Facebook Google+ Twitter

"Planet Terror" - seks, przemoc i horda żywych trupów

Rodriguez zapowiadał brawurową parodię kina klasy B, nie nakręcił zaś nic ponad film właśnie klasy B, wedle wszystkich kanonów miernej estetyki gatunku. Rzucił się w bagno posoki, ropy i rozkawałkowanych członków. I utonął w nim.

Plakat z filmu. / Fot. materiały dysrtrybutora Kino ŚwiatNajnowszy film Rodrigueza skwitować można jednym kadrem: na obrazie ponętna, ubrana jedynie w czerwony staniczek i arcykrótką, skórzaną spódniczkę tancerka z klubu go-go ekwilibrystycznie zastyga w szerokim rozkroku. Wygięta w kuszącej pozie rzuca naprzeciw namiętne, prowokujące spojrzenie. Jest kaleką po amputacji, zamiast nogi unosi przytwierdzony do kikuta karabin maszynowy, a raczej – precyzyjniej – wielofunkcyjną maszynę do zabijania, którą celuje w nadchodzące tłumy żywych trupów. Kiedy wystrzeli, stos rozerwanych członków i kadłubów pogrąży się w szkarłatnej posoce.

Tarantino i Rodriguez – wybitni znawcy amerykańskiego kina klasy B – od początku swojego wspólnego przedsięwzięcia nie ukrywali, co zaoferują widzom. W ponad trzygodzinnym kawałku, wystylizowanym na tanie seanse z grindhousów lat 70., upchnęli wszystko, czym żywi się tandeta masowej wyobraźni. Serwują tu pokaz pełen ostrego seksu, półnagich, łatwych kobiet i obowiązkowej przemocy, potraktowanej z odpowiednią dla gore, perwersyjną fantazją. Przyprawiona w ten sposób, dwudaniowa strawa jest całkiem ciekawa w smaku, jednakże poziom obu filmów nie jest jednolity. Tylko jednemu z twórców udało się przyrządzić kawał ambitnej rozrywki. „Death Proof” Tarantino to realizacyjny majstersztyk, balansujący na skraju możliwości campowych gatunków. Boski Quentin prowokuje formą, pozwalając fabule zastygać w realistycznych, czechowowskich niemal sekwencjach, ale pokazuje też to, co w jego sztuce najważniejsze: emocjonujące widowisko. W potraktowanej pastiszowo historii psychopatycznego kaskadera Mike’a, filmowy świat klasy B zdaje się tylko dekoracją i kostiumem. Reszta, łącznie z misterną, lustrzaną konstrukcją, to już czysty styl Tarantino, przekorna gra konwencją. Takie kino akcji pulsuje życiem, widz dostaje przednią zabawę w konfiguracji, której jeszcze nie oglądał, i nawet papierowe z początku postacie zaczynają nabierać ludzkich rysów, jak przerażający twardziel Mike, beczący jak dziecko przy lada draśnięciu, czy bohaterki z drugiej części, które z tandetnych panienek rozprawiających o chłopcach zmieniają się w rządne krwi kocice.

U Rodrigueza jest inaczej. „Planet Terror” to właściwie jeden wielki cytat z taśmowych niegdyś horrorów i śmiesznych bzdur science fiction, kadr po kadrze coraz bardziej niewolniczy. I nie pomogą tu, przebijające z całości, skrawki autoironii i pastiszowego humoru, który wynika zresztą nie tyle z inwencji reżysera, co z świadomości widza, który po raz setny ogląda tę samą, niedorzeczną farsę z efektami specjalnymi za trzy grosze. Rodriguez – jak Tarantino – śmieje się ze schematów, ale jego dziełko nazbyt do tych schematów przylega. Więcej: bierze je za jedyny budulec fabuły. Jako dość toporny parodysta nie pozwala przy tym zapomnieć, że tak naprawdę rzecz została zainscenizowana tylko i wyłącznie dla jego chłopięcych zabaw, że jest tu demiurgiem, a po ekranie walają się marionetki, które on układa w podpatrzone tu i ówdzie obrazki. Te płaskie i nudne pacynki ani przez chwilę nie stają się pełnokrwistymi osobowościami, postacie nie mają tu ani charakterów, ani wyrazistych rysów. Ostatnią uwagę należy przy tym odczytać dosłownie, bowiem większość z
twarzy w „Planet Terror” rozpływa się w obrzydliwą, owrzodzoną breję. Ta breja to kwintesencja ze scenariusza drugiej części Grindhouse.

