Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

50623 miejsce

Po co Wildsteinowi ta telewizja?

Jedna z ikon polskiego niezależnego dziennikarstwa od dwóch miesięcy zużywa się na stanowisku prezesa telewizji publicznej. Bronisław Wildstein powinien natychmiast odejść i to nie dlatego, że tak chce wicepremier Lepper.

Upadłe idee. Czy Wildstein może coś zmienić w TVP?

Fot: AkpaJarosław Kaczyński, jako nowy premier i - poprzez ministra skarbu - właściciel telewizji, nie będzie martwił się upadkiem dziennikarskich idei Bronisława Wildsteina (którymi zapewne wcześniej się też nie interesował), ponieważ - posłużmy się nie lubianym przez Kaczyńskich żargonem - prezes telewizji jest tylko „zderzakiem” w tej konkretnie politycznej sytuacji, a historia telewizji publicznej i tak potoczy się zgodnie z logiką zdarzeń i wyborów politycznych. W imię nie do końca nazwanej idei Bronisław Wildstein udostępnił swoją osobę - niczym logo - jakiemuś niejasnemu planowi politycznemu. Dlatego jego deklaracje o zamiarze tworzenia niezależnej telewizji nie przekonują, co najwyżej mogą być uznane jako przejaw niczym nie uzasadnionego idealizmu, albo - co gorsze i trudne do uwierzenia - naiwności.

Naprawdę trudno uwierzyć, żeby otoczony członkami zarządu i rady nadzorczej z precyzyjnie opisanymi referencjami politycznymi prezes Wildstein łudził się, że samotnie zmieni ten nasz świat, czyli oddzieli telewizję od polityki. Szczególnie, że politycy dużo więcej o tym związku wiedzą, ponieważ trwa nie od wczoraj lecz kilka dziesięcioleci, od kiedy telewizję dla polityki odkrył pamiętany do dzisiaj Maciej Szczepański, prezes Radiokomitetu w czasach sekretarza Edwarda Gierka. Ten, wydawało się niepozorny redaktor prowincjonalnego prasowego organu partyjnego, wydobył telewizję z artystowskiego nihilizmu epoki Włodzimierza Sokorskiego i nadał jej śmiały, plebejski rozmach. Może dlatego, że nie miał - jak jego poprzednik - żadnych kompleksów i pretensji artystycznych, mógł wyzwolić telewizję ze swoistego „szantażu” estetycznego środowisk twórczych, a kanony „wysokiej kultury” wymienić na nowe, telegeniczne formy i gatunki.

Właściwa telewizja. Weryfikacja, czyli oczyszczający firmę "upust krwi"

Zniknął „Kabaret Starszych Panów”, ale powstał „kabarecik” Olgi Lipińskiej. Może nie głupszy, ale bardziej zrozumiały i przyswajalny dla budującego „drugą Polskę” obywatela. Telewizja przestała budzić - jak we wcześniejszych latach - zaciekawienie swą nowością, zaczęła przyciągać widzów coraz bardziej interesującym programem i możliwością poznania nieznanego dotąd świata. Skończył się cud telewizji, a zaczął skuteczny sposób oznajmiania społeczeństwu, poprzez telewizję, właściwych postaw i poglądów. Atrakcyjny program, z „Muppet show” na czele, był dobrym backgrundem dla serwowanych w dużej ilości audycji propagandowych. Nie tylko sławnego „Dziennika TV”, ale również bogatego repertuaru sterowanej publicystyki.

Paradoksalnym sukcesem tamtej telewizji był jednak sierpień roku osiedziesiątego, ponieważ to właśnie ona pozwoliła ludziom wcześniej zobaczyć się w potężnej masie podczas pielgrzymki papieskiej, by potem nie dać się przestraszyć. Stan wojenny był drastycznym końcem tamtej formy realizowania celów politycznych za pomocą telewizji. Zlikwidowano background, pozostała tylko propaganda. Pojawiła się natomiast po trzynastym grudnia 1981 r. zupełnie nowa forma budowania i kształtowania relacji między politykami i ludźmi telewizji: Weryfikacja, czyli odbywający się co jakiś czas - w zamierzeniu oczyszczający firmę - „upust krwi”. Zdarzał się zazwyczaj wtedy, kiedy masa pracownicza, na której lojalność ideową kierownictwo nie mogło liczyć, zaczynała przekraczać stan krytyczny.

