Pozycja materiału w rankingach:
Rodriguez zapowiadał brawurową parodię kina klasy B, nie nakręcił zaś nic ponad film właśnie klasy B, wedle wszystkich kanonów miernej estetyki gatunku. Rzucił się w bagno posoki, ropy i rozkawałkowanych członków. I utonął w nim.
Najnowszy film Rodrigueza skwitować można jednym kadrem: na obrazie ponętna, ubrana jedynie w czerwony staniczek i arcykrótką, skórzaną spódniczkę tancerka z klubu go-go ekwilibrystycznie zastyga w szerokim rozkroku. Wygięta w kuszącej pozie rzuca naprzeciw namiętne, prowokujące spojrzenie. Jest kaleką po amputacji, zamiast nogi unosi przytwierdzony do kikuta karabin maszynowy, a raczej – precyzyjniej – wielofunkcyjną maszynę do zabijania, którą celuje w nadchodzące tłumy żywych trupów. Kiedy wystrzeli, stos rozerwanych członków i kadłubów pogrąży się w szkarłatnej posoce.Zobacz także:
Artykuły
(19)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(4.85)
Wiek: 26 | Miejscowość: Gdańsk | Kraj: Polska
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Marcin Januszewski 18.10.2007 23:56
Zawsze to satysfakcjonujące, gdy dojdzie się do porozumienia w dyskusji dwóch pasjonatów:)
Rafał Oświeciński 17.10.2007 08:06
O PT przeczytałem z dużym zainteresowaniem do ostatniej kropki.
Rafał Oświeciński 17.10.2007 08:06
I właśnie o to chodzi i za to + :)
Dłuuuższa droga znacznie ciekawsza i trzeba się jej trzymać, bo tego typu teksty recenzenckie są rzadkością. Zwięzłość i czytelność nie mają tu nic do rzeczy, o PT przeczytałem z dużym zainteresowaniem do ostatniej kropki.
Marcin Januszewski 17.10.2007 01:04
Przyznaję! Fani campowej rzeźni (i nie wartościuje tu takich gustów) mogą być absolutnie usatysfakcjonowani "Planet Terror", mogą osiągać na tym filmie rozkosz z niespotykaną intensywnością. Bardzo dobrze, a więc jest to produkt mający rynek zbytu, gratuluję Rodriguezowi wspanialego interesu. Cóż to jednak zmienia w mojej sytuacji recenzenta filmowego? Czy kiedy na własne oczy widzę niezbyt udany film, oceniam go surowo według własnych kryteriów estetycznych (staram się, by były jak najbardziej obiektywne, ale trudno - wciąż pozostają "własne"), to czy mam piać z zachwytu tylko dlatego, że twórca znalazł entuzjastycznych odbiorców wśród fanatyków stylu, który właśnie skopiował kubek w kubek? Nie! Moim zadaniem jest zdać uczciwie przed czytelnikiem sprawę z mojego zdania, bo recenzja jest właśnie oceną. Ja zaś lubię w kinie najbardziej głębokość refleksji, ale nie jestem też ekstremistą - wystarcza mi wartkość akcji, emocjonująca intryga, dynamizm, napięcie, sprawna realizacja, efektowna gra z konwencją i środkami wyrazu. Wszystko to znalazłem u Quentina, zaś w filmie jego koleżki Roberta żadna z tych rzeczy nie istniała nawet. Dlatego krytycyzmu wobec "Planet Terror" wymagały i moje przekonania, i uczciwość przy porównywaniu obu części Grindhouse.
Dzięki za pozytywny odbiór mojej pisaniny. Lapidarność stylu to mój słaby punkt, a i owszem, ale jest lepiej niż jakiś czas temu:) Walczę z każdym słowem, ale jak nie powiem wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy, czuję się fatalnie:) Poza tym - kino to sztuka i różne są sposoby jej opisu. Ja wybieram dłuuuuższą drogę:) Pozdrawiam
Tymek Wołodźko 16.10.2007 23:08
Świetna recenzja, plus!
Ale za długa... Piszesz fajnie i dobrze się to czyta, z tekstu dowiaduję się ciekawych rzeczy, ale mimo wszystko po połowie tekstu już mi się odechciało czytać. Czemu? Bo filmy są po to żeby je oglądać, a nie żeby o nich czytać, bo nie czuję potrzeby czytania aż tyle na temat filmu.
Czekam na kolejne takie recenzje (ale o co najmniej połowę krótsze)! : )
Autor usunął profil 16.10.2007 13:13
Recenzja filmu - doskonała, inspirująca, chylę czoło.
