Facebook Google+ Twitter

Po wrześniowych meczach eliminacyjnych: nadzieja umiera ostatnia

Remis z Czarnogórą i zwycięstwo nad San Marino, powinny nam odebrać nawet matematyczne szanse awansu. Tymczasem rywale sami podali nam pomocną dłoń. Teraz pozostaje tylko serdecznie podziękować, wygrać dwa mecze i pojechać do Brazylii.

 / Fot. Internet6 września 2013 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie, polscy piłkarze rozegrali ostatni mecz eliminacji przyszłorocznych Mistrzostw Świata w roli gospodarza. Cztery dni później stoczyli pierwszy i zarazem najłatwiejszy bój, w ramach decydującego o awansie wyjazdowego tryptyku. W miarę jak nieuchronnie zbliża się koniec walki o 32 dwa miejsca na turnieju organizowanym Kraju Kawy, rosną emocje oraz napięcie w poszczególnych zespołach narodowych. Niektórzy już dawno pożegnali się z realną szansą na spełnienie swych piłkarskich marzeń. Inni znajdują się dosłownie o krok od pełni szczęścia i tylko nieprawdopodobny pech lub zupełnie niewytłumaczalna zapaść formy w ostatnich meczach, mógłby pozbawić ich przepustek na Mundial. Jeszcze inni ze wszystkich sił trzymają się, mniej lub bardziej realnej nadziei, na zajęcie miejsca premiowanego choćby grą w barażach.

Na dzień dzisiejszy zespoły z 10 państw zagwarantowały sobie udział w Mistrzostwach Świata 2014. Z Azji na Mundial pojadą na pewno Japonia, Korea Południowa, Iran oraz Australia, która na własne życzenie przeniosła się do tej strefy geograficznej przed startem bieżących eliminacji. Przedstawicielami Ameryki Środkowej i Północnej na sto procent będę USA oraz Kostaryka. O trzecie, premiowane awansem miejsce, zaciekłą walkę toczą Honduras, Panama i Meksyk. Obok gospodarzy - Brazylijczyków barw Ameryki Południowej bronić będę także Argentyna. Bardzo blisko upragnionego celu są również Kolumbia i Chile. W zażartym boju o czwartą lokatę - ostatnią oznaczającą bezpośredni awans, liczą się jeszcze Ekwador, Urugwaj oraz Wenezuela, z tym że ta ostatnia ma trzy punkty straty do rywali.

Znacznie bardziej przejrzysta sytuacja panuje w strefie afrykańskiej. Wcześniejsze zmagania w grupach wyłoniły dziesięć zespołów, rozlosowanych następnie w pięć par. Teraz każda para zmierzy się bezpośrednim dwumeczu, a zwycięzcy pojadą do Brazylii. W barażach staną naprzeciwko siebie odpowiednio: Wybrzeże Kości Słoniowej i Senegal, Etiopia oraz Nigeria, Tunezja i Kamerun, Ghana oraz Egipt, Burkina Faso i Algieria.

Dodatkowo na swych rywali w interkontynentalnych barażach czekają triumfator z zmagań w Oceanii - Nowa Zelandia, która zagra z czwartym zespołem strefy Ameryki Środkowej i Północnej oraz piąta w Azji Jordania, automatycznie przydzielona do walki z piątym zespołem z Ameryki Południowej.

W Europie, którą celowo zostawiłem na koniec, sytuacja jest chyba najbardziej skomplikowana. Jedyne co wiadomo na pewno to, że zmagania w grupach B i D, wygrali odpowiednio Włosi i Holendrzy. Bardzo bliscy uzyskania paszportów na brazylijski turniej są: Belgowie, Niemcy oraz Szwajcarzy, którym do pełni szczęścia brakuje dwóch punktów, w dwóch ostatnich meczach. Na mistrzostwa pojedzie także ktoś z pary Bośnia i Hercegowina oraz Grecja, jak również duetu Hiszpania i Francja. Wymienione pary mają taką samą liczbę punktów i przewodzą odpowiednio grupom G oraz I. Pozostałe zespoły w obu grupach pozbawione są już nawet teoretycznych szans na udział w barażach.