Najważniejszą była oczywiście weryfikacja po wybuchu stanu wojennego, w roku 1982. Weryfikatorzy wyeliminowali wszystkich, których wolnościowe myślenie mogło zakłócić porządek w umundurowanej telewizji. Ofiarą tamtej weryfikacji był m.in. Mariusz Walter, późniejszy twórca telewizji TVN. Skonstruowany siłami tamtej weryfikacji osobowy skład załogi telewizyjnej przetrwał ćwierćwiecze i dopiero dzisiaj powoli udaje się na emeryturę. Drugą weryfikację przeprowadził Robert Kwiatkowski w 2001 r. Pod hasłem oszczędności zorganizował zwolnienie grupowe, skutecznie pozbywając się kadr, o które wzbogaciła się telewizja kilka lat wcześniej, za kadencji prezesa Wiesława Walendziaka.

Nadchodzi nowy prezes, a to oznacza przyspieszenie proces "oczyszczenia"

Przychodząc do Telewizji Polskiej na stanowisko prezesa, Bronisław Wildstein nie powiedział wiele, ale wystarczająco dużo, by spodziewać się „głębokich” zmian. Telewizja zadrżała, a prezes ani słowem, ani gestem nie próbuje łagodzić lęków. Płynie bardzo wyraźny przekaz: jest z wami źle i będzie jeszcze gorzej. Naprawdę źle jest ze wszystkimi, którzy przyszli (albo wrócili) do telewizji z Janem Dworakiem. Odchodzą nawet nie pożegnani refleksją, iż w końcu to oni zbudowali - przez lata niemożliwą do uzyskania - wiarygodność programów informacyjnych.

Podążając takim, wyznaczonym sobie szlakiem, prezes Wildstein pozostał z załogą stworzoną przez Roberta Kwiatkowskiego. Wygląda to na chichot historii, ale jakąś nową telewizję - jeśli coś podobnego jest w jego planach - przyjdzie Wildsteinowi budować z ekipą „grupy trzymającej władzę”. Dlatego sytuacja będzie podążała w kierunku takich, które są „nie do zniesienia”. Obecną, cichą weryfikację może zastąpić wybuch - karkołomne przyspieszenie procesu „oczyszczania” telewizji, szczególnie, że w sprawach pozapersonalnych prezes również ponosi same klęski. Największą jest nieumiejętność wyartykułowania swojej wizji telewizji.

Jaka to będzie telewizja? Publicystyczna? Rozrywkowa? Regionalna?

Obserwatorzy sfery publicznej nadal nie znają koncepcji telewizji prezesa. Milczenie Wildsteina w tej kwestii jest zastanawiające, cierpliwość koalicji i kredyt zaufania jakim obdarza prezesa, wręcz niewyobrażalna. Jedynym merytorycznym pełnomocnictwem, na jakim opiera się pozycja Bronisława Wildsteina, jest powszechnie wyrażana opinia o jego niezależności oraz przekonanie, że ten swój przymiot przekuje w jakąś telewizję. Na razie jeszcze nie przekuwa.

Zarząd przy okazji zatwierdzania jesiennej ramówki wrócił do przeszłości i przypomniał strategiczne credo sformułowane w czasie prezesury Jana Dworaka (w przypadku TVP3 jeszcze Roberta Kwiatkowskiego), iż: program pierwszy ma mieć profil bardziej publicystyczny, program drugi - rozrywkowy, a telewizję regionalną dalej ma się przekształcać w kanał informacyjny. W organizacyjnej strukturze TVP faktycznymi twórcami oferty programowej są dyrektorzy poszczególnych anten. Starych dyrektorów już nie ma. Nowe awanse to skutek skomplikowanych kompromisów w ramach zarządu, z niespodziewanymi karierami weteranów sprzed epoki Dworaka (TVP2!).

A co z programem?

W tym galimatiasie panowanie prezesa nad programem, z presją oglądalności wymuszaną przez segment reklamowy, jest tylko złudzeniem, a każda bardziej zdecydowana jego interwencja może zakończyć się jedynie chaosem. Klęską zastaną przez Wildsteina jest pozycja programów informacyjnych TVP. Kilka lat temu utraciła ona wpływ na rynek telewizyjny w tym segmencie, przestała wyznaczać standardy zarówno formalne, jak i zawodowe. Jej rolę najpierw ograniczyły „Fakty” TVN, później jeszcze mocniejszy cios zadał kanał informacyjny TVN24. Osiągnięciem prezesa Wildsteina byłoby skrócenie wobec TVN-u zastanego dystansu. Powrót do już raz przegranej sprawy przekształcenia Telewizji Regionalnej w kanał informacyjny olśniewającego sukcesu nie rokuje. Szczególnie, że wkłada w to prezes zbyt dużo nadziei.

