Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8113 miejsce

Po rundzie jesiennej: jaka Legia, taka liga

Przez pół roku Legia straciła pozycję lidera tylko na dwie kolejki. Najczęściej wygrywa, najwięcej strzela, a mimo to rejestr zażaleń pod jej adresem stale się powiększa - od wymiany połowy składu po zakwestionowanie umiejętności trenera.

Zamiast honorowego miejsca w salonie, z eleganckimi drinkami i osobistym kelnerem trzeba obijać się po knajpie, gdzie już kilka razy porządnie się oberwało, a podłoga klei się od rozlanego piwa. Tak układają się perypetie legionistów, którzy ostatnimi miesiącami kolekcjonują skrajne doznania.

Na pierwszy rzut oka żadne wytłumaczenie nie usprawiedliwi tego, że Legia przegrała tyle samo meczów co Zawisza (a więcej niż Górnik, Wisła, Lech i, o zgrozo, Ruch), prezentując się chwilami zawstydzająco. Wielu ekspertów przewidywało, że z każdą kolejką mistrzowie Polski ułożą sobie ugładzoną ścieżkę do obrony tytułu. Nadal trudno podejrzewać, jak mogliby tego nie dokonać, ale bruk na tej ścieżce bywał tak nierówny, że zaliczono kilka - mniej i bardziej poważnych - wywrotek. Nie ma mowy o hegemonii, nie ma żadnego FC Hollywood ani życia ponad stan. Jest orka, szaro-bura ligowa rzeczywistość.

Nie sposób nie uwzględnić okoliczności łagodzących: kontuzji, których koszty leczenia idą w miliony i przez które w końcówce sezonu nie można było uzbierać kadry meczowej, rekordowej liczby spotkań (36), do czego żaden polski klub nie przyzwyczaił się ostatnimi laty, do pewnego momentu (koniec sierpnia) postawienia wyraźnego akcentu na europejskie puchary. Skoro na tym tle można wygrać 66 proc. meczów (osiem razy strzelając min. trzy bramki) i wyprzedzić konkurentów, którzy na papierze nie wydawali się słabsi niż przed rokiem, nie ma co wzywać grabarza.

To, że jest się liderem, nie znaczy, że ma się życie wolne od problemów. Nie wchodząc do gabinetu dyrektora sportowego Jacka Mazurka można założyć, że transferowym celem nr 1 w zimowym oknie transferowym będzie napastnik. Od Władimera Dvalishvilego szybciej biegają sędziowie. Niedługo już tylko na czarno-białych fotografiach będzie można oglądać Gruzina w dobrej dyspozycji fizycznej.

Kto by się spodziewał, że kluczowymi postaciami zespołu będą zadziwiający formą i efektywnością Tomasz Brzyski, który asystuje częściej niż Łukasz Garguła czy Sabastian Mila, oraz Tomasz Jodłowiec, w roli największego twardziela ligi następca ustępującego Radosława Sobolewskiego; że Jakub Rzeźniczak, rok temu odstawiony na boczny tor, wróci na środek obrony i będzie jej ostoją. Fakt, że pod nieobecność/przy słabiej formie reszty postacie drugiego planu weszły w czołówkę kadru, jest dowodem świadczącym na korzyść Jana Urbana. Nie ma też co ukrywać, że swoją działkę miał tu też przypadek - ktoś odpadł, ktoś inny akurat odpalił, jak ostatnio Michał Kucharczyk.

Legia jednak bardziej broni pozycji lidera, niż się na niej umacnia. Na razie dowiedziała się, jak smakuje tytuł po siedmiu latach abstynencji, teraz uczy się na własnych błędach, jak trudno go obronić. Zła wiadomość dla niej jest taka, że punktowy bufor bezpieczeństwa zniknie wraz z końcem fazy zasadniczej.

Nie ma chętnych do pościgu


Przyszłość Górnika to więcej pytań niż odpowiedzi. Czy wytrzyma narzucone przed siebie tempo? Jak zareaguje, gdy ciężar gatunkowy spotkań będzie nieporównywalnie bardziej odczuwalny? Proces przyswajania Ryszarda Wieczorka zakończy się niebawem czy echo stanowczego głosu Adama Nawałki nadal będzie pobrzmiewało w szatni? Wiadomo, że czołowi zawodnicy (Olkowski, Nakoulma) mają poważne oferty z zagranicy. Rok temu o tej porze zabrzanie również przyspawali się do czołówki, by wiosną przegrać 10 meczów i pozwolić skompromitować się Piastowi w europejskich pucharach.

Czego złego nie napisać o Lechu, to na swoje szczęście wynurzał się na powierzchnię właśnie wtedy, kiedy przepowiadano mu zatonięcie. Remisuje z Zagłębiem, przegrywa z Koroną, po czym w dobrym stylu, przy fatalnych warunkach atmosferycznych, ogrywa Wisłę. Przez całą rundę nie zanotował dłuższej serii niż trzy zwycięstwa z rzędu, o jakiejkolwiek powtarzalności w jego wykonaniu nie było mowy. Dużo było kombinowania przy składzie przez Mariusza Rumaka (skorzystał z aż 27 piłakrzy), chyba najczęściej zwalnianego trenera przez media.

Największą metamorfozę przeszedł Ruch, który na początku sezonu promieniował apatią jak radziecka elektrownia atomowa. Po przyjściu Jana Kociana zdobył 26 punktów, co rzadkie na naszych boiskach przy tej intensywności - ustabilizował swoją grę. Jeszcze we wrześniu miejsce w pierwszej ósemce dla chorzowian brzmiało jak życzenie do złotej rybki, dziś brzmi jak realna prognoza.

Efekty reformy


Co znaczy udana reforma? Więcej meczów na lepszym poziomie, więcej ludzi na stadionach, więcej widzów przed telewizorami, więcej dramaturgii na różnych etapach sezonu. Co do punktu pierwszego - na razie rokowanie są pomyślne. Jednym tchem można wymienić spotkania na bardzo solidnym poziomie (Wisła-Lech, Lech-Górnik, Legia-Śląsk) Co do ostatniego - kulminacja jeszcze przed nami, ale niewielkie różnice punktowe pokazują, że może się dziać.

Do tej pory na pewno przegrano na polu walki o kibica. Tylko pięć klubów zanotowało średnią frekwencję powyżej 10 tys., ale żaden nie może się pochwalić obiektem regularnie wypełnionym w połowie. Stadiony mamy najlepsze w tej części Europy, ale marny spektakl z marnymi aktorami nie przyciągnie tłumów. Za tę sytuację odpowiada również nieprzemyślany terminarz - tasiemcowe, rozciągnięte na pół tygodnia kolejki, po której po cichu startuje już następna seria spotkań. Nałogowy widz mógł się w tym pogubić, co dopiero ktoś, kto dopiero zaprzyjaźnia się z ekstraklasą.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.