Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

178747 miejsce

Podsumowanie 18. kolejki Orange Ekstraklasy

Derby Łodzi zawiodły, lecz niedobór piłkarskich wrażeń szybko zrekompensowały kibicom mecze w Krakowie i Poznaniu, jak również popis lidera w Bełchatowie. Zwycięski marsz w rundzie wiosennej kontynuują GKS i Zagłębie, podczas gdy inne kluby z czołówki coraz częściej tracą ligowe punkty.

ŁKS Łódź 0:0 Widzew Łódź

Derby Łodzi miały przynieść kibicom w całej Polsce rzeszę piłkarskich wrażeń i wykreować nowych bohaterów. Miały odpowiedzieć na pytania o formę obu klubów, być szansą dla Widzewa na odbicie się od dna. Dla ŁKS-u zaś możliwością zakotwiczenia się w czubie tabeli. W rzeczywistości okazały się tylko podwórkową kopaniną i ogromnym rozczarowaniem.

Na stadionie przy al. Unii Lubelskiej brakowało składnych akcji, mądrości taktycznej oraz goli. Bezbramkowy remis bardziej zadowala gości, którzy wciąż jednak zawodzą w grze ofensywnej. Więcej spodziewać się można było również po ekipie gospodarzy. Marnowane sytuacje strzeleckie i przedszkolne błędy w obronie po obu stronach uczyniły wynik nader sprawiedliwym. Sympatycy futbolu z "miasta włókniarzy" muszą obejść się smakiem i czekać na kolejne derby - oby o wiele ciekawsze.

Cracovia Kraków 2:4 Zagłębie Lubin

W sporcie jak w przyrodzie - nic nie ginie. Przeciwieństwem nudnej i bezbarwnej potyczki w Łodzi, był mecz Cracovii Kraków z Zagłębiem Lubin. Fani zgromadzeni przy ul. Kałuży obejrzeli fantastyczne widowisko, ofensywne zapędy obu zespołów i sześć goli. Wynik otworzył w 15. minucie Dariusz Pawlusiński wykorzystując dobre podanie Tomasza Moskały. Chwilę później drugą bramkę dla gospodarzy zdobył Jacek Wiśniewski, a część kibiców Cracovii liczyła zapewne na łatwe rozprawienie się z rywalem. Nic z tych rzeczy. Zagłębie ponownie potwierdziło, że jego druga pozycja w tabeli nie jest dziełem przypadku i w wielkim stylu wzięło się za odrabianie strat. Jeszcze w pierwszej połowie kontaktowe trafienie dla podopiecznych Czesława Michniewicza, zaliczył Łukasz Piszczek, lecz worek z bramkami rozwiązał się na dobre po przerwie. Marcina Cabaja pokonywali kolejno dwukrotnie Maciej Iwański, bezsprzecznie zasługujący na miano bohatera spotkania, oraz debiutujący w barwach lubinian w ekstraklasie Robert Kolendowicz. "Miedziani" potwierdzili swoje olbrzymie ambicje w tym sezonie i dopisali do konta kolejne trzy punkty.

Groclin Grodzisk Wielkopolski 1:1 Odra Wodzisław

Po zwycięstwie w Warszawie nad Mistrzem Polski, Groclin nie potrafił pokonać przed własną publicznością "błąkającej się" w dolnych rejonach tabeli Odry. Wodzisławianie zasłużyli na remis, zaskakując rywala konsekwencją do ostatnich minut. W pierwszej połowie na murawie dominowali gospodarze, jednak nie potrafili udokumentować przewagi w środku pola zdobyciem bramki. Uczynili to niedługo po przerwie, a Wojciecha Skabę pokonał Mate Lacić. Gdy wydawało się, że Groclin w pełni kontroluje przebieg meczu, do głosu doszli goście. W 78. minucie z dystansu pięknie uderzył Marcin Malinowski, doprowadzając do wyrównania. Odra wywiozła z Wielkopolski cenny punkt, a podopieczni Macieja Skorży wciąż nie potrafią odnaleźć stabilności i wyzwolić się z klątwy remisów na własnym boisku.

