Facebook Google+ Twitter

PlusLiga. Korona wraca na głowę PGE Skry

Jeśli do zdobycia złota potrzebne były tylko trzy mecze w finale, to znaczy, że trafia ono do prawowitego właściciela.

 / Fot. PAP/Grzegorz MichałowskiPierwsza piłka na wagę mistrzostwa dla Skry. Do linii bocznej podchodzi rezerwowy Samuel Tuia, który trzyma w ręku tabliczkę z nr 11, należącym do Stephana Antigi. Doświadczony francuski przyjmujący przy owacji na stojąco zegna się z publicznością i karierą zawodnika. Zanim stanął obok ławki, utonął na dłuższy moment w objęciach trenera Miguela Falasci, z którym grał jeszcze w hiszpańskiej Mallorce. Za chwilę Jochen Schoeps posłał zagrywkę w aut i ósmy tytuł dla bełchatowian stał się faktem. Zespół Skry świętował na ulicach swojego miasta, przemierzając je... opancerzonym transporterem.

Z nieba do czyśćca, piekła i z powrotem

Przez krótki okres dominacji Resovii bełchatowianie przebyli długą drogę. Porażka w finale przed dwoma laty była szokiem dla środowiska siatkarskiego, przyzwyczajonego do tego, że w PlusLidze można było powalczyć najwyżej o drugie miejsce. Tytuł przypisywano Skrze z automatu, stała się przecież powszechnie rozpoznawalną marką na kontynencie i jednym z najbardziej utytułowanych polskich klubów w historii. To była drużyna z Michałem Winiarskim i już wielkim Bartoszem Kurkiem, na środku z doświadczonymi Danielem Plińskim i Marcinem Możdżonkiem, na rozegraniu z nieszablonowymi Falascą i Pawłem Woickim. O Mariuszu Wlazłym nie ma co wspominać - on jest częścią strukturalną. Do ostatecznego rozstrzygnięcia nic nie zapowiadało, że na bełchatowskim firmamencie na kolejne gwiazdki trzeba będzie poczekać.

W ubiegłym sezonie było jeszcze gorzej. Obie ekipy spotkały się już w ćwierćfinale. Po niezwykle wyrównanej walce Skra odpadła, zaliczając pierwszy sezon bez medalu od ośmiu lat. Chcąc zwiększyć siłę ataku trener Jacek Nawrocki przestawił Wlazłego na przyjęcie, ale ten o ile przyzwoicie spisywał się w ataku, to na zagrywce zbyt często jak na siebie bywał rozregulowany. Po zakończeniu rozgrywek było jasne, że miejsce pięciokrotnego MVP PlusLigi jest po przekątnej z rozgrywającym, a Aleksandar Atanasijević zdecydował się poszukać nowego pracodawcy. Nie bez znaczenia było to, że główny sponsor PGE obniżył nakłady na klub.

Przejawy słabości tamtej drużyny swoją drogą, ale gra zespołu Andrzeja Kowala musiała robić wrażenie - złoto atakowała z trzeciego i czwartego miejsca, w decydującej fazie tracąc przewagę własnego boiska. Na Podpromiu zebrano tak silną i wyrównaną drużynę, że mistrz Europy Nikola Kovacević nie mieścił się w podstawowym składzie.

Czas bohaterów


Przed sezonem przez halę Energia przeszło prawdziwe tornado. Gdy władze klubu poinformowały, że nowym trenerem będzie jej stary rozgrywający, Falasca jeszcze odbijał piłkę pod siatką w rosyjskim Uralu Ufa. Po Nawrockim, który związany był z klubem kilkanaście lat, przyszedł nowicjusz, który zna tożsamość klubu, sam ją współkształtował, ale tylko na boisku.

Nastał czas pożegnań. Winiarski przeniósł się do Rosji, Atansajiveić ze swoim rodakiem Konstantinem Cupkoviciem do Perugii (grają w finale Seria A z Maceratą Kurka), Woicki do Transferu via Politechnika, sprowadzony do końca rozgrywek Dante Boninfante wrócił do Włoch. Porównując skład, jaki wyszedł w niedzielę a ten przed dwoma laty, w zostali tylko Wlazły, Pliński i Paweł Zatorski. Ultrakonserwatywną politykę transferową z poprzednich lat, który dała siedem tytułów, wymieniono na libertyńską. Prezes i architekt tamtych sukcesów Konrad Piechocki zdecydował się na kroki radykalne.

Cel postawiony przed drużyną był jasny - przyspieszyć grę. By go zrealizować trzeba spełnić dwa warunki: mieć odpowiedniej klasy rozgrywającego i dynamicznych, świetnie skoordynowanych i wyszkolonych technicznie skrzydłowych. Z przekonaniem do powrotu Antigi nie było problemów, bo w Bydgoszczy pożegnano się ze sponsorem. Resztę powierzono w ręce Argentyńczyków Nicolasa Uriarte i Facoundo Conte. Gdy przychodzili, nie było takie oczywiste, że wkomponują się do zespołu, który przed linią startu nie zajmuje już pole position. Pierwszy z nich jak 23 lata ma wręcz przebogatą karierę reprezentacyjną, ale styczności z europejską siatkówka klubową nie miał wcale, poza tym wyżej od niego ceniono gającego kilka lat w Serie A Lucciano De Cecco. Conte podpisywał kontrakt z kontuzją barku. Pierwsze mecze po kontuzji rozegrał bez wykonywania ataku.

Powrót króla

O ile w fazie zasadniczej zdarzały się mniejsze i większe potknięcia (bolesna porażka z grającą w pół rezerwowym składzie Resovią w trzech setach, strata punktów z Czarnymi Radom), to play-offy były popisem możliwości Wlazłym i nimi w rolach głównych. Uriarte ujął estetyką i nieszablonowością, zachowując przy tym geometryczną precyzję. Akcja na dwie-trzecie siatki ze zbiegającym Conte i kosmicznej prędkości pipe'y stały się ich wizytówką.

O atakującym Skry można powiedzieć tyle: to nie ptak, to nie samolot, to Wlazły w swojej najlepszej formie. Na regularne serwisy z prędkością 120 km/h nie było odpowiedzi, choć rzeszowianie stawali do przyjęcia w czterech, w ataku nie rozpisałby go najlepszy analityk świata. W ostatnim meczu sezonu zbijał ze skutecznością ponad 70 proc., co na tym poziomie jest wręcz niebywałe. Uderza lekkość i naturalność jego ruchów, nie ma śladu po kontuzjach, zasięg osiąga wciąż niebotyczny.

Końcowy sukces nie byłby możliwy bez znacznego wkładu wciąż młodych środkowych - Karola Kłosa i Andrzeja Wrony, którzy z chłopców stali się mężczyznami, notując największy postęp na tej pozycji z całej ligi. Jeśli obaj utworzą parę środkowych na mistrzostwach świata, nie należy się dziwić.

Po ostatnim gwizdku sędziego zawodnicy Skry podkreślali świetną atmosferę w zespole i umiejętność koncentracji na konkretnym zadaniu, nie wybiegając myślami w przyszłość. Falasca "nie jechał" na systemie pracy swoich poprzedników, tylko szukał swoich rozwiązań. Niewielu trenerów wprowadza na zagrywkę rezerwowego środkowego (Maćkowiak), który w dodatku gra floatem.

Gdy ostatnie confetti zostanie uprzątnięte, a butelki od szampana wylądują w koszu, kolejny raz potwierdzi się, że w świecie sportu nic nie jest dane raz na zawsze i budowanie zespołu to proces permanentny. Już teraz stolica polskiej siatkówki traci mentalnego lidera, który niebawem zasiądzie na ławce trenerskiej reprezentacji oraz swojego wychowanka Pawła Zatorskiego, najtrwalszy filar obrony. W PlusLidze tylko niezwykle wąskie grono zawodników dorównuje im klasą, posiłki z zagranicy znowu mogą okazać się niezbędne.

Do historii przechodzi specyficzny sezon, w którym powody do zadowolenia znajdzie każdy z czołówki. Resovia trzeci raz z rzędu grała w finale, a biorąc pod uwagę, że przeżyła śmierć kliniczną we wcześniejszym etapie i musiała się obyć bez swojego kapitana, nie może wybrzydzać. Jastrzębski Węgiel załapał się na ostatni stopień podium również w Lidze Mistrzów. ZAKSA powiększyła klubowe muzeum o Puchar Polski. Mamy wyrównana ligę (co drugi półfinałowy mecz kończył się po tie-breaku) z czterema topowymi zespołami, które śmiało można pokazać w europejskich pucharach.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.