Programy informacyjne nie stanowią już decydująco o rzeczywistej sile stacji, nie przodują w rankingach oglądalności. O sile stacji typu full service (takimi są właśnie główne anteny telewizji publicznej) stanowi dziś gatunkowo różnorodny i atrakcyjny program: filmy, seriale, teleturnieje, ów backgroud gromadzący publiczność, podstawa w tworzeniu przez stację jakiegokolwiek oddziaływania, nie tylko politycznego. Z dwoma zaufanymi kolegami (obecnie pełniący obowiązki dyrektorów: w TVP3 - Mariusz Pilis i w Agencji Informacji - Andrzej Mietkowski) prezes zintegrowanego programu nie zbuduje. W telewizji publicznej takich kolegów potrzeba z dwudziestu.

Politycy na pewno nie zapomną o telewizji publicznej

Nie ma takich możliwości, by świat polityki zapomniał o telewizji publicznej. Niby dlaczego i w imię jakich racji? Skoro powołał wszelkie organy zarządzające mediami publicznymi, zawsze może upomnieć się o swoje wpływy. Przynajmniej zapytać od czasu do czasu, czy telewizja jest tak „dobra”, jak wybrani zarządzający obiecywali. I niech nikogo nie dziwi, że termin „dobra” nigdy nie został, ani nie zostanie zdefiniowany. Polityczny promotor Bronisława Wildsteina prezesem zarządu telewizji uczynił nie dziennikarza, lecz symbol niezależnego dziennikarstwa.

W swojej jakobińskiej definicji demokracji Jarosław Kaczyński nie rozumie pojęcia wolności mediów, ani legitymacji społecznej na podstawie której funkcjonuje tzw. czwarta władza. Demokratyczny porządek w państwie, powołanie i działalność wszystkich jego instytucji: prezydenta, sejmu, rządu etc. jest skutkiem wolnego (demokratycznego) aktu wyborczego, którego wynik jest respektowany przez wszystkie siły polityczne i chroniony przez prawo. W tym procesie nie uczestniczą media, zatem skąd ich pretensja do stanowienia jednego z filarów władzy (czwartego)? Przecież funkcjonują w realnym systemie prawnym, zależnym od aktu wyborczego.

I tak, elektroniczne media komercyjne są koncesjonowane przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, ta sama rada i Minister Skarbu powołują rady nadzorcze mediów elektronicznych publicznych, prasa natomiast nie jest koncesjonowana, ale podlega kontroli sądowej (niezależność władzy sądowniczej - trzeciego filaru władzy - również nie budzi jakobińskiego entuzjazmu). W takim systemie myślowym media nie są filarem władzy, lecz jej elementem, podporządkowanym na pośrednim stopniu określonym instytucjom państwa. Konstytucja nie wymienia żadnej czwartej władzy, a jedynie prawo obywatela do informacji. Nie ma w takim rozumieniu pozycji mediów tego, co jest istotą ich funkcjonowania i sensem zajęcia dziennikarskiego: nie artykułuje się potrzeby poszukiwania prawdy. Właśnie przez swą nieuchwytność pojęcie „poszukiwanie prawdy” jest dla poglądów jakobińskich trudne do akceptacji, ponieważ nie pozwala wyznaczyć dokładnych granic swobody dziennikarskiej w ramach realizowania owego docierania do prawdy. Dlatego, że granice są nieuchwytne, trudno je opisać językiem kodeksu, a w dalszej kolejności powołać urząd kontrolujący takiego kodeksu przestrzeganie.

Jak w takim razie, w takim systemie ma zmieścić się prezes Bronisław Wildstein, ze swoją wizją niezależnego i wolnego dziennikarstwa? Może jedynie realizować nie naruszające interesów jego politycznych promotorów jakieś uproszczenie: wolne media, to media uwolnione od pewnych grup ludzi. Można się obawiać, że w istniejącej strukturze organizacyjno-politycznej na tym marzenie Wildsteina o niezależnej telewizji może się zakończyć. Dlatego Wildstein powinien odejść, dopóki nie zabrnie za daleko.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

polityka niech pan piszę więcej o polityce zachencam fajnie się czytało

Komentarz został ukrytyrozwiń

A co mnie to wszystko obchodzi-i tak nie oglądam tego reżimowego
chłamu nadawanego przez jedynie słuszną tivi wolę discovery tam przynajmniej
nie atakuje mnie wszechobecna nienawiść i rozliczenia sprzed 20-100lat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.