Wisła Płock 0:0 Wisła Kraków

Zamykający ligową tabelę piłkarze z Płocka chyba wreszcie zdali sobie sprawę z powagi sytuacji w walce o utrzymanie w Orange Ekstraklasie. "Nafciarze" wyszli na murawę niezwykle zdeterminowani i w początkowych momentach kontrolowali przebieg spotkania. Wiślacy nie potrafili stworzyć zagrożenia pod bramką Roberta Gubca, lecz skutecznością nie błyszczeli też gospodarze. Przez 90 minut to płocczanie mieli więcej okazji ku zdobyciu gola i sprawieniu sensacji, lecz remis z celującym w tytuł wicemistrzem kraju i tak jest dużą niespodzianką. Zawodnicy "Białej Gwiazdy" znów nie potrafili pokonać niżej notowanego przeciwnika, każda strata punktów coraz bardziej oddala ich od uciekającej grupy liderów.

Arka Gdynia 2:0 Pogoń Szczecin

W derbach Pomorza Arka bez problemu rozprawiła się ze słabą Pogonią. Szczecinianie zagubili chyba prawdziwy cel swojego bytu w polskiej piłce, a dziwactwa polityki Antoniego Ptaka odciągają od klubu najwierniejszych nawet kibiców. Przeciętnemu sympatykowi futbolu zapewne przykro patrzeć, jak dorobek historii "Portowców" trwoniony jest przez zjadających zespół nieudaczników. W obecnej formie drużyna Libora Pali staje się poważnym kandydatem do spadku z ligi. Coraz lepiej poczyna sobie natomiast ekipa z Gdyni. Po cennym remisie pod Wawelem, gracze Wojciecha Stawowego udanie zaprezentowali się także przed własną publicznością i, moim zdaniem, na dłuższy okres zagnieździli w środkowej strefie tabeli. W sobotę Arka strzelała bramki pod koniec pierwszej i drugiej połowy. W 45. minucie prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Olgierd Moskalewicz, w doliczonym czasie gry na 2:0 podwyższył Damian Nawrocik.

W akcji do piłki Bartosz Bosacki (z lewej) z Lecha Poznań i Marcin Robak (z prawej) z Kolportera Korony Kielce w meczu Orange Ekstraklasy, rozegranym w Poznaniu, 17 marca. Gospodarze zwyciężyli 3:0. Fot.PAP/Adam CiereszkoLech Poznań 3:0 Korona Kielce

Przy ul. Bułgarskiej spotkały się dwa zespoły: szczęśliwy i nieszczęśliwy. W roli tego pierwszego wystąpił klub z Kielc, który w rundzie wiosennej zainkasował już sześć punktów. Mniej powodów do radości mieli natomiast piłkarze Franciszka Smudy. Poznaniacy mieli na koncie zaledwie punkt w dwóch spotkaniach, a po ostatnim blamażu przed własną publicznością z Zagłębiem chcieli za wszelką cenę odzyskać renomę w oczach kibiców. Tradycją stają sie powoli tłumy na meczach Lecha, zatem nie mogło być inaczej i w jednym z najważniejszych pojedynków sezonu, który obejrzało osiemnaście tysięcy widzów. Korona przystępowała do konfrontacji niesiona falą sukcesów, lecz musiała liczyć się na ciężką przeprawę już od pierwszych chwil. Wynik w 24. minucie otworzył Jakub Wilk, wykorzystując dobre dogranie Piotra Reissa i wbijając piłkę do pustej bramki. Do przerwy gra była dość wyrównana, lecz to lechici schodzili do szatni prowadząc. Niedługo po przerwie gospodarze pokonali Macieja Mielcarza po raz kolejny, a bohaterem akcji był ponownie Reiss. Kapitan "Kolejorza" okazał się zresztą wyróżniającą się postacią przez całe spotkanie. Gwoździem do trumny i tak martwego już Kolportera był gol Przemysława Pitrego z 77. minuty. Lech odzyskał nie tylko skuteczność, lecz przede wszystkim styl i radość gry, jakimi imponował w rundzie jesiennej. Jak długo potrwa renesans formy poznaniaków? Czy dotkliwa porażka będzie kubłem zimnej wody na rozgrzane nieco głowy kielczan czy początkiem zastoju ekipy Ryszarda Wieczorka?

