Facebook Google+ Twitter

Po plecach ojca do kariery. A dlaczego nie?

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-09-23 20:05

Rozmowa z aktorem Michałem Koterskim, synem reźysera Marka Koterskiego, który grał w filmach "Dzień świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrysusami".

Na gdyńskim festiwalu jego ojciec, Marek Koterski, był tym razem w cieniu. To syn Michał grzał się w blasku reflektorów i kamer. Chętnie wyręczał ojca w wywiadach. Stawał do zdjęć na... głowie. Prowadził się za rękę z Anną Muchą. A nawet obnażył pośladki, co pokazała jedna z kolorowych gazet.

Fot. Dziennik Bałtycki

- Chyba czuje się pan jak gwiazda na tym festiwalu.

- Z jednej strony to przyjemne. Ale z drugiej strony uważam, że w Polsce nie ma gwiazd. To jakaś iluzja, którą wytworzyły media. Nas nie stać na gwiazdy. Gwiazdy są w Stanach Zjednoczonych, gdzie za swoją pracę dostają duże honorarium. U nas za granie w filmie dostaje się nędzne gaże. Może mamy gwiazdy w muzyce. Taka Doda, na przykład. Ale my jesteśmy tylko rzemieślnikami.


- Wspomniał pan o honorarium, to może trzeba grać u innych reżyserów. A nie u taty.

- Ale przecież to nie tata płaci, tylko producent. A w przypadku filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, mówimy o jednym z największych w Polsce producentów. To nie od niego zależy. Takie są stawki. I tego się nie przeskoczy. Moim zdaniem taka gwiazdorska otoczka tylko szkodzi nam i filmowi. Nas na to nie stać. My robimy europejskie kino. I dlatego uważam, że pewnych tematów, jakie próbują dotknąć nasi reżyserzy, nie powinniśmy dotykać.

- Na przykład?

- Nie powiem, bo jak mówią, nie s... się do własnego ogrodu.


- Mówią, że pan się wspina po plecach ojca do filmu.

- Dla mnie to nie jest złośliwie. Ja się nie czuję z tym źle, że wchodzę po plecach ojca. Jestem mu wdzięczny za tę możliwość. Kiedyś zapytano jednego ze znajomych mojego taty - dlaczego tak promuje swoją żonę w filmie. A on na to: co, mam cudzą promować? Tak jest w każdym innym zawodzie. U prawników, na przykład. Mówi się, że syn tego czy innego adwokata dostał się do jakiejś kancelarii po znajomości. Dlaczego miał się nie dostać? Korzystał z tego, co wypracował jego ojciec. Ja też z tego korzystam. I wcale się z tego powodu nie wstydzę. Mogę mu tylko podziękować.


- Miękko pan wszedł w środowisko aktorskie. Chociaż nie jest pan z wykształcenia aktorem. Czy granie to ciężki kawałek chleba? Zwłaszcza jak się nie umie grać.

- To jest bardzo trudne zajęcie. Obojętnie czy się jest aktorem zawodowym, czy nie. Dlatego ja nie lubię w moim przypadku takiego określenia jak granie. Ja występuję. I myślę, że wszyscy młodzi aktorzy na razie tylko występują. Grać to może Marek Kondrat czy, ja wiem, pan Zapasiewicz, pan Stuhr. Na wszystko w życiu trzeba zapracować. I oni już zapracowali na miano ludzi, którzy grają w filmach. A my tylko występujemy. I moim marzeniem jest, żeby zapracować na to, aby powiedzieć o sobie - zagrałem w tym filmie.


- Czego się pan nauczył podczas pracy nad filmem „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”? Trudnym filmie, bo o alkoholizmie.

- Dzięki bohaterowi, który tam występuje, mogłem się nauczyć tego, że ja mam w życiu wybór. Film uświadomił mi, że można popełniać błędy w życiu, które są nieodwracalne. I że w moim wieku jeszcze tych błędów można uniknąć. Główny bohater na przykład nigdy nie powiedział matce, że ją kocha. Stworzył piekło przez wódkę swoim dzieciom, żonie, sobie przede wszystkim. Zobaczyłem, że ja mogę tego piekła uniknąć. Mamie, dzięki temu filmowi, powiedziałem po raz pierwszy, że ją kocham. I mówię jej teraz to często. Bo wiem, że kiedyś może być na to za późno. I jeśli jej zabraknie, mogę tego błędu nie naprawić, żałując przez całe życie.


- A sprawa alkoholizmu?

- Ten film przełamał pewien stereotyp, że pijak to głównie bezdomny z dworca, leżący na jakimś kartonie. Pokazał, że ten problem jest wszędzie. Głośno się o tym nie mówi. Bo to nie jest nikomu na rękę. Bo to zabiera komfort picia wielu inteligentnym ludziom, którzy w inteligenckich rodzinach sprawiają koszmar swoim najbliższym. Ale trzeba o tym mówić. I coś z tym robić.


- Czy tata jest dla pana wzorem?

