Facebook Google+ Twitter

Pogłoski o upadku polskiego aktorstwa są mocno przesadzone

Polscy aktorzy wcale nie muszą grać w reklamach czy telenowelach i gdy tylko chcą - mogą osiągnąć światowy sukces na scenie teatralnej. Przykładem Jerzy Jeszke - jedyny polski aktor od czasów Andrzeja Seweryna, który robi światową karierę.

Jerzy Jeszke / Fot. OhmeMimo wielu osiągnięć dokonania artystyczne wychowanka Teatru Muzycznego w Gdyni nie są powszechnie znane w Polsce. Od ponad 20 lat ni słowem nie wspomniano o panu w największym miesięczniku w Polsce poświęconemu teatrowi; nie ma pana w telewizji w programach kulturalnych, etc. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy?
- Nie spędza mi to snu z powiek. Roman Polański, człowiek którego mam honor nazywać swoim mistrzem, powtarzał mi że mam robić swoje, a kiedyś zostanie to zauważone i docenione. Ja robię swoje. Jeśli ktoś jest zainteresowany moją twórczością wystarczy wejść na moją stronę internetową www.JerzyJeszke.com, czy zajrzeć na Facebook. Natomiast rolą dziennikarzy i krytyków sztuki jest tak kreować gust opinii publicznej, aby ludzie poznawali zjawiska ważne i istotne w kulturze. Mój mentor, prof. Józef Muszyński z Teatru Muzycznego w Gdyni mówił, że tylko umiejętności decydują o karierze, a sława jest tylko elementem towarzyszącym temu wszystkiemu co potrafisz na scenie i jakie emocje umiesz przekazać publiczności. Zgadzam się z nim. Natomiast współczesność jest taka, że coraz częściej sława - a raczej zwykła popularność - jest oderwana od kompetencji. To jest niezależne ode mnie. Robię swoje (śmiech).

Wystąpił pan w głównej roli we wszystkich największych musicalach na świecie - a co istotne - w oryginalnych produkcjach największych potentatów musicali: Andrew Lloyd Webber's Really Useful Group i Cameron Mackintosh Ltd., Stella Musical Company, Stage Entertainment Joop van den Ende. Tu wymienię tylko kilka: "The Phantom of the Opera", "Miss Saigon", "Jesus Christ Superstar", "Tanz der Vampire", czy "Les Miserables", z którym zdobył pan nagrodę "Golden Europe" (teatralny odpowiednik nagrody filmowej Golden Globe - przyp. aut.) za najlepszy musical. Ma pan zaufanie u największych osób w branży, którzy postawili na pana aby z sukcesem 'pociągnął' pan produkcję wartą dziesiątki milionów dolarów. Tu nie ma miejsca na szczęście czy przypadek. Czy czuje się spełniony?
- Nigdy nie miałem poczucia aktora spełnionego. Na dużą rolę w światowym musicalu czekałem cierpliwie aż 7 lat od wyjazdu z kraju w 1987 roku. A cierpliwość to klucz do szczęścia. Cały czas doskonaliłem się. Mój wachlarz zainteresowań i doświadczeń rozciąga się od artysty ulicznego aż po uzyskanie dyplomu śpiewaka operowego w Kammeroper we Wiedniu. Występowałem i na ulicy i w operze. To dało mi siłę i odwagę w Londynie, czy Nowym Jorku. Uczę się cały czas. W tym zawodzie, kiedy uznasz, że jesteś naprawdę dobry, kiedy tracisz ochotę na poznawanie czegoś nowego i odcinasz kupony - to trzeba zrobić przerwę i zająć się czymś innym. Dlatego po "The Phantom of the Opera" i "Tanz der Vampire" występowałem ponownie 'na ulicy', by nabrać dystansu i napełnić się nowymi emocjami. Jestem aktorem, który mam odwagę zadawać pytania dziecka reżyserowi czy partnerom. Ja muszę wszystko wiedzieć. Nie wstydzę się, że jest ktoś mądrzejszy, komu należy zadawać pytania. Nigdy też nie trzymałem się kurczowo jednej sceny, jednego gatunku artystycznego, czy jednej roli. Występowałem w operetce, operze, teatrze muzycznym, czy nowoczesnym musicalu.

Dlaczego