Przez blisko dwie godziny apokaliptycznej wariacji na tematy czerpane z filmów Romero i Roba Zombie otrzymujemy kabaret z gagami, w których nie przeoczy się żadnej z kliszowych obrzydliwości. Fabuła jest tu połączeniem typowo amerykańskiego zamiłowania do teorii spisku z równie typową powiastką o żywych trupach. Mamy tu więc i spowitą we mgle i mroku bazę wojskową, i ściśle tajny eksperyment rządowy, który jak zwykle wymyka się spod kontroli, czego produktem jest gaz powodujący rozkład ciała. Reszty historii opowiadać nie trzeba, ważne jedynie, że wszystko prowadzi do dzikiego ataku wygłodzonych potworów na zdrowych jeszcze, ale za to bardzo smakowicie wyglądających ludzi, oraz że krwawym hordom czoła stawia dzielna ekipa ze wspomnianą już, uzbrojoną w wystrzałowe odnóże striptizerką Cherry oraz jej byłym chłopakiem – Wrayem. Fabuła składa się tutaj wyłącznie z ogranych już setki razy w campowym kinie sztamp, zaś reżyser – pozbawiony od połowy filmu pomysłu na ciągnięcie intrygi – ucieka do końca w krwawą jatkę, w której mnożą się odrąbane kończyny i zmiażdżone głowy. Podobnie jak z opowieścią jest z jej bohaterami: wydają się odlani z najbardziej typowych form, jakimi posługiwali się od zawsze mało oryginalni scenarzyści. Mamy tu więc szlachetnego do obrzydzenia i arcynudnego przy tym wybawcę ludzkości (F. Rodriguez), psychopatycznego wojskowego, którego obłęd ma swoje przyczyny w okropnościach wojny (B. Willis), lekarza, który z asortymentu medycznych narzędzi czyni zabawki do sadystycznej zabawy (J. Brolin). Jest też kucharz, który w krwi upatruje ostatniego ze składników sosu swojej recepty, oraz – oczywiście – niezliczone tłumy tępych zombie. Wszystkich przebija jednak twórca „Death Proof”, grający zboczonego żołnierza, który – zabierając się do gwałcenia głównej bohaterki z drzazgą wbitą w oko – zauważa nagle, że narząd, który do niecnego czynu jest mu koniecznie potrzebny, właśnie zaczął się rozpływać w breję. „Muszę się śpieszyć” – kwituje beztrosko.

Kiedy na wielkim ekranie zobaczyłem Tarantino, którego ciało rozkładało się właśnie poczynając od penisa, obok oczywistego obrzydzenia, jakże normalnego dla campu, pojawił się równie oczywisty śmiech. Od pierwszej do ostatniej minuty „Planet Terror” oglądamy czystą błazenadę, rozdęte do granic smaku, barokowe bezguście, ale jest to błazeństwo nie najszlachetniejszej próby, błazeństwo pożerające swój własny ogon. Rodriguez zapowiadał brawurową parodię kina klasy B, nie nakręcił zaś nic ponad film właśnie klasy B, wedle wszystkich kanonów miernej estetyki gatunku. I niczego nie zmienią mrugnięcia okiem, posyłane z ekranu raz po raz w stronę widza. Reżyser rzucił się w bagno posoki, ropy i rozkawałkowanych członków. I utonął w nim.