Podobna sytuacja ma miejsce w grupie F. Tu dwie czołowe lokaty, choć nie wiadomo jeszcze w jakiej kolejność, praktycznie zapewniły sobie Rosja i Portugalia. Zdobywając komplet sześciu punktów oraz licząc na wysoce nieprawdopodobną dawkę szczęścia, związaną z wynikami na innych stadionach, ich plany może jeszcze pokrzyżować Izrael.

Najbardziej zacięta rywalizacja i to zarówno o bezpośredni awans, jak o udział w barażach, trwa w grupach E i H. W pierwszej z nich dwa punkty od awansu są wspomniani już wyżej Szwajcarzy. Różnice pomiędzy czołowymi zespołami są jednak na tyle nieduże, że jeżeli Helweci doznaliby teraz dwóch, wysokich porażek, mogliby spaść nawet na trzecie miejsce w tabeli. Z takiego rozwoju wypadków najbardziej ucieszyliby się Islandczycy oraz Słoweńcy, ponieważ otworzyłoby im to drogę do awansu. Z drogiej strony przy diametralnie odmiennym układzie wyników, czysto teoretyczną szansę na udział w barażach zachowują jeszcze, czwarta w tabeli Norwegia, a nawet piąta Albania.

Z kolei w grupie H o wyjeździe na Mundial mogą realnie myśleć aż cztery drużyny - w tym także Polska. Jak wyglądały te eliminacje dla podopiecznych Waldemara Fornalika? Na wstępie warto jeszcze raz przypomnieć, że były opiekun Ruchu Chorzów, obejmował kadrę na fali medialnej nagonki po świetnym organizacyjnie, ale nieudanym sportowo EURO 2012. Wielu komentatorów podkreślało jego fachowość, opanowanie oraz umiejętność stworzenia niezłego, solidnie i przewidywalnie grającego zespołu, nawet z bardzo przeciętnych piłkarzy. Jednocześnie jednak pozostając w zgodzie z nurtem ogólnonarodowej, piłkarskiej żałoby, szanse powodzenia jego misji oceniano stosunkowo nisko.

Wszystko zaczęło się od porażająco słabego debiutu 15 września 2012 roku w Tallinie z Estonią. Sam wynik - porażka 0:1, nie miał aż tak dużego znaczenia, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że był to mecz towarzyski, z zupełnie nowym selekcjonerem. O wiele bardziej niepokojący był całkiem bezbarwny występ biało-czerwonych. Obserwując ten pierwszy mecz ciężko się było doszukać jakiekolwiek śladu spójnej koncepcji budowania akcji ofensywnych, przemyślanego operowania piłką oraz choćby zalążków sprawnej gry obronnej. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że przed rozpoczęciem eliminacji, spełnił on podstawową funkcję każdego spotkania sparingowego, a więc dostarczył trenerowi odpowiedzi na najważniejsze pytania. Zatroskanym kibicom mógł bowiem najwyżej przysporzyć kolejnych powodów do zmartwień.

7 września 2012 roku nasi piłkarze, meczem w Podgoricy zainaugurowali walkę o prawo wyjazdu na brazylijski Mundial. Wynik 2:2 na bardzo gorącym, bałkańskim terenie, można było wówczas uznać za niewątpliwy sukces. W samej grze biało-czerwonych widać było natomiast zalety oraz wady, pojawiające się notorycznie za czasów Franciszka Smudy. Nasza drużyna lepiej radziła sobie w ataku niż w obronie, a o jej sile nawet jeżeli Robert Lewandowski, nie mógł zdobyć gola, ciągle decydowała forma eksportowej trójki z Dortmundu. Nadal zdarzały się okresy bardzo pasywnej i niedbałej gry, połączone z niedopuszczalnymi u zawodowego sportowca wahnięciami poziomu zaangażowania. Wszystkie te bolączki udało się niejako „wyciszyć” cztery dni później po zwycięstwie nad Mołdawią 2:0

