Facebook Google+ Twitter

Podróże kształcą i... hartują. Pociągiem z Węgier do Polski

Jeszcze w dzień wyjazdu mówiliśmy: zamkniemy się w kuszetkach, pójdziemy spać, o 6 rano nas obudzą w Krakowie. Nudy? W rzeczywistości już tak nudno nie było.

Dworzec Wschodni Keleti, Budapeszt. Godzina 19. Jesteśmy za wcześnie, pociąg do Krakowa odjeżdża dopiero o 20. Jeszcze nawet nie jest podstawiony. Co się w takiej chwili robi? Rozkłada

torby i bagaże tak, by można było się na nich wygodnie rozsiąść. Wcześniej należy wyjąć wszystko, co może się potłuc, pognieść albo rozpaćkać. Więc, jak porządni turyści, siadamy, mościmy się, wyciągamy jedzenie. I czekamy. 19.15, 19.30, 19.40. A pociągu jak nie było, tak nie ma. Nie to, że go nie widzimy na żadnym z peronów, jego po prostu nie ma – ani na tablicy przyjazdów, odjazdów, nigdzie. Jeszcze się nie denerwujemy, bo nie ma czym. Może stoi na innym peronie, spóźni się, może jest, a my go nie widzimy. Chociaż... są pociągi z godziny osiemnastej, są z dwudziestej dziesięć, dwudziestej dwanaście. Są i z równej dwudziestej, ale do Czech. A my do Czech chętnie, ale nie dziś. Dziś do Polski.

Pociąg odjeżdżający z dworca Keleti w Budapeszcie. / Fot. Joanna MentelProste myślenie: my nie wiemy o co chodzi, ale informacja, ba, na pewno! Niedoczekanie. Polak – Węgier dwa bratanki, ale i bratankom czasami ciężko się porozumieć. Po węgiersku odpada, bo nie znamy języka. Po polsku też, bo ten z kolei znamy tylko my. Podobnie jak angielski. Pani w okienku będzie rozmawiać z nami albo po węgiersku, albo na migi. A jak zapytać na migi gdzie jest nasz pociąg? W dodatku czas goni, za dziesięć minut powinniśmy odjechać w wagonie z kuszetkami. Pani z okienka bardzo by chciała nam pomóc, ale nie rozumie. Po z pozoru niezrozumiałej dla żadnej ze stron rozmowie wiemy jednak trochę więcej. Że jest drugi punkt informacyjny, trzeba iść, jak wyczytuję z ruchu ręki, schodami na górę, prosto i w lewo. I że jeszcze nie wiadomo, czy pociąg jest, czy go nie ma. I żebyśmy się nie martwili, bo możliwe, że Pociąg do Polski w ogóle nie odjedzie. Racja, to się nie martwmy.

Idziemy do informacji. W zasadzie biegniemy, szukamy – tylko gdzie? Jest! Informacja międzynarodowa. Tu panuje inny system: żadna tam kolejka, ustawianie się gęsiego do okienka – trzeba podejść do automatu, nacisnąć guzik, wziąć wydrukowana karteczkę ze swoim numerem, siąść na ławce i cierpliwie czekać, aż na jednej z trzech tablic nad okienkami informacji nie wyświetlą się na czerwono trzy cyferki: 875. Na jednej 703, na drugiej 698, dalej 700. Więc stoimy: my i nasze dwie minuty do odjazdu. Stoją i inni Polacy: z Katowic, z Krakowa, z Warszawy. Też z numerkami.

Ding! Wreszcie nasza kolej. Trzeba iść do okienka po lewej, bo tam siedzi pani, która mówi po angielsku, reszta nie. Podchodzimy, pytamy. O ile pani po angielsku rozumiała, tak odpowiedzi były już tylko w jednym wariancie językowym: węgierskim. Jeden z Polaków mówił po węgiersku. I co? I nic. Pociągu nie ma, pociąg nie pojedzie, ot co.

- Ale dlaczego?
- Przez strajk kolejarzy węgierskich.
- Kiedy się skończy?
- Już się skończył. O 13. Dlatego pociągu nie ma. Będzie jutro, ale nie wiadomo o której.

Spytaliśmy, czy pociąg wyjechał z Polski. Wyjechał. I tu zaczęliśmy się zastanawiać, co z ludźmi, którzy w tym pociągu byli…
- A co z nami?
Chwileczkę, pani zadzwoni gdzie trzeba i zapyta. Wraca.
- Możemy jechać zastępczym
- Jakim zastępczym?