Sam film - rozczłonkowany Dekameron kliszowy; przegięte, przerzygane baśnie tysiąca i jednej nocy; przekrwienie i przewykrwawienie czegoś, co samo w sobie ma być obsikane krwią. Współczesny widz domaga się krwi, wyrywania członków, jawnej orgii - i R.R. to oferuje. i nic więcej w tej kwestii.
Rafał Oświeciński 16.10.2007 10:10
Właśnie – oczekiwania. Bohaterowie, tło, fabuła – to wszystko jedno wielkie mrugnięcie okiem w stronę widza, niechby nawet i nazwane kalką, ale jednak całkiem zabawne. Mniej liczy się treść, bardziej styl. Mniej ekwilibrystyka interpretacyjna, bardziej grzeszno-kiczowata uciecha roztopionymi jajami Quentina i zabójczymi one-linerami. Być może to kwestia odbioru dzieł tego typu, których twórcy bawią się w kino (schematy) i albo to cieszy widza, albo nie cieszy; albo nudzi, albo nie nudzi. Albo masz cierpliwość dla tego typu celuloidowych bzdur bez względu na ich przynależność stylistyczną, albo podobnej cierpliwości nie masz, bo oczekiwania zostały zawiedzione.
Co do PT jako kina campowego. Być może takie były intencje QT i RR, ale wiadomo, że obaj funkcjonują w trochę innej rzeczywistości niż dzieła twórców, którym niejako składają hołd. Ponadto obaj nie są artystami campowymi, tylko camp lubią, mają kasę, żeby się w camp bawić i mają publiczność, która za zobaczenie ich zabawy w camp zapłaci. Stąd wynikają oczywiste różnice w marketingowych możliwościach, co nie znaczy przecież, że jest to nieuczciwe.
Marcin Januszewski 15.10.2007 19:46
Oczywiście, że to miała być nieskrępowana zabawa, oczywiście, że mamy do czynienia z parodią i wielkim puszczaniem oka. Tylko że ta "parodia" to tylko nieudana próba, a oko jest nieco zbyt dosłownie wyłupione:) Dokładne, kaligraficzne powielanie estetyki to nie pastiż, ale kalka. A po twórcy Desperado i Sin Sity oczekiwałem czegoś więcej, niż odtwórczego przerysowania, dokonanego przez roześmianego chłopczyka, gapiącego się we wrzody i mózgi. Oczekiwałem inteligentnej żonglerki schematami (niechby i były zacytowane!), ale tu dostaliśmy przykrą wycinankę ze starych taśm. Co zaś się tyczy nieskrępowanej zabawy - któż tu bawi się najbardziej? Z tego co ja zobaczyłem, przy "Planet Terror" najlepszą rozrywkę miał reżyser, a to chyba dość radykalne odwrócenie ról. Poza tym - obserwacja Rodrigueza krzątającego się wokół swoich ulubionych zabawek po godzinie staje się po prostu nudna i monotonna. To "dzieło" to tylko ciągnące się w nieskończoność dublowanie pomysłów, i to pomysłów nie pochodzących z teki Rodrigueza. Istnieją setki takich samych filmów, robionych od końca lat 60-tych, różniących się od siebie jedynie nieznaczną komplikacją fabuły. "Planet Terror" jest wśród nich, tyle tylko, że ma za sobą głośny marketing. Jest jeszcze oczywiście i jedna róźnica - produkcje campu z zamierzchłej epoki pokazywano w grindhousach po bardzo niskiej cenie, albo docierały do widzów w kasetowych kopiach. Miało to, muszę przyznać, swój smaczek. Film zaś Rodrigueza kreowany jest na hit multipleksów, a płacić trzeba za niego jak za starannie, a nie dla jaj zrealizowane kino. Twórca Sin Sity i zdradził campowy styl, i okazał się znacznie mniej uczciwym facetem od swoich szacownych, B-klasowych poprzedników.
Oczywiście, że w USA pokazywali obie części w kupie:) W Polsce, gdzie dobre filmy docierają od pół roku do kilku lat po światowej premierze, nie można niestety oczekiwać szacunku dla widzów i twórców.
Przemysław Trubalski 15.10.2007 16:25
Jeśli to miał być poważny film, tzn. nie naśladujący jakiejś estetyki, a po prostu będący filmem tejże estetyki, to nie wiem czemu, ale po obejrzeniu miałem wrażenie, że jednak to tylko wielkie puszczanie oka. Tak czy siak, ubawiłem się świetnie! Co zaś do całości, w USA pokazywano obie części w kupie;)