Po zakończeniu pierwszej „sesji” tych eliminacji Polska dysponowała zatem czterema punktami co stanowiło niezłą pozycję wyjściową do dalszej walki o wyjazd do Brazylii. W perspektywie mieliśmy najważniejszy pojedynek zeszłorocznej jesieni - mecz z Anglią na Stadionie Narodowym w Warszawie. Na kilka dni przed jego rozegraniem na tym samym obiekcie odbył się sparing z RPA. Zwycięstwo 1:0, a przede wszystkim niezła gra oraz możliwość sprawdzenia potencjalnych zmienników na niektórych pozycjach, pozwalały na umiarkowany optymizm. Wydawało się, że wytrwała, żmudna praca Fornalika, zaczyna przynosić wymierne efekty.

Pierwsza poważna weryfikacja miała nastąpić właśnie w starciu z Wyspiarzami. Jak wszyscy doskonale pamiętamy oberwanie chmury nad Warszawą, połączone z brakiem decyzji delegata UEFA o zamknięciu dachu na stadionie, sprawiły że mecz rozegrano niemal 24 godziny po planowanym terminie. Obserwując te zawody na żywo, w gronie około pięćdziesięciu tysięcy ludzi zgromadzonych na trybunach, mogę uczciwie powiedzieć, że oglądałem chyba najlepszy jakościowo występ Polaków w tych eliminacjach. Od samego początku nasi piłkarze dyktowali warunki na boisku. Potrafili długo wymieniać futbolówkę, a co ważniejsze często próbowali przekuć owo posiadanie w dogodne okazje do zdobycia bramki. Na skrzydłach szaleli, zastępujący kontuzjowanego Kubę Błaszczykowskiego Paweł Wszołek oraz Kamil Grosicki, co i rusz wkręcając w ziemię utytułowanych rywali. Nadspodziewanie dobrze spisywała się również nasza defensywa.

Niestety ten idylliczny, niemal idealny obraz psuł permanentny brak skuteczności pod bramką Joe Harta. Co gorsza w 31’ minucie goście potrafili wykorzystać brak należytego wykończenia akcji biało-czerwonych i po dośrodkowaniu z rzutu rożnego objęli prowadzenie. Stracony gol i to dodatku taki, na którego z przebiegu spotkania, przeciwnik wcale nie zasługiwał nie załamał Polaków. Dalej grali konsekwentnie, z pełnym zaangażowaniem i wiarą w końcowy sukces. Ich wysiłki zostały nagrodzone w 70’minucie, kiedy po kolejnym stałym fragmencie gry Kamil Glik doprowadził do remisu.
W końcówce meczu zadziwiająco pasywni Anglicy, myśleli już tylko do „dowiezieniu” takiego wyniku do ostatniego gwizdka. Polacy atakowali, ale z każdą kolejną minutą ich wysiłki stawały się coraz bardziej nieefektywne. W rezultacie obie drużyny mogły sobie dopisać po jednym punkcie.

W Anglii remis 1:1 odebrano jako porażkę podopiecznych Roya Hodgsona. Media położyły nacisk nie tyle na suchy wynik, co ostro skrytykowały nieporadną, bezbarwną postawę swoich zawodników. W Polsce z kolei cały mecz został odebrany bardzo pozytywnie, choć jego rzetelna, sportowa analiza utonęła w całkiem bezprzedmiotowej i obrzydliwie upolitycznionej dyskusji, na temat dachu na Stadionie Narodowym.

