Grać do piwa i kiełbasy
Bilet na klubowy koncert znanego wykonawcy to wydatek 20-30 złotych. Po co jednak płacić, skoro latem niemal wszystkie czołowe zespoły można zobaczyć i usłyszeć za darmo? Darmowe koncerty stały się bowiem nieodłączną częścią letnich weekendów – w tym tygodniu najlepszy
przykład to Dni Lubonia w woj. wielkopolskim, gdzie wystąpią Papa Dance, Kobranocka i Zakopower.
Koncertowy terminarz pierwszej ligi wykonawców latem zapełniają wyłącznie imprezy niebiletowane – dni miasta (lub, jak w przypadku niedawnych Dni Piątkowa – także dzielnicy), firmowe pikniki lub po prostu festyny.
Tylko pierwsza liga
Dla dużych przedsiębiorstw zorganizowanie plenerowej imprezy z muzyczną
niespodzianką stało się elementem tworzenia wizerunku firmy otwartej na
klientów. – Komputronik wywodzi się z Poznania, tu zaczynaliśmy działalność, otworzyliśmy sklep, hurtownię, sklep internetowy, zatem uznaliśmy, że dziesięciolecie możemy zorganizować tylko tutaj.
Moglibyśmy zrobić zamkniętą imprezę tylko dla pracowników, ale firma funkcjonuje nie tylko dzięki nim, ale też dzięki klientom. Wybraliśmy zespoły popularne, z pierwszej ligi, bardziej niż o własnych upodobaniach myśląc o klientach – mówi Maciej Piotrowski, kierownik działu marketingu poznańskiej firmy Komputronik, która przed tygodniem zapraszała poznaniaków na Maltę. Jubileusz firmy uświetniły występy T. Love i Sistars.
Zjawisko czy plaga?
Artur Rojek, wokalista Myslovitz (grali podczas Dni Piątkowa) bije się w pierś. – Współtworzymy klimat w polskim showbiznesie, który przyzwyczaja ludzi do darmowych koncertów. To zjawisko trwa od dawna i tak się rozrosło, że zaprzestanie grania na takich imprezach nie byłoby żadnym lekarstwem. Na pewno jest to powód, dla którego zimą trudno wielu zespołom zgromadzić ludzi w klubach, gdy trzeba zapłacić za bilet.
Pozytywny jest natomiast fakt, że na każdy taki koncert trafia wielu ludzi, którzy nigdy nie trafiliby z własnej woli na Myslovitz. To jest okazja, by zobaczyć coś na żywo i uświadomić sobie, że nie jest to do końca taki zespół, jaki sobie wyobrażali – mówi Rojek.
Znacznie ostrzej wypowiada się Grzegorz Kupczyk, poznański wokalista znany z Turbo i Ceti. – Za czasów poprzedniego ustroju, może nawet jeszcze w drugiej połowie lat 90., darmowe koncerty plenerowe były wyjątkami, prawdziwymi rarytasami i organizowane były przy okazji specjalnych
świąt. Teraz to prawdziwa plaga. Doszło do absurdalnej sytuacji – ludzie nie chodzą na płatne koncerty – bo i po co, skoro za parę tygodni obejrzeć będzie można wielu znanych wykonawców bez żadnych kosztów? Oczywiście, propaguje to wykonawcę, bo juwenalia czy Wielka
Orkiestra Świątecznej Pomocy oraz inne tego typu „wybryki” przyciągają
masy widzów. I co? I zero, bo jeden koncert, na który się załapią, nie pozwoli im na utrzymanie się przez cały rok. Popieram organizowanie imprez plenerowych ale zamkniętych. Za wstęp trzeba płacić, może
symbolicznie, może specjalnie dostosować ceny do kieszeni widza. Może też warto zastanowić się, kiedy i ile tych imprez organizować w danym mieście? – pyta Kupczyk.
Grupa trzymająca festyny
Sponsorujące festyny firmy czy samorządy robią jednak wszystko, żeby na swojej imprezie mieć jak najbardziej znanego wykonawcę, a ponieważ koszt sprowadzenia zagranicznej gwiazdy jest zwykle zbyt wysoki, na plenerowej karuzeli kręcą się wciąż te same zespoły. Najlepszy przykład to T. Love – lato jeszcze się na dobre nie zaczęło, a w Poznaniu T. Love grali w tym roku już trzy razy, w tym dwa razy za darmo. Duża grupa najbardziej znanych i wypromowanych muzyków w ogóle odpuściła sobie koncerty jesienią i zimą – Maanam, Blue Cafe czy Wilki od lat nie pojawiły się w poznańskich klubach, chyba że na zamkniętych imprezach banków i innych sponsorów. – Trzeba lubić granie na darmowych festynach, kiedy jesteś dodatkiem do kiełbaski i piwa, a po koncercie miło się uśmiechać do zdjęcia pomimo to, że kolekcjonerzy fotek z gwiazdami często nawet nie potrafią powiedzieć z jakiego zespołu jesteś – mówi członek jednej z rozchwytywanych latem grup pop-rockowych.
Ambitna „darmówka”
Jeśli przyjąć, że „darmówki” są nieodłączną częścią muzycznego showbiznesu, może trzeba zmienić ich repertuar? O tym, że może się to udać przekonują plenerowe koncerty z okazji Imprez Wartych Poznania, pod hasłem „Nowe Nurty”. Od dwóch lat w ten sposób prezentowane są zespoły niszowe, przyciągające także wyrobioną publiczność – w 2004 roku na Malcie grali między innymi Fisz, Marysia Sadowska i Niewinni Czarodzieje, Gribojedow, Snowman i Loco-Star, rok temu – Grammatik, Wszystkie Wschody Słońca, Pustki i Bass Medium Trinity. W tym roku na dziedzińcu urzędu miasta wystąpił elektroniczny duet Skalpel. – Wydawałoby się, że takie imprezy nie mają racji bytu, ze względu na niszowyy charakter ich muzyki. Okazało się jednak, że w Poznaniu jest
wiele osób, które znają je i cenią, zatem można zrobić „plener z klasą”, nie opierając się tylko na gwiazdach – mówi Angela Kosicka z Estrady Poznańskiej
Marcin Kostaszuk, Głos Wielkopolski