Facebook Google+ Twitter

Po drugiej stronie lustracji

Dawno nie było słychać tylu wezwań do rozliczeń z przeszłością. U nas trwa nagonka lustracyjna, w Niemczech rozgorzał spór o Grassa. Najgorsze jest to, że niejasna przeszłość lustrowanych służy za budulec politycznego kapitału lustrujących.

Polityczni moralizatorzy łatwo dają się ponieść emocjom, plują i oskarżają, nie bacząc ani na historyczny kontekst inkryminowanych przypadków, ani na psychologiczną złożoność przyświecających im motywacji. Słowa krytyki zbyt łatwo przechodzą im przez usta. Oskarżając innych, manifestują własną moralną przejrzystość, poświadczają swą pryncypialność, ideową nieskazitelność, etyczne piękno. Wszystko w imieniu wzniosłej idei Prawdy, na której cześć odprawia się lustracyjny rytuał.

Ta masowa tropicielska aktywność przypomina dzikie igrzyska dla ludu, odprawiane tylko po to, aby wskrzesić upiora fałszywie pojętej spawiedliwości społecznej. Rolę ogólnonarodowego czyśćca spełniają media. Ostatnio wszyscy - chcąc tego lub nie - zostaliśmy puszczeni w pogoń za “Delegatem”. Kim był? Czy była to jedna osoba, czy kilka osób? Czy był to zdrajca, czy podwójny agent? Jakie przesłanki nim kierowały? Wieszać go, czy hołubić? Powracamy do bolesnych momentów z naszej historii, aby ponazywać je jeszcze raz. Wydaje nam się, że tym razem owo nazwanie musi być na tyle czytelne, abyśmy mogli zamknąć przeszłość w pewnych jasnych definicyjnych schematach. Sądzimy, że duchy przeszłości tylko wtedy przestaną nas straszyć, kiedy będziemy umieli je sprawnie i klarownie sklasyfikować. Czarne ma być czarne, a białe ma być białe - tak działają mechanizmy języka, tak działa prawo. Niestety, wszelkie działania mające ujednolicić recepcję historii odbywają kosztem wykoślawienia indywidulanych ludzkich losów - pełnych błędów, upadków, ale również nie mniej ważnych zwycięstw, o których w lustracyjnej gorączce nikomu nie chce się wspomnieć.

Język ludzkich losów pełen jest polifonii

Wielu życiowych decyzji nie da się jednoznacznie ocenić wyłącznie w oparciu o historyczne fakty (w istocie nie da się poznać wszelkich uwarunkowań społecznych, historycznych, charakterologicznych – dlatego każda jednoznaczna ocena będzie musiała opierać się na wybiórczych danych, a w takich warunkach łatwo o pokusę tendencyjnego ich dobierania). Zapominamy, że historię człowieka winno się traktować jako proces i nie ma co oceniać poszczególnych zachowań bez ukazania szerszej perspektywy jego poczynań. Język indywidulanych ludzkich losów pełen jest polifonii, którą winniśmy traktować jako cenną wartość. Niestety – tam, gdzie naród próbuje w zbyt prosty sposób zmierzyć się z własną przeszłością (ostatecznie nazwać ją, dookreślić, domknąć), tam poświęca sie jednostkowe przypadki, zbyt ludzkie i dwuznaczne, aby mogły służyć za podstawę jakiejkolwiek historycznej unifikacji. Tylko co to właściwie jest “naród”? Co jest instancją tej specyficznie pojętej koniektury, przeprowadzanej w celu jasnej i prostej definicji przeszłości? Czy dzieląc przeszłość na “czarną” i “białą” nie tracimy pewnej cennej dwuznaczności leżącej u źródeł wszelkich ludzkich zachowań. Czy ten “naród”, w imieniu którego podejmuje się oskarżycielski wysiłek, nie jest przypadkiem tworem sztucznym, wypreparowanym na potrzeby ideologów narodowych?

Okazuje się, że ta pełna gorzkiego resentymentu aktywność to nie tylko nasza specyfika. Najświeższe doniesienia o nazistowskiej przeszłości Guntera Grassa zelektryzowały społeczność światową. Odezwały się wielkie autorytety – większość z nich potępiła Grassa, lecz na szczęście znalazło się kilka osób próbujących podejść do sprawy nieco subtelniej. U nas w kraju odezwał się głównie te “autorytety”, które hasło moralnej odnowy wszechświata (ze szczególnym wskazaniem na Najjaśniejszą Czwartą Rzeczypospolitą) noszą na ustach 24 godziny na dobę. Poseł Kurski od razu wygłosił płomienne oświadczenie, w którym bez większego skrępowania odebrał Grassowi nagrodę Nobla. Często bywało w historii tak, że funkcjonariusze partyjni opluwali ludzi wybitnych, jednak nadal smutno się robi, kiedy człowiek zmuszony jest oglądać takie sytuacje na własne oczy. Gdyby Jacek Kurski miał w zwyczaju gryźć się w język za każdym razem kiedy przyjdzie mu ochota powiedzieć coś głupiego, to już dawno by go sobie odgryzł. A może w rzeczywistości poseł Kurski nie ma już języka i dlatego przez jego usta łatwiej przelatuje partyjniacki bełkot, wlewany mu gdzieś z tyłu głowy przez ideowy kolektyw?

Nie zamykać historii w schemacie

Lacan twierdził, że interpretacja historii losów pojedynczego człowieka nie kończy się w gruncie rzeczy nigdy. Pod jedną maską znajdziemy kolejne. Być może warto o tym pamiętać podczas tej ogólnonarodowej terapii, jaką zafundowali nam rządzący. Nie da się w prosty i ostateczny sposób sklasyfikować tego, co było – tego, co ma fundować naszą narodową tożsamość. Warto o tym pamiętać, podejmując kolejne próby zamknięcia naszej historii w czarno-białym schemacie jedynie słusznej interpretacji. Poznawajmy naszą przeszłość najlepiej jak się da, jednak nie dajmy się uwieść czarno-białym wizjom partyjnych demagogów. Powinniśmy uwrażliwić się na polifoniczną strukturę języka historii, nie tylko tej zbiorowej, lecz przede wszystkim prywatnej, jednostkowej - a przez to wyjątkowej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.