Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

126764 miejsce

Podsumowanie Heineken Opener Festival - ranking najlepszych

Zamiast zwyczajowego przeglądu dni, proponuję tym razem uszeregować koncerty wedle jakości. Lista ośmiu wydarzeń będzie subiektywna i zaskakująca (nawet dla mnie samej).

Fot. ilustracyjna / Fot. http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Open%27er_Festival_%282.07.2009_14%29.jpg&filetimestamp=20090704194054 / Fot. Dawid SobolewskiKiedy odcyfrowuję swoje notatki z Open'era, utwierdzam się w przekonaniu, że był to przedziwny festiwal. Czwarta dla mnie edycja (z przerwą w 2009 roku) niepokoiła lineupem (z którego na pierwszy rzut oka wybijało się tylko kilka koncertów), wielką reklamą i renomą, wreszcie rozentuzjazmowanym i gigantycznym tłumem, który ma szalone zaufanie do tej imprezy. Rzeczywistość zrobiła mi jednak kilka przyjemnych niespodzianek - tłum nie był wcale uciążliwy, bo koncerty, wydarzenia czy inne punkty na mapie festiwalu go "rozkładały", nie spotykałam się z ostentacyjną lanserką (skończyła się moda na lans?), a zespoły, na które zbytnio nie liczyłam, grały bardzo dobre koncerty. Ba, jeśli się odpowiednio poćwiczy, to nawet przerażające dystanse między scenami można pokonać przyjemnym spacerem.

Wracając do sedna - osiem koncertów, które zachwyciły na Heinekenie:

Skunk Anansie Wcale nie było oczywistością, że koncert tego zespołu okaże się aż takim wydarzeniem (przebił zdecydowanie wielki Pearl Jam). Większość słuchaczy alternatywnej muzyki gdzieś kiedyś natknęła się na single Skin, a jej zespół wpisał się w kanony współczesnego rocka. Waga wydarzenia była duża także dlatego, że to ich pierwszy koncert w Polsce po 10-letniej przerwie. O czymś świadczył więc rozśpiewany tłum pod sceną? Na Skunk Anansie wychowuje się kolejne pokolenie, a ich muzyka ciągle elektryzuje.

Skunk Anansie to czysta energia - dobre riffy, dynamiczna perkusja, bardzo dobre melodie i Skin, która jest symbolem tego zespołu. I choć można się było spodziewać, że czarnoskóra wokalistka o nieprawdopodobnym głosie będzie najważniejsza na scenie, takich wyczynów nie przewidziałam. Skin wyglądała pięknie, promieniała charyzmą, imponowała kondycją (bez przerwy zbiegała ze sceny do tłumu, który później niósł ją na rękach) i udowodniła, że jej głos to potęga. Zagrali swoje największe hity: zaczęli "Sealing Jesus", potem "Charlie Big Potato" - na których było poprawnie. Przełomem było przecudne, nastrojowe "Charity", po którym wszystko grało na najwyższych obrotach - "100 ways to be a good girl", "Cheap Honesty" "The Skank Heads", "Secretly", bis z "Hedonism" plus nowy singiel (bez innowacji, ale zabrzmiał godnie swoich poprzedników). Klasie Skunk Anansie sprostała genialna publiczność - Skin była wzruszona przyjęciem i chyba można uwierzyć jej na słowo, że na kolejny koncert poczekamy znacznie krócej.

The Dead Weather Jack White to geniusz. Każdy projekt, w którym się udziela, ma dobrą prasę, brzmi świetnie i znajduje punkt, w którym komercja łączy się z ambitną muzyką w proporcjach idealnych. Podobnie jak The Racounters dali jeden z najlepszych koncertów Openera dwa lata temu, w tym roku kolejny zespół Jacka na tej samej scenie pokazał klasę. The Dead Weather w tej ogromnej przestrzeni brzmieli potężnie (byli z resztą aż nadto nagłośnieni).

Decydowały o tym perfekcyjne riffy i psychodeliczne klawisze sięgające gdzieś do Led Zeppelin i The Doors, niezawodna sekcja rytmiczna i piękny, powalająco piękny wokal Alison. Przy tej głośnej, mięsistej muzyce zaśpiewała na sto procent swoich możliwości. Muzyce towarzyszyło przemyślane (minimalistyczne!) widowisko - ubrani na czarno-biało muzycy, monochromatyczne ujęcia na telebimach i psychodeliczne oko w tle. Było i "60 feet tall", i "So far from your weapon", obowiązkowo "I cut like a buffalo" czy wreszcie "Jawbreaker" na bis. Znakomity koncert (ostatni dobry koncert na dużej scenie, później czekało nas już tylko żenujące przedstawienie pajacyków Fatboy Slima, które najchętniej bym przemilczała).

Yeasayer Odczucia przed tym koncertem miałam dość ambiwalentne - z jednej strony zawiedli mnie na Primaverze, z drugiej strony wciąż liczyłam, że ich nowa, znakomita płyta zabrzmi dobrze. I wreszcie się udało - Nowojorczycy ściągnęli do namiotu wielki tłum fanów i zagrali na miarę oczekiwań. Zaczęli REWELACYJNIE "Wait for the summer", które ma wszystkie cechy charakterystyczne Yeasayera - jest ekspresyjne i dramatyczne, orientalne i hipnotyczne zarazem. Z całej serii hitów - od "Madder Red", przez "Tightrope" (bardzo bogate w różne ciekawe instrumenty i nie skrzywdzone tanecznością bitów), "2080" aż po "O.N.E." wybiło się "The Children". Kawałek, który na płycie się rozmywa, zaskoczył psychodelicznością i wyrazistością, nie wspominając o stylowych chórkach a'la Pink Floyd. Yeasayer jak dla mnie wygrywają konkurencję z Empire of The Sun i MGMT - mają bardzo dobrych wokalistów, ciekawe melodie i odwagę sięgania po udziwnienia, dzięki którym są inni, ciekawsi od reszty.

