Facebook Google+ Twitter

Podróż do Falmouth, czyli na koniec świata

Szum oceanu. Wąskie uliczki. Uśmiechnięci ludzie. Pyszne jedzenie i mroźne powietrze. To wszystko w jednym miejscu. Tak pięknym, ale i odległym.

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. Ryszard Kapuściński (Podróże z Herodotem)

Gdy wysiedliśmy, ja i R., rano z pociągu poczuliśmy mroźny wiatr. Stojąc w grubym swetrze zarzuconym jedynie na ramiona i w lichej sukience, obracałam się wokół własnej osi patrząc czy nie idzie. Po chwili szybszym krokiem szła szczupła blondynka. Nasza przewodniczka K. była jedyną osobą, która mówiła po polsku. Jedyną, którą tam znaliśmy. Wzięła od nas bagaże i powiedziała, że zabierze nas do siebie. Szliśmy pod górę. Tutaj każda droga prowadziła albo pod górę, albo z górki. Wszystkie uliczki były wąskie. Ludzie chodzili po ulicach, a samochody jechały nadzwyczaj wolno. To było miasto, w którym wtedy nie miałam ochoty być. Falmouth. Najpiękniejsze miejsce na ziemi.

jedna z bocznych uliczek w Falmouth / Fot. Wiktoria Franaszek Jej dom był taki sam jak inne. Jak pięćdziesiąt innych na tej ulicy. W pastelowych kolorach, z tarasem i małymi okienkami. Wszystko tam było małe, drobne i wąskie, jakby miasto było zgniecione. Przywitali nas współlokatorzy K. Dużo mówili, uśmiechali się i zapraszali do środka. Nasza przewodniczka dała mi ręcznik i powiedziała, żebym czuła się jak w domu.
Łazienka była mała, ale pastelowe kolory idealnie do niej pasowały. Odkręciłam wodę jednym z kurków, za gorąca. Użyłam drugiego, za zimna. Umyłam zęby w zimnej, wolałam tak, niżeli płukać usta wrzątkiem. Gdy byliśmy wszyscy gotowi do drogi K. zabrała nas do miasta. Już nie było mroźno, a wręcz parno i duszno.

W Falmouth jest albo gorąco albo bardzo zimno i pada deszcz, jednak rzadko kiedy temperatura powietrza przekracza 18 stopni. K. zaprowadziła nas do swoich znajomych z Nepalu. Tutaj jest bardzo dużo obcokrajowców, wytłumaczyła nam, otwierają najczęściej restauracje. Tak było i w tym przypadku.

Wchodząc do środka poczuliśmy duszący zapach kadzideł. Moją uwagę przykuły malowidła na ścianach. Na jednej z niej znajdował się jeden z Bogów w jakich wierzą Nepalczycy. Całe pomieszczenie było szaro-fioletowe, dlatego niby-obrazy na ścianach w kontrastowych barwach idealnie pasowały do tego miejsca. Po chwili z kuchni wyszedł potężny mężczyzna ubrany zwyczajnie, w koszulę i jeansy. Zwyczajnie, gdyż jego żona była ubrana w tradycyjny strój nepalski -długa, zielona (chociaż kolory były różne, od różu do czerni) suknia z bardzo delikatnego materiału z przyszytymi cekinami. Za nimi przyszło więcej ludzi. To była rodzinna restauracja. Trzech braci, ich żony i dzieci. Było nawet trzech szefów. Główny szef, którego poznaliśmy na początku, Boss. Szef baru, Suryia i szef kuchni, Prem. Każdy z nich miał swoich ludzi do pracy, swoje obowiązki i prawa. Jednak każdy spotykał się na obiedzie i kolacji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.