W chwili opuszczania trybun także miałem bardzo dobre odczucia dotyczące starcia z Anglikami. Największym mankamentem był oczywiście brak zwycięstwa biało-czerwonych. Biorąc bowiem pod uwagę jakość futbolu zaprezentowanego przez nasz zespół, ten mecz nie tylko można było, ale i należało wygrać. Jednocześnie nie miałem wówczas wrażenia, że ów remis wpłynie negatywnie na szanse awansu polskiej reprezentacji na Mundial w Brazylii. 17 października 2012 roku wszystko mieliśmy jeszcze we własnych rękach. W najbliższej perspektywie eliminacyjnej znajdował się arcyważny pojedynek u siebie z Ukrainą, ale po pierwszej fazie zmagań grupowych selekcjoner Fornalik otrzymał bezcenny czas na scementowanie zespołu. Bezpośrednio po meczu z Anglią, podobnie jak wielu innych kibiców w naszym kraju, nie dopuszczałem możliwości, aby walka z naszymi współpartnerami z czasów EURO 2012, mogła się zakończyć inaczej niż zwycięstwem Polaków.

W zimie 2012/13 kadra rozegrała cztery sparingi. Najpierw w połowie listopada w Gdańsku zagościł Urugwaj. Nasi piłkarze okazali się nader gościnni przegrywając 1:3. W polskiej drużynie ponownie w oczy rzucała się dziurawa obrona oraz nieskuteczność pod bramką rywala. W grudniu podczas zgrupowania w tureckiej Antalyi kadra złożona z przedstawicieli rodzimej Ekstraklasy, pokonała macedońskich „ligowców” 4:1. Następnie w lutym na obozie w hiszpańskiej Maladze, „krajowcy” starli się z Rumunami, ponownie zwyciężając 4:1.

Ostatnim sparingiem przed walką z Ukrainą był wyjazd do Dublina na mecz z Irlandią. Jak się miało później okazać wieczór 6 lutego był brzemienny w skutkach dla dalszego przebiegu eliminacji. Nie chodzi mi tu nawet o szarpaną, nieco bezproduktywną postawę biało-czerwonych i porażkę 0:2. Znacznie bardziej doniosła była całkiem niedorzeczna, jak dla mnie po dziś dzień niezrozumiała decyzja, o przywróceniu do kadry Artura Boruca. Nie wiem i nie zamierzam dociekać czy na ten oryginalny pomysł wpadł sam Fornalik, trener bramkarzy, czy jeszcze inny przedstawiciel sztabu szkoleniowego. Co gorsza po powrocie z Zielonej Wyspy uznano, że Artur zasługuje na szansę występu w meczu o stawkę.

O tragicznych skutkach tej decyzji przekonaliśmy się 22 marca 2013 roku. W ciągu siedmiu minut meczu z Ukrainą Boruc jakimś cudem zdołał wpuścić dwa gole, po dwóch nieszczególnie groźnych uderzeniach gości. Potem piłka jeszcze tylko dwa razy poleciała w stronę naszej bramki, a mimo to straciliśmy trzeciego gola. W tej sytuacji jednorazowa odpowiedź Łukasza Piszczka, nie zdała się na wiele. Polacy stwarzali sobie kolejne sytuacje, ale groźni byli tak naprawdę tylko do przerwy. Po zmianie stron wyraźnie stracili animusz i wyglądali na drużynę pogodzoną z porażką.

Po tym meczu, który także miałem wątpliwą przyjemność oglądać z wysokości trybun Stadionu Narodowego, stwierdziłem, że przegrana z Ukrainą może oznaczać koniec realnych marzeń o brazylijskich plażach. Niewiele w tej kwestii zmieniło zwycięstwo nad San Marino, odniesione cztery dni później. Z pozycji drużyny, która miała swoją przyszłość we własnych rękach, staliśmy się zespołem, który aby myśleć o awansie na Mundial, musiał liczyć na korzystne wyniki na innych boiskach.