Górnik Zabrze 2:3 Górnik Łęczna

Mecz dwóch drużyn z dołu tabeli nie musi oznaczać boiskowej nudy i braku piłkarskich emocji. Dali temu wyraz bohaterowie spektaklu w Zabrzu. W pojedynku Górników lepsi okazali się goście z Łęcznej, wygrywając przy ul. Roosevelta 3:2. Podopieczni Krzysztofa Chrobaka prowadzenie objęli w 25. minucie, kiedy Mateusza Sławika pokonał Veljko Nikitović. Tuż przed przerwą pięknym strzałem z rzutu wolnego wyrównał Artur Prokop. W 52. minucie gospodarze strzelili kolejnego gola za sprawą Błażeja Radlera, lecz ostatnie słowo w sobotnim spotkaniu należało do łęcznian. Do siatki zabrzan trafiali kolejno Michał Łabędzki i Tomasz Lisowski, a zawodnicy powracającego do pracy na Śląsku Marka Motyki żałować mogą łatwo straconych punktów. Dla gości wczorajsze zwycięstwo oznaczać może krok milowy w drodze do utrzymania w Orange Ekstraklasie.

BOT GKS Bełchatów 3:1 Legia Warszawa

Od początku rundy rewanżowej typowana do obrony mistrzowskiego tytułu Legia zawodzi. Podopieczni Dariusza Wdowczyka mieli błyszczeć, tymczasem nawet nie świecą. Po porażce przed własną publicznością z Groclinem trener "Wojskowych" musiał szukać nowych rozwiązań taktycznych, aby w ogóle myśleć o stawieniu czoła rozpędzonej ekipie GKS-u. Od pierwszych minut w Bełchatowie zobaczyliśmy więc parę snajperów (choć chyba żaden z nich nie zasługuje nawet na miano napastnika): Piotr Włodarczyk - Miroslav Radović. W pierwszym składzie wybiegli też Mamadou Balde, Hugo Alcantara i Piotr Bronowicki. W kadrze meczowej zabrakło natomiast miejsca dla Bartłomieja Grzelaka, zakupionego w przerwie zimowej z Widzewa za, bagatela, 600 tys. euro. Zawodnicy lidera szybko pokazali jednak rywalom ich miejsce w szeregu. Po trzech kwadransach schodzili do szatni z dwubramkowym prowadzeniem. Oba gole dla zespołu Oresta Lenczyka zdobył, notabene - były legionista, Tomasz Jarzębowski.

Goście nie potrafili dorównać bełchatowianom zarówno w ofensywie, jak i grze obronnej. Tylko wyjątkowej łaskawości BOT-u stołeczni zawdzięczać mogli najłagodniejszy wymiar kary. Zdając sobie sprawę ze swojego dość niekorzystnego położenia w kontekście pościgu za przodującym w tabeli GKS-em, Legia dążyła do wyrównania. Kontaktowe trafienie zaliczył po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Hugo Alcantara. Po chwili wszystko wróciło jednak do normy. W 61. minucie dośrodkowanie kreowanego na następcę Radosława Matusiaka Dawida Nowaka uderzeniem głową wykończył Rafał Buguski, a Łukasz Fabiański po raz trzeci zmuszony był wyciągać piłkę z siatki. Różnica klas na stadionie w Bełchatowie była ogromna. Wiadomo już, dlaczego do niedawna szary BOT bezlitośnie mknie po zwycięstwo w lidze, podczas gdy mistrz Polski błąka się w niższych strefach poszukując formy sprzed roku.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.