiedliwienia, niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie refleksja: w jaki sposób Państwo wyda moje pieniądze uzyskane z podatków?

Jeżeli przeznaczy je na zasiłki dla bezrobotnych to oznaczać będzie, że przez cały rok przekazywałemfot. Łukasz Zaranek kieszonkowe kilku osobom nie mogącym lub nie chcącym pracować. Nie rozpieszczałem ich zbytnio. Kieszonkowe nie mogło bowiem być zbyt wielkie. Za co serdecznie przepraszam. Na usprawiedliwienie powiem, że oprócz nich musiałem jeszcze łożyć na utrzymanie swoich dzieci (sztuk cztery), oraz małżonki, czyli w sumie następnych pięciu osób, nie mówiąc już o sobie, trzech kotach i dwóch psach.

Ech, dobry ze mnie człowiek - pomyślałem nie bez dumy. I godny zaufania! Wypełniłem nałożony na mnie przez Państwo obowiązek utrzymania sporej grupki ludzi. (dołożyłem też kilka złotych na limuzyny rządowe!). Bardzo dumny z siebie kroczyłem ulicami mojego miasta, spozierając na domy, wybudowane z moich podatków i na ludzi, którym co miesiąc wypłacam zapomogi.


Mój elegancki model ekonomiczny


Dobre samopoczucie popsuła mi grupka bezrobotnych, usytuowanych przed sklepem „Smok”. Panowie ci, od dnia przejścia na zasiłek, nie tylko nie trzeźwieją, ale też obiecali sobie nie wytrzeźwieć do końca życia. I obietnicy tej nie zamierzają się sprzeniewierzyć.

Bezrobotni, którym dopłacam regularnie nie okazali mi żadnego szacunku, czego jako ich dobroczyńca, miałem prawo oczekiwać. Wręcz przeciwnie, naubliżali mi, a także poinformowali, że : „spuszczą mi ...pip” , jeśli nie dam im na wino!

Moje tłumaczenie, że przecież już od roku piją wyłącznie za moje, tylko ich rozsierdziło. Chcąc nie chcąc, uległem „prośbie” jednorazowo podwyższając im wysokość kieszonkowego. Popełniłem chyba przy okazji przestępstwo nie odprowadzając z tytułu darowizny podatku do urzędu skarbowego. Przyznam też ze wstydem, że nie zapytałem o zgodę Ministra Finansów.

Państwo, zlecając mi obowiązek finansowania bezrobotnych, nie przemyślało do końca poleceń jakie mi/nam przekazało. Będąc pod wpływem intelektualnej dyskusji z moimi przyjaciółmi rozwiązałem problem finansowania bezrobotnych, i to z największą korzyścią dla budżetu. Całkiem nieodpłatnie dzielę się moim rozwiązaniem z panią wicepremier - jak na dziennikarza obywatelskiego przystało, oczywiście.

Teoria zarankowa: poprzez budżet daję pieniądze bezrobotnym pijaczkom - oni kupują wino - wpływy ze sprzedaży wina zasilają budżet - budżet wypłaca zasiłki, za które bezrobotni kupują wino - wpływy ze sprzedaży wina trafiają do budżetu - budżet wypłaca zasiłki, za które bezrobotni kupują wino - itd. - itd. Zważcie Państwo na elegancję tego modelu ekonomicznego! Toż to gospodarcze „perpetum mobile”. No, prawie. Układ wymaga bowiem okresowego zasilania finansowego z zewnątrz, co jest spowodowane tym, że część zasiłków bezrobotni marnują, kupując landrynki na przekąskę.

Istnieje co prawda ryzyko, że bezrobotni zaniedbają obowiązku regularnego kupowania alkoholu z powodu konieczności podejmowania okresowych prac. Zbankrutują wówczas zakłady spirytusowe, spadną wpływy budżetowe, a co najgorsze zabraknie gorzały - motoru napędowego polskich domów, fabryk i instytucji. „Gdyby nam tego kiedyś zabrakło... nie, nie zabraknie” – kończy ten felieton Wojciech Młynarski.

Ja zaś mogę obiecać, że przy odpowiednim zaopatrzeniu w koniak powstawać będą tak eleganckie teorie ekonomiczne jak moja.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Kolejny doskonały felieton Andrzeju!!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

dziękuję, dziękuję. też nie potrafię wypełnić PITu. o ileż się człowiek lepiej czuje, gdy inni mu towarzyszą w intelektualnych słabościach

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziennikarz obywatelski i felietonista, filozof, znawca trunków, satyryk, a do tego wybitny ekonomista... Można tylko zazdrościć talentów.
O poranku, tekst "nastroił" mnie na cały dzień, wyjątkowo pozytywnie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.