Przed laty miałem znajomego, który był kierownikiem ośrodków wczasowych dla członków rządu. Wiedział więc o nich wiele i czasem opowiadał nam o gościach i wczasowiczach różne anegdoty.
Mój znajomy był Dyrektorem Departamentu Kadr przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w czasach Gomółki a więc bardzo odległych, ale i bogatych w wydarzenia dyplomatyczne i nie tylko. Był to okres, kiedy ośrodki wczasowe były powszechnie dostępne, popularne, ale raczej korzystali z nich lokalni działacze partyjni a szczególnie ich rodziny.
Dom wczasowy Bałtyk w Pobierowie, należał do lepiej wyposażonych i wyróżniał się boiskiem do gry w siatkówkę oraz stołami do gry w ping-ponga i to na powietrzu. Takze w budynku były takie stoły, a do tego grająca szafa, czego w innych ośrodkach nie było.
Na wczasowiczów czekała spora liczba kelnerów i pomocników a w dyspozycji były aż dwa samochody, gospodarcze i dwie limuzyny. Opiekę medyczną gwarantował lekarz internista ze specjalizacją chirurg-ortopeda oraz dwie pielęgniarki na zmianie. W razie potrzeby interwencji okulistycznej lub kardiologicznej był szybki kontakt z szpitalami nawet w Kołobrzegu.
Ale do tego ośrodka przyjeżdżali nie tylko dygnitarze partyjni, co prawda z małych miast i ich rodziny, ale także zaproszeni przez centralę działacze i sportowcy z miejscowości położonych tuż za Łabą. Goście z Niemiec, ale ci bez dostępu do morza, mieli lepsze ośrodki wczasowe, a widok morza był dla oka ciekawszy. Taką grupę z Niemiec przyjmowano szczególnie godnie. Na stole pojawiały się wszystkie możliwe i dostępne tylko w delikatesach delicje i przystawki. Dzieci tych gości bawiły się wszędzie i bez umiaru krzyczały, ale tolerancja była potrzebna i konieczna. Zabawki dostępne dla dzieci były zwykle doszczętnie popsute i do wyrzucenia, ale to wliczone było w koszt reprezentacji przyjęcia tych gości.
W trakcie wizyty gromadki niemieckich działaczy partyjnych, którzy przyjechali na kursokonferencje zaistniał taki incydent. Na przygotowany na powitanie stół zostały wyłożone w charakterze pamiątek papierosy pod nazwą GRUNWALD. I to była poważna gafa. Zanim więc goście usiedli za stołem, intendent zamienił je na reprezentacyjne amerykańskie papierosy. Nie wyobrażam sobie, jaka byłaby reakcja niemieckich gości gdyby zobaczyli poprzednie papierosy, byłoby to na granicy skandalu dyplomatycznego.
Ale do ośrodka w Pobierowie przyjeżdżali także sekretarze powiatowi a nawet wojewódzcy. Ośrodek był znany z dobrego dostępu do morza, ładnej plaży i bezpieczeństwa. Był szczególnie chroniony, ogrodzony siatką z drutu kolczastego, a do tego często odwiedzany przez milicję i inne służby. Do tego ośrodka przyjechał na odpoczynek jeden z sekretarzy partyjnych szczebla powiatowego, niezwykle podobny do Feliksa Dzierżyńskiego. Na zapytanie o ewentualne pokrewieństwo odparł, że co prawda wyglądem go przypomina, ale jemu nikt nie dorówna (sic!) I kontynuował swój zachwyt nad tą postacią! On był klasą na tamte czasy, a mnie tylko bardzo dalekie pokrewieństwo pozostało - stwierdził.
Na wyposażeniu ośrodka jak wspomniałem były dwie limuzyny, które były do dyspozycji wybitniejszych gości, którzy wybierali się na pilne i nieplanowane zakupy do sklepów typu PEVEX, czyli za dolary lub bony. A najczęściej kupowane były słodycze i nieosiągalne w innych sklepach owoce południowe, bo dostęp do bonów mieli tylko dygnitarze partyjni wszystkich szczebli, no może nie tylko.
Tak wypoczywali w przeszłości dygnitarze...