Oczywiście po klęsce z Ukrainą w kraju rozpoczęła się jakże typowa, medialna nagonka na kadrę. Głośno zaczęto mówić o zwolnieniu Waldemara Fornalika, porzucając niejako ostatecznie nadzieję na wyjazd do Brazylii. Wiedząc jak krótka jest w Polsce droga, od stawiania kogoś na pomnikach, do mieszania go z błotem, nie byłem tą sytuacją jakoś szczególnie zaskoczony. Najbardziej zdumiewający pozostawał fakt, że największy winowajca przegranej, a więc Artur Boruc, wyszedł z całej burzy bez szwanki. Niektórzy dziennikarze oraz „eksperci” poszli nawet o krok dalej i otwarcie bronili bramkarza Southampton. Moja subiektywna opinia po dziś dzień pozostaje niezmienna: Przywrócenie do kadry Artura Boruca, było największym, selekcjonerskim błędem tych eliminacji. Wiem, że Tytoń w PSV grał ostatnio bardzo rzadko, ale on w reprezentacyjnej bramce jeszcze nigdy nie zawiódł i należy mu się przynajmniej rola rezerwowego. Dla mnie numerem 1 pozostaje nadal Wojciech Szczęsny. Oczywiście w ostatnim sezonie ligowym puścił sporo bramek, ale każdy obiektywny obserwator, musiał zauważyć, że obrona Arsenalu, wcale nie spisywała się lepiej, niż dziurawa jak szwajcarski ser defensywa naszej kadry. Poza tym bramkarza, który w ciągu 90 minut reprezentacyjnego meczu, dostaje zaledwie cztery celne strzały i ani razu nie zadaje sobie trudu, porządnego rzucenia się do piłki, nie usprawiedliwia nawet najbardziej opieszała i nieporadna defensywa.

4 czerwca 2013 roku kadra rozegrała towarzyski mecz Lichtensteinem, godny zapamiętania tylko z racji pożegnania Jerzego Dudka. Szkoda, że w swym ostatnim występie, ten wielki bramkarz nie mógł się zmierzyć z silniejszym rywalem, ale w trakcie eliminacyjnej gorączki, jest to całkiem zrozumiałe.

7 czerwca nasi piłkarze już bez Dudka pojechali do Kiszyniowa, ratować nadzieję na awans. Niestety na skutek rażącej nieskuteczności, obijania słupka i poprzeczki oraz dziurawej obrony, ta misja zakończyła się niepowodzeniem. Wynik 1:1 w meczu, który można było spokojnie wygrać był bardzo bolesny, ale o dziwo nie odebrał nam realnych szans wyjazdu do Brazylii. Dlaczego? Nagle okazało się, że gramy w grupie, w której nie tylko dla nas remisy są prawdziwym przekleństwem.

Szacunek, który reprezentanci stracili u mnie po braku zaangażowania i profesjonalizmu, jakim wykazali się w drugiej połowie, przegranego meczu z Ukrainą, zaczęli mozolnie odzyskiwać w towarzyskim starciu z Danią 14 sierpnia 2013 roku. Wszyscy wiemy, że nasi północni sąsiedzi znad Bałtyku, zawsze byli wymagającym rywalem, prezentującym ciekawy futbol i niemiłosiernie obnażającym nasze błędy. Tym razem także był to trudny mecz. Zwycięstwo 3:2, należy zatem uznać za bardzo cenne, tym bardziej jeśli wieźmy pod uwagę, że na drugą połowę, wychodziliśmy przy stanie 1:2. Polska drużyna wreszcie zagrała ofensywnie, odważnie oraz wykazała się odpowiednim poziomem zaangażowania.

