To, co wydarzyło się po przerwie zaprzeczyło regułom pojedynków Barcelony i Realu z ostatnich lat. Gospodarze zgrzeszyli pychą, delektując się dominacją i lekceważąc zranionego rywala. Ten tylko na to czekał. Najpierw Cristiano Ronaldo, następnie Carim Benzema po fatalnym błędzie zdekoncentrowanego Pique doprowadzili do wyrównania. Na tym nie koniec, w polu karnym "Dumy Katalonii" do ostatniego gwizdka było gorąco. Tak zepchniętej do obrony Barcelony nie widziano już dawno. Popłoch i zwątpienie, jakie towarzyszyło drużynie Guardioli w ostatnich minutach, było zjawiskiem niemalże zapomnianym. "Dzień, w którym zaczniecie uważać się za najlepszych na świecie, będzie początkiem waszego końca" - miał powiedzieć swoim zawodnikom przed laty 41-letni szkoleniowiec. Chyba nie przypuszczał, że będzie musiał powtarzać te słowa.
I choć znowu było ostro - Lassana Diarra zasłużył na czerwoną kartkę jeszcze w pierwszej połowie, Sergio Ramos słusznie czerwień otrzymał, a Pepe potwierdził, że używanie głowy do trzeźwego myślenia przysparza mu trudności, obraz Realu jako drużyny rysuje się w coraz jaśniejszych barwach. Odpaść z Barceloną to nie wstyd, problem w tym, że w madryckim słowniku nie było takiego zwrotu jak honorowa porażka. "Zagraliśmy fenomenalnie i wracamy do domu dumni" - powiedział z satysfakcją Iker Cassilias (za realmadrit.pl), niezrażony brakiem awansu.
Na razie znowu triumfuje Barcelona, ale dystans między drużynami skrócił się. Jedno małe "ale" - te same wnioski nasuwały się po finale Pucharu Króla w ubiegłym sezonie i zaprowadziły donikąd. W futbolu nic nie jest dane raz na zawsze.