Muariolanza Poszłam na Alter Space po radosnych doświadczeniach z Oranżadą, która zaskoczyła zacnym koncertem. I po raz drugi raz było zachwycająco - pełny namiot, piękna muzyka, dobre teksty, świetna atmosfera - występ marzenie, który nie chciał się skończyć i z którego nikt nie rezygnował, nawet kiedy Mando Diao grało już na głównej scenie. Muariolanza zagrała przekrojowy koncert, sięgnęła do wszystkich (aż trzech) swoich płyt i zapowiedziała nowy album. W takich chwilach nie ma wątpliwości, że w Polsce jest sporo utalentowanych zespołów, a jazz to jeden z gatunków, który mamy we krwi. Fantastyczne kompozycje łączyły funky z jazzem, hałas z ambientem, trąbki z melodikami, bębny z szybkimi gitarami. Alter Space wypełniony po brzegi dawał dobry sygnał tego popołudnia - festiwalowicze domagają się ambitnej, trudnej, wysmakowanej muzyki. Muariolanza podołała najbardziej wymagającym z nich.

Wild Beasts Szłam na ten koncert kompletnie zielona, ale zachęcona porównaniami i określeniami, jakie zdążyłam na temat Brytyjczyków usłyszeć. Pierwsze dźwięki gitar z "The Fun Powder Plot" były obiecujące, a później - już tylko lepiej. Fenomen zespołu wynika z kilku rzeczy: utalentowanych muzyków, dwóch znakomitych (i bardzo specyficznych) wokalistów, czarujących melodii (lekkie klawisze i solidne gitary) i kompozycji ani zbyt komercyjnych, ani szczególnie trudnych. Namiot był umiarkowanie wypełniony, za to słuchacze entuzjastyczni i zainteresowani, a muzyka płynęła, wciągała, uwodziła. Dzikie bestie zagrały po trosze aktorski (albo cyrkowy - "The Club of Fathomless Love"), po trosze taneczny ("The Devil's Crayon"), a nawet post-rockowaty ("Two Dancers") koncert. Brzmi dziwnie? Brzmi fantastycznie!

Pavement Malkmus zaczął: "To nasz pierwszy raz w Polsce. Pierwszego razu się nie zapomina." I miał rację. Choć tłum był nieoczekiwanie mały (bałam się tratującego tłoku, było stosunkowo luźno), był to tłum wybrańców i tych, którzy czekali na Pavement z niecierpliwością, modląc się tak jak w piosence The National, by znowu zaczęli grać. I dostaliśmy swoją nagrodę - występ nieskończenie dobry. Mam porównanie z Primavery, gdzie tłum był ogromny, gdzie piosenki znała większość, ale gdzie zabrakło polskiej atmosfery, polskiej publiczności i znacznie, znacznie lepszych wykonań. Tamten koncert był trochę jak pospieszny jukebox największych hitów, w Polsce zagrali z zaangażowaniem, ze świetnymi solówkami, z wielką energią. Szaleństwo zaczęło się od "Cut your hair", a później było już tylko lepiej - "Shany Lane", "Stereo" (kosmicznie po prostu), "Here". Pavement w Polsce pozwolił sobie na więcej gitar, hałasów, kosmicznych trzasków, a Scott Kannberg dał totalnie szalony popis punkowej rebelii, kiedy śpiewał (rapował?) i miotał się po scenie ze swoim zwariowanym instrumentarium. Półtorej godziny z Pavement na żywo - bezcenne.

Kings of Convenience Koncert, który musiał się udać. Niech żałują ci, którzy nie mieli okazji zobaczyć promieniejących radością Eirika i Erlenda. Zagrali dłużej i bawili się z publicznością, która, jak sami przyznali, przyjęła ich lepiej niż dzień wcześniej na Roskilde. Piękne to było - kameralne, akustyczne, minimalistyczne granie, które zaczęło się od "My Ship isn't Pretty", później zabrzmiało "Love is no big truth", "Cayman Islands", aż po "Homesick", "Mrs. Cold", "Singing Softly to Me"... Każdy utwór zaśpiewany i wykonany cudownie, od połowy koncertu z akompaniamentem skrzypiec i basu. Eirik opowiadał o swoich wyprawach do Ameryki Południowej i egzotycznych gitarach, bawił się z publicznością w naśladowanie głosów, a po koncercie obaj zrobili sobie z tłumem zdjęcia. Po takich emocjach ich pierwszy koncert w Polsce na pewno nie będzie ostatnim.

Wreszcie - Hot Chip, a więc obok Pavement największe artystyczne doznanie tego festiwalu. Ostatnia płyta zespołu nie zachwyca, było więc zagrożenie, że koncert będzie równie rozlazły, przewidywalny i mało zaskakujący jak "One life stand". A jednak zaskoczyli, i to powyżej wszelkich oczekiwań, miażdżąc żywymi instrumentami i fajerwerkami dźwięków. Przez około półtorej godziny na scenie odbywała się orgia melodii gęstych i energetycznych do granic możliwości. Ba, nie było słabych momentów - już pierwsze "Boy in school" zagrało potężnie, później nie gorzej "One pure thought", "One life stand", oraz przearanżowane, przemeblowane i trochę pozbawione swojej chorej atmosfery "Over and Over" (choć nadal fantastyczne), aż do bisu z doskonałymi "I feel better" i "Ready for the floor", którym ostatecznie wgnietli publiczność w ziemię. Niewiarygodne! Disko żyje i ma się dobrze, a panowie z brzuszkami i z oksfordzkim image są jego tuzami.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.