Wszystkie te elementy znalazły swoje odzwierciedlenie w eliminacyjnym starciu z Czarnogórą 6 września w Warszawie. Co prawda na skutek dziurawej, nieskoncentrowanej obrony znowu straciliśmy gola. Do gry przywróciła nas jednak błyskawiczna odpowiedź Lewandowskiego, który wymownym gestem wreszcie uciszył wszystkich krytyków jego postawy w reprezentacji. Potem biało-czerwoni atakowali z wielkim animuszem, nawet na chwilę nie tracąc z oczu ostatecznego celu. Znowu towarzyszyła nam nieskuteczność, ale w doliczonym czasie gry za sprawą Błaszczykowskiego, wysiłki podopiecznych Fornalika zostały nagrodzone. Niestety holenderski sędzia słusznie odgwizdał spalonego. Szkoda tylko, że nie był na tyle skrupulatny kilkadziesiąt minut wcześniej, kiedy przy ewidentnym faulu na Sobocie w polu karnym gości, jego asystent pokazał wyimaginowany offside.

Ten remis, pomimo dobrej postawy przez całe 90 minut, powinien definitywnie przekreślić nasze szanse na awans. O dziwo rywale znowu postanowili wyciągnąć do nas pomocną dłoń i sami także podzieli się punktami. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko serdecznie podziękować i wygrywając dwa ostatnie, wyjazdowe mecze, zapewnić sobie przepustkę do Brazylii lub chociażby udział w barażach. Niemożliwe? Na pewno jest to zadanie bardzo trudne, ale nie niewykonalne. Poza tym istnieje kilka, nie tylko sportowych powodów, dla których bardzo bym chciał, aby Fornalik i jego drużyna dokonali tej niebagatelnej sztuki.

Po pierwsze jest to oczywiście możliwość kibicowania naszemu zespołowi w bezpośrednich zmaganiach w gronie 32 najlepszych drużyn świata. Po drugie pochopni w swoich osądach i wiecznie goniący za sensacją dziennikarze, już od połowy eliminacji parokrotnie zwalniali selekcjonera Fornalika. Szczytem wszystkiego było zachowanie telewizyjnego reportera, który w pierwszym wywiadzie po zakończeniu emocjonującego i dla naszego sztabu niezwykle emocjonalnie wyczerpującego, meczu z Czarnogórą zapytał trenera czy ten zamierza podać się do dymisji. Dobrze, że były opiekun Ruchu Chorzów, jest osobą opanowaną. Znając swój niekiedy dość wychowy charakter, ja osobiście mógłby nawet przyłożyć tak niewydarzonemu dziennikarzynie, a już na pewno nie zgodziłbym się odpowiadać na kolejne, równie kretyńskie pytania. Z tego też powodu bardzo bym chwiał zobaczyć reakcje tych wszystkich ludzi, kiedy naszej drużynie, wbrew wszystkim przeciwnościom uda się wyjechać do Brazylii. Zapewne żaden z owych wszechwiedzących pismaków i pseudo ekspertów, nie przyznałby się publicznie do błędnych, pochopnie ferowanych wyroków i nie odszczekałby ciągłego jeżdżenia po reprezentacji niczym po łysej kobyle. Zamiast tego z Waldemara Fornalika uczyniono by wielkiego, dalekosiężnego wizjonera, zbawcę narodu, w mesjanistycznym typie romantycznych dzieł Adama Mickiewicza. Niestety ów stan potrwałby zapewne do pierwszej, poważniejszej wpadki nowego piłkarskiego bożka, ale tak ja już wcześniej powiedziałem: w naszym, pięknym kraju droga z pomnikowego cokołu do wydeptanego, grząskiego błota i z powrotem, jest przerażająco krótka.

Poza tym nawet jeśli już mamy polec, to lepiej uczynić to walcząc o wykorzystanie nawet najmniejszej szansy na sukces, niż poddając się zwątpieniu i bezcelowej medialnej nagonce. Może przecież zdarzyć się tak, że wbrew wszystkim przeciwnościom oraz opiniom „ekspertów”, którzy już dawno nas skreślili uda się sięgnąć po upragniony awans. Ponadto w ogniu tej walki może narodzić się ciekawy, pewny siebie zespół, przynoszący radość swym prawdziwym kibicom. Niezależnie od opinii dziennikarzy, czy nawet mojej własnej, kibicowskiej oceny, wybór drogi ku wiecznej sławie lub

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.