"Grindhouse" zamierzony był jako ambitne przedsięwzięcie, w którym na taśmie filmowej obaj twórcy zarejestrować mieli diagnozę współczesnej wyobraźni masowej. Miał być lustrem, w którym widzowie zobaczą z krępującą jasnością tandetę swoich rozrywkowych pragnień, w całej jej okrwawionej, wykrzywionej w perwersyjnej przemocy maszkarze. Z przedpremierowych obietnic wywiązał się tylko Tarantino. Rodriguez okazał się populistą, schlebiającym niewyrafinowanym gustom miłośników rzeźni i kobiecego negliżu. To, że umieścił swoje liche, z żenującą niedbałością zrealizowane „dzieło” obok majstersztyku Quentina, świadczy tak o megalomanii, jak o beznadziejnym braku taktu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (13):

Sortuj komentarze:

Zawsze to satysfakcjonujące, gdy dojdzie się do porozumienia w dyskusji dwóch pasjonatów:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

O PT przeczytałem z dużym zainteresowaniem do ostatniej kropki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

I właśnie o to chodzi i za to + :)
Dłuuuższa droga znacznie ciekawsza i trzeba się jej trzymać, bo tego typu teksty recenzenckie są rzadkością. Zwięzłość i czytelność nie mają tu nic do rzeczy, o PT przeczytałem z dużym zainteresowaniem do ostatniej kropki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przyznaję! Fani campowej rzeźni (i nie wartościuje tu takich gustów) mogą być absolutnie usatysfakcjonowani "Planet Terror", mogą osiągać na tym filmie rozkosz z niespotykaną intensywnością. Bardzo dobrze, a więc jest to produkt mający rynek zbytu, gratuluję Rodriguezowi wspanialego interesu. Cóż to jednak zmienia w mojej sytuacji recenzenta filmowego? Czy kiedy na własne oczy widzę niezbyt udany film, oceniam go surowo według własnych kryteriów estetycznych (staram się, by były jak najbardziej obiektywne, ale trudno - wciąż pozostają "własne"), to czy mam piać z zachwytu tylko dlatego, że twórca znalazł entuzjastycznych odbiorców wśród fanatyków stylu, który właśnie skopiował kubek w kubek? Nie! Moim zadaniem jest zdać uczciwie przed czytelnikiem sprawę z mojego zdania, bo recenzja jest właśnie oceną. Ja zaś lubię w kinie najbardziej głębokość refleksji, ale nie jestem też ekstremistą - wystarcza mi wartkość akcji, emocjonująca intryga, dynamizm, napięcie, sprawna realizacja, efektowna gra z konwencją i środkami wyrazu. Wszystko to znalazłem u Quentina, zaś w filmie jego koleżki Roberta żadna z tych rzeczy nie istniała nawet. Dlatego krytycyzmu wobec "Planet Terror" wymagały i moje przekonania, i uczciwość przy porównywaniu obu części Grindhouse.

Dzięki za pozytywny odbiór mojej pisaniny. Lapidarność stylu to mój słaby punkt, a i owszem, ale jest lepiej niż jakiś czas temu:) Walczę z każdym słowem, ale jak nie powiem wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy, czuję się fatalnie:) Poza tym - kino to sztuka i różne są sposoby jej opisu. Ja wybieram dłuuuuższą drogę:) Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetna recenzja, plus!

Ale za długa... Piszesz fajnie i dobrze się to czyta, z tekstu dowiaduję się ciekawych rzeczy, ale mimo wszystko po połowie tekstu już mi się odechciało czytać. Czemu? Bo filmy są po to żeby je oglądać, a nie żeby o nich czytać, bo nie czuję potrzeby czytania aż tyle na temat filmu.

