Facebook Google+ Twitter

Po El Claciso: wilk syty i owca cała

Barcelona awansowała, choć zachwycała tylko momentami. Real odpadł, ale uratował honor i udowodnił przede wszystkim sobie, że w starciu z Katalończykami warto grać otwartą piłkę.

 / Fot. PAP/EPAW futbolu nic nie jest dane raz na zawsze. Po porażce na Santiago Bernabeu w pierwszym ćwierćfinale Copa del Rey mało kto wierzył - bo w tym miejscu właściwą kategorią do rozważań pozostawała wiara - że słabsi o klasę i sfrustrowani kolejną klęską "Królewscy" mogą zasiać ziarno niepewności w świątyni Barcelony. Sam Mourinho przytoczył na konferencji prasowej zasłyszaną od swoich piłkarzy opinię, że na Camp Nou po prostu nie można wygrać.

"The Special One" doskonale pamięta, że pierwsza jego wizyta w Katalonii w roli trenera Realu zakończyła się wynikiem 0:5. Od tamtego meczu przeciw Barcelonie wystawiał z reguły 7-8 defensywnych zawodników, których jedynym zadaniem było uprzykrzanie życia Messiemu, Xavi'emu i reszcie, nie bacząc na zasady fair play, a właściwie na jakiekolwiek zasady. Koledzy z jednej reprezentacji zaczęli skakać sobie do gardeł, widowisko przypominało rozpaczliwą pogoń, która wraz z upływem minut zamieniała się w prymitywną rzeź. Byli piłkarze i działacze Realu na czele z Alfredo Di Stefano poddali ostrej krytyce anty-futbol serwowany przez Mourinho, przypominając o szanowanym wizerunku klubu, wybranym przecież najlepszą drużyna XX wieku.

Fala krytyki spadła na Portugalczyka również po ostatnim meczu. Zarzucano mu zatracenie się w byciu anty-Barceloną i brak jakichkolwiek pozytywnych elementów. Prasa donosiła o podziałach w szatni na zwolenników i przeciwników Mourinho. Do tych pierwszych zaliczano kolonię portugalską i innych zawodników menadżera Jorge Mendesa, nieformalnym liderem drugich miał być kapitan Iker Casillias. Ile w tym prawdy nie wiadomo.

Nieoczekiwana metamorfoza

Wczoraj Real nie wygrał, ale zaprezentował się w sposób, jaki przystało drużynie z taką renomą. W porównaniu z pierwszym ćwierćfinałowym meczem Portugalczyk wstawił do pierwszej "11" ofensywnie usposobionych Kakę i Mesutha Özila, wcześniej regularnie pomijanych przy okazji Gran Derbi. Zanim mecz na dobre się rozpoczął, jego piłkarze już mogli prowadzić dwiema bramkami, ale Gonzalo Higuain w sytuacji sam na sam najpierw nie trafił w bramkę, a potem trafił w Pinto. Przy stanie 0:0 Özil fantastycznie uderzył z dystansu w poprzeczkę. "Blau-grana" w końcu ocknęła się i łapiąc właściwy sobie rytm przejęła kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Dwa celne strzały dały jej dwie bramki i kwestia awansu wydawała się rozstrzygnięta już po pierwszej połowie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.