- Jest. Ale to bardzo trudny wzór do naśladowania. Ja nigdy nie będę taki jak mój ojciec. I mówię to nie tylko jako syn, ale też jako ktoś, kto obserwuje jego twórczość. Dla mnie to geniusz. Kiedy dowiedziałem się, że „Dzień świra” pisany był w trzech czwartych trzynastozgłoskowcem, czego się w ogóle nie czuje, byłem zszokowany. Nie każdy jest w stanie coś takiego napisać. To wyjątkowy człowiek. I ja mu nigdy nie dorównam pod tym względem. Nawet nie mam zamiaru. Chciałbym tylko tak poprowadzić swoje życie, żeby się nigdy nie sprzedać. Nie wiem, czy w moim zawodzie aktora, to możliwe. Bo człowiek sprzedaje się na każdym kroku.


- Marek Kondrat to wielki aktor, a gra w reklamach. Za ciężkie pieniądze. I wcale mu to nie przeszkadza.
- To jego wybór. Każdy ma swoją drogę. I Marek z tego powodu nie jest dla mnie wzorem. Jest dla mnie wzorem jako aktor, ale nie jako człowiek, którzy sprzedaje się w reklamie. Mój ojciec nigdy nie zrobił reklamy za ciężkie pieniądze. Ani za lżejsze. A mógł to zrobić. Miał takie propozycje. Kiedy poświęca się parę lat na pisanie scenariusza, a potem 30 dni na kręcenie filmu i dostaje się te, nie oszukujmy się, marne grosze, to trzeba mieć charakter, żeby się oprzeć reklamowej pokusie. I nie sprzedać się. Ja Marka nie krytykuję, bo to jego wybór. I jak on się z tym czuje dobrze, to czemu nie. Ale nie każdy się z tym dobrze czuje. Wiem, że mój ojciec nie zasnąłby, nie poradziłby sobie z czymś takim. Taki jest. Wyjątkowy, jedyny, twórca.


- Jak teraz wygląda pana życie?

- Teraz to wszystko stanęło trochę na głowie. Mam poczucie, że nie bardzo wiem, kim jestem. Bo się zaburzył mój świat przez to, że zaistniałem medialne. To wszystko jest dopiero na etapie układania. Przeżyłem takie bum. I nie bardzo potrafiłem się w tym odnaleźć. Myślałem nawet, że zaczynam od tego wariować. Ale teraz nabieram do tego dystansu. I fajne rzeczy się dzieją. Będą miał swój program w radiu. I to mnie kręci. bo wreszcie znajdę poczucie bezpieczeństwa. W tym zawodzie trzeba przecież stale czekać na role. A dzięki tej audycji będę mieć stały dochód.


- Poprowadził pan też imprezę muzyczną...

- To było raz. Marzyłem wtedy, że poprowadzę ją z Kubą Wojewódzkim. Stało się inaczej. Kuba się wycofał. A ja nie mogłem już zerwać kontraktu. Zrobiłem to raz. I chyba na razie nie ciągnie mnie. To było dobre doświadczenie. Mam poczucie, że się jakoś sprawdziłem, chociaż się tego bałem. Podniosło to moje poczucie wartości. Ale to nie jest dla mnie. Mama powiedziała, że napisali o mnie - odkrycie konferansjerki. A mnie to irytuje. Nie chcę być odkryciem w dziedzinie konferansjerki, bo mnie to w ogóle nie obchodzi. Odmawiam prowadzenia takich imprez. Bo chcę zachować swoją inność. Kurczę... nie chcę być taki, jak każdy w tym zawodzie. Na lewo, na prawo otwierać salony fryzjerskie za każdą cenę. Niech robią to inni. To ich sprawa. Dzięki ojcu zobaczyłem, że można się wyróżniać. Być wyjątkowym. Pewnie, że tym samym odmawiam sobie dużych pieniędzy. Mógłbym pozwolić sobie na wiele rzeczy, o których marzę. Ale, jak mówi mój ojciec, to nie jest bieg na setkę, tylko na długi dystans. Więc na wszystko przyjdzie pora. Pewnie od tej forsy bym zwariował. I nic by ze mnie nie było.


- Czy po „Dniu świra” poczuł pan falę popularności? Rozpoznawano pana na ulicy? Wołano za panem w stylu: jak tatuś ci zrobi rożek...

- Tak, ale chodziło o dzióbek. Wołają cały czas: jak tatuś ci zrobi dzióbek, to nie ma ch... we wsi. Ale to wołanie nasiliło się dopiero po filmie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Zdarza się, że ludzie zatrzymują się na ulicy, otwierają szyby w aucie i krzyczą: jak tatuś ci zrobi dzióbek... dalej już trzeba wypikować.

Michał Koterski - aktor, syn reżysera Marka Koterskiego. Odkrycie młodego pokolenia - jak pisali o nim dziennikarze. Ma 27 lat i na swoim koncie kilka filmowych ról, głównie w filmach reżyserowanych przez ojca. Zadebiutował w 1999 roku w „Ajlawju” Marka Koterskiego, wcielając się w postać Sylwka, syna Adama Miauczyńskiego. Potem był Sylwkiem również w „Dniu świra” (po tej roli znali go już niemal wszyscy), a ostatnio obejrzeliśmy go także jako Sylwka w filmie „Wszyscy są Chrystusami”.

Rozmawiała Ryszarda Wojciechowska 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Czy słowo *koteria* to od omawianego nazwiska? Jak dizel od konstruktora o nazwisku Diesel, jak niuton (jednostka) do Newton? Jak balzakowski, darwinowski, rentgenowski, kartezjański - od nazwisk?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.