Czekam na kolejne takie recenzje (ale o co najmniej połowę krótsze)! : )

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 16.10.2007 13:13

Recenzja filmu - doskonała, inspirująca, chylę czoło.
Sam film - rozczłonkowany Dekameron kliszowy; przegięte, przerzygane baśnie tysiąca i jednej nocy; przekrwienie i przewykrwawienie czegoś, co samo w sobie ma być obsikane krwią. Współczesny widz domaga się krwi, wyrywania członków, jawnej orgii - i R.R. to oferuje. i nic więcej w tej kwestii.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Właśnie – oczekiwania. Bohaterowie, tło, fabuła – to wszystko jedno wielkie mrugnięcie okiem w stronę widza, niechby nawet i nazwane kalką, ale jednak całkiem zabawne. Mniej liczy się treść, bardziej styl. Mniej ekwilibrystyka interpretacyjna, bardziej grzeszno-kiczowata uciecha roztopionymi jajami Quentina i zabójczymi one-linerami. Być może to kwestia odbioru dzieł tego typu, których twórcy bawią się w kino (schematy) i albo to cieszy widza, albo nie cieszy; albo nudzi, albo nie nudzi. Albo masz cierpliwość dla tego typu celuloidowych bzdur bez względu na ich przynależność stylistyczną, albo podobnej cierpliwości nie masz, bo oczekiwania zostały zawiedzione.
Co do PT jako kina campowego. Być może takie były intencje QT i RR, ale wiadomo, że obaj funkcjonują w trochę innej rzeczywistości niż dzieła twórców, którym niejako składają hołd. Ponadto obaj nie są artystami campowymi, tylko camp lubią, mają kasę, żeby się w camp bawić i mają publiczność, która za zobaczenie ich zabawy w camp zapłaci. Stąd wynikają oczywiste różnice w marketingowych możliwościach, co nie znaczy przecież, że jest to nieuczciwe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Oczywiście, że to miała być nieskrępowana zabawa, oczywiście, że mamy do czynienia z parodią i wielkim puszczaniem oka. Tylko że ta "parodia" to tylko nieudana próba, a oko jest nieco zbyt dosłownie wyłupione:) Dokładne, kaligraficzne powielanie estetyki to nie pastiż, ale kalka. A po twórcy Desperado i Sin Sity oczekiwałem czegoś więcej, niż odtwórczego przerysowania, dokonanego przez roześmianego chłopczyka, gapiącego się we wrzody i mózgi. Oczekiwałem inteligentnej żonglerki schematami (niechby i były zacytowane!), ale tu dostaliśmy przykrą wycinankę ze starych taśm. Co zaś się tyczy nieskrępowanej zabawy - któż tu bawi się najbardziej? Z tego co ja zobaczyłem, przy "Planet Terror" najlepszą rozrywkę miał reżyser, a to chyba dość radykalne odwrócenie ról. Poza tym - obserwacja Rodrigueza krzątającego się wokół swoich ulubionych zabawek po godzinie staje się po prostu nudna i monotonna. To "dzieło" to tylko ciągnące się w nieskończoność dublowanie pomysłów, i to pomysłów nie pochodzących z teki Rodrigueza. Istnieją setki takich samych filmów, robionych od końca lat 60-tych, różniących się od siebie jedynie nieznaczną komplikacją fabuły. "Planet Terror" jest wśród nich, tyle tylko, że ma za sobą głośny marketing. Jest jeszcze oczywiście i jedna róźnica - produkcje campu z zamierzchłej epoki pokazywano w grindhousach po bardzo niskiej cenie, albo docierały do widzów w kasetowych kopiach. Miało to, muszę przyznać, swój smaczek. Film zaś Rodrigueza kreowany jest na hit multipleksów, a płacić trzeba za niego jak za starannie, a nie dla jaj zrealizowane kino. Twórca Sin Sity i zdradził campowy styl, i okazał się znacznie mniej uczciwym facetem od swoich szacownych, B-klasowych poprzedników.

Oczywiście, że w USA pokazywali obie części w kupie:) W Polsce, gdzie dobre filmy docierają od pół roku do kilku lat po światowej premierze, nie można niestety oczekiwać szacunku dla widzów i twórców.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Konkretnie teraz +

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Ale i tak pójdę sam się przekonać :).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.