Moment, spyta. Wraca z trzema kartkami z nazwami stacji. W zasadzie nie zastępczym, a zastępczymi. O, tu trzeba wsiąść, tu wysiąść, wsiąść w pociąg do Bratysławy, przesiąść się tutaj, potem jeszcze raz, chyba że nie zdążymy, to czekać na kolejny… A kiedy będziemy w Krakowie? Spokojnie, o 6.05. No, chyba że będzie opóźnienie. Opóźnienie czego, pytamy.
- Opóźnienie pociągu do Pragi.
- Ale my nie chcemy jechać do Pragi.
- No tak, ale musicie wsiąść w pociąg do Pragi, żeby wysiąść, przesiąść się… Nie mówiłam? Nie mówiła. No to mówi teraz.
- A co, jeśli ten do Pragi się spóźni?

- Trzeba czekać w Breclav na pociąg do Bratysławy, w Bratysławie na pociąg do Ziliny, w Zielinie na ten do Katowic, w Katowicach na taki, który pojedzie do Krakowa.
- O której będziemy wtedy w Krakowie?
- O 14.55, jeśli zdążycie na ten do Pragi. Jeśli nie będzie miał opóźnienia.

Miał. 140 minut. Pozostała kwestia biletów. Anulują, unieważnią? Nikt nie miał pieniędzy na zapłacenie za nie. Pani w kasie zerknęła przez szybę, policzyła ile nas jest i podstemplowała żółte prostokątne kawałki papieru z wypisanymi miejscami sypialnymi. Rzecz jasna, za kuszetki zwrócą nam pieniądze w Polsce (jak się później okazało, rzecz z oddawaniem należności za bilet była bardziej ciemna niż jasna).

Przy drzwiach stoi rodzina: on, ona, syn i córka. Podchodzę, pytam czy też do Krakowa. Też, ale dlaczego bez kuszetek? Oni za nie zapłacili, muszą mieć kuszetki. Próbuję tłumaczyć, że się nie da, że musimy jechać tym albo czekać na następny do jutra. To niech podstawią pociąg z kuszetkami, słyszę. Albo zwrócą im pieniądze tu i teraz. Że oni muszą iść do pracy, że dzieci, 8 i 13 lat, to może nie do szkoły, bo wakacje, ale dlaczego oni mają być później? Że stres, że nerwy…

Pociągiem, który nie przyjechał miała też jechać dziewczyna w ciąży. Ciemne włosy upięte w kucyk, okulary. Wracała z Budapesztu od przyjaciół. Była w 8 lub 9 miesiącu ciąży. Nie przeszkadzało jej, że nie będzie miała gdzie spać, że przyjedzie z opóźnieniem. Co to dla niej, ona na następny dzień ma jechać na Mazury! Przez całą drogę jadła czekoladę i wcinała paluszki. I dojechała.

I my dojechaliśmy. Najpierw do Bratysławy, gdzie padliśmy jak muchy. Nie, nie w poczekalni, ale gdzieś pod ścianą: trzy dziewczyny i dwóch chłopaków wracających z festiwalu muzycznego nad Balatonem, dziewczyna w ciąży i my – łącznie osiem osób. I spaliśmy: na torbach, ręcznikach, swetrach, na czym kto miał, 2 godziny. Na tyle mogliśmy sobie pozwolić. O 5 rano przyjechał pociąg do Koszyc, z którego, jadącego, wyskakiwaliśmy w popłochu, bo za wcześnie ruszył. Dla kontrastu w kolejnym punkcie przesiadkowym, Zilinie, jedna osoba musiała stać w drzwiach pociągu, żeby reszta mogła do niego wskoczyć, zanim ten ruszy. Bo z jednego pociągu wysiedliśmy dokładnie minutę przed odjazdem następnego.

Było tłumaczenie konduktorom, że jedziemy do Polski, było zabieranie i nie oddawanie biletów, były uśmiechy i ładne oczka, wreszcie pokazywanie pustego portfela na dowód, że nie mamy pieniędzy na zapłacenie kary. I była też ogromna, nieopisana radość, kiedy przekroczyliśmy, o godzinie 10.07, polską granicę w Zwardoniu.

Bo jednak jak się zgubić, to bezpieczniej w Polsce. Ale jeśli domagać się zwrotu ceny kuszetek, to już niekoniecznie w naszym kraju. Spędziliśmy 40 minut przy kasie komunikacji międzynarodowej na krakowskim Dworcu Głównym.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

My tez bylismy :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...) Jeden z Polaków mówił po węgiersku."

Jestem pełen podziwu dla tego pana :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy tekst +

Komentarz został ukrytyrozwiń

skąd ja znam takie "przygody";p

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.