Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

49490 miejsce

Po co nam izba wyższa parlamentu?

Można by traktować wszystkie Izby Lordów, Bundesraty i Senaty jako relikt dawnych czasów, ale oto dwa tygodnie temu przedstawiono pomysł powołania w Unii Europejskiej „rady mędrców”.

Startujesz? Nie startujesz? Do Sejmu? Do Senatu? Z którego miejsca?... Ostatni tydzień był dla kandydatów na parlamentarzystów istnym szaleństwem. Setki rozmów telefonicznych, przeróżnych propozycji, poważnych życiowych decyzji, niespodziewanych akceptacji, widowiskowych rezygnacji. Kto przeszedł? Kto doszedł? Kto z listy odpadł? W tej wrzawie, w chaosie i tumulcie odbyło się też ostatnie posiedzenie Senatu RP mijającej kadencji.

Niejednej i niejednemu z nas łezka się w oku zakręciła, kiedy robiliśmy sobie w kuluarach pożegnalne zdjęcie. Dwa lata wspólnej pracy, regularnych spotkań, dziesiątki nagle przerwanych rozmów, niezrealizowanych planów. W ten sposób w ciągu trzech lat zdążyłam „zaliczyć” dwie kadencje senackie. Nie jest to zły wynik, biorąc pod uwagę, że nominalnie jedna kadencja trwa cztery lata. Ale też trudno tak pracować i coś planować. Wiele osób mnie pyta, dlaczego Senat też się rozwiązał, skoro problem mieli posłowie, a nie senatorowie.

No cóż, takie jest prawo. Kadencja Senatu RP trwa dokładnie tyle, ile kadencja Sejmu. Senat został „wskrzeszony” w 1989 roku, ale jedynie jako byt nierozerwalnie związany z izbą poselską. Nie jestem konstytucjonalistką ani teoretykiem ustroju państwowego, więc trudno mi wnikać w argumenty za i przeciw temu rozwiązaniu. Spośród polskich instytucji politycznych Senat budzi bodaj najmniej emocji. Rzadko kwestie w nim poruszane trafiają na czołówki. Nie było afer i sensacji. Brak wiadomości to w naszej znerwicowanej rzeczywistości dobra wiadomość.

A milczenie to najlepsze świadectwo, jakie można dziś wydać uczestnikom życia publicznego. Chociaż pochodziliśmy z różnych stron kraju i należeliśmy do różnych klubów parlamentarnych, to potrafiliśmy pokazać, że można się różnić poglądami, nie różniąc się stosunkiem do kultury, szacunkiem dla tradycji i skłonnością do oceniania argumentów według ich treści, a nie formy oratorskiej. Chociaż z zadowoleniem odnotowuję, że miałam też okazję wysłuchać co najmniej kilku przemówień pięknych, również według kryteriów sztuki krasomówczej.

W Senacie było zdecydowanie mniej politykowania i politykierstwa niż w Sejmie. Nie tylko ze względu na brak napięć pomiędzy władzą wykonawczą, a ustawodawczą, które przede wszystkim tam są widoczne. Także dlatego, że sposób wyboru senatorów, czyli głosowanie na osobę, a nie na listę, powoduje, że zdobywca mandatu musi cieszyć się sporym poparciem w swoim okręgu. Żeby zdobyć mandat senatora, trzeba uzyskać najmniej kilkadziesiąt tysięcy głosów (a niekiedy ponad sto tysięcy).

Przy szczęśliwym zbiegu okoliczności posłem można zostać, uzyskując poparcie kilkuset osób. W każdym razie czy to z powodu ordynacji wyborczej, czy też z innych przyczyn w Senacie minionej kadencji znalazły się osoby powszechnie (przynajmniej w swoim okręgu) znane i przejawiające raczej temperament społecznikowski, niż polityczny. Stąd nie brakowało profesorów, adwokatów, twórców i działaczy kultury.

Przede wszystkim jednak, niezależnie od wykształcenia i zawodu, nie brakowało chętnych do dyskutowania o Polsce w wymiarze szerszym od narzuconego przez rytm kadencji, w dodatku niekiedy skracanych. Istnienie izby wyższej niejeden raz było w Polsce omawiane po 1989 roku. Chciano ją nawet zlikwidować. Jednak w świecie demokracji zachodniej druga izba parlamentu występuje nadzwyczaj często i czasami jej istnienie jest niezależne od istnienia izby niższej.

Można by traktować te wszystkie Izby Lordów, Bundesraty i Senaty jako relikt dawnych czasów, ale oto nie dalej jak dwa tygodnie temu kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy przedstawili pomysł powołania w Unii Europejskiej „rady mędrców”, czyli ciała doradczego wskazującego kierunki rozwoju Wspólnoty. Co więcej, oboje proponują, by w skład rady wchodziły osobistości nie będące politykami działającymi w Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej czy Parlamencie Europejskim.

Pojawiła się zatem idea utworzenia ciała potrafiącego obradować w oderwaniu od bieżących sporów, myślącego bardziej o celach, niż o środkach do ich osiągnięcia. Być może i nasz Senat powinien się w taką radę autorytetów przekształcić. Musiałby jednak uzyskać niezależność od huraganów wiejących w Sejmie, a więc przede wszystkim musiałyby się rozejść kadencje obu izb. Jak dla przykładu dzieje się to w Kongresie USA, gdzie w wybieranym na sześcioletnią kadencję Senacie co dwa lata następuje wymiana jednej trzeciej składu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 25.09.2007 18:12

"W Senacie było zdecydowanie mniej politykowania i politykierstwa niż w Sejmie".

Na pewno nie bez znaczenia dla tego stwierdzenia jest fakt, że obrady Senatu nie są transmitowane - tak jak to się dzieje w przypadku Sejmu... A skoro nie są transmitowane, to siłą rzeczy chęć popisywania się drastycznie maleje...

A pod ordynacją większościową do Sejmu podpisuję się obiema kończynami... Czy zlikwidować Senat? Może nie, ale na pewno warto zastanowić się nad zmianą formuły...

Komentarz został ukrytyrozwiń

I argumentem na rzecz JOW

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jedynym uzasadnieniem istnienia Senatu jest to, że jest on żywym dowodem na wyższość ordynacji większościowej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.