W ubiegły poniedziałek wybraliśmy się z żoną do Świecia nad Wisłą.
Po przygodach z PKP w wakacje postanowiliśmy skorzystać z usług PKS. W internecie znaleźliśmy dogodne połączenie do Torunia. Autobus z Hrubieszowa zgodnie z rozkładem, miał zatrzymać się na lubelskim Dworcu Głównym PKS. Jakże zdziwiliśmy się, gdy kasjerka zapytana o to, z którego stanowiska odjeżdża autobus, odpowiedziała, wbrew informacjom w sieci, że nie zatrzymuje się on na tym dworcu. Jako, że rzeczonym transportem jeździła już nasza szwagierka, postanowiliśmy zignorować, to co powiedziała pani z kasy. O godzinie odjazdu, na końcu placu manewrowego zauważyliśmy autokar z napisem PKS Zamość, który nie zatrzymując się na stanowisku wyjechał do głównej ulicy. Moja żona pobiegła, co sił w kierunku drogi, by zatrzymać autobus. Podobnie uczyniła reszta czekających. Na nasze szczęście kierowca zatrzymał się na przystanku komunikacji miejskiej. Potwierdził też, że nie zatrzymuje się na dworcu, lecz w innym miejscu kilkaset metrów dalej. Niestety pasażerowie nie znajdą już takiej informacji, zarówno w internetowym rozkładzie jazdy, jak i - co sprawdziłem - na miejscu odjazdu.
Droga powrotna dzisiejszej nocy, okazała się jeszcze gorsza. Autobus spóźnił się 45 minut, co można jeszcze usprawiedliwić warunkami panującymi na drodze. Podróż okazała się koszmarem z innych względów. Przewoźnik nie oferował innych miejsc niż półleżące, bo w autokarze zepsuta była regulacja dosłownie wszystkich foteli. Huk silnika zagłuszany włączonym wewnątrz autobusu radiem okazał się prawie nie do zniesienia, a w perspektywie mieliśmy ponad 7 godzin jazdy. Pomyślałem sobie, że poziom komfortu bliższy jest bydlęcemu wagonowi, niż europejskim standardom.
Przykłady można mnożyć. Pomijając odbytą właśnie podróż wymienię chociażby eskapady wraz z lokalnymi przewoźnikami do miejsc położonych na Lubelszczyźnie. Kolana pod brodą i ogromny ścisk to standard większości z nich. A może inne sensacje? Proszę bardzo! Weźmy chociażby kradzieże trakcji na trasach kolejowych. Nie dalej jak miesiąc temu wracająca do domu szwagierka stała w szczerym polu przez kilka godzin.
Refleksja ogólna, jaka się nasuwa jest taka, że nawet jeśli zdążymy zbudować na Euro 2012 stadiony, nie unikniemy kompromitacji na skalę kontynentu, gdy fani futbolu zza zachodniej i południowej granicy, będą próbowali dostać się z jednego meczu na drugi. No chyba, że coś się zmieni - w co niestety nie wierzę obserwując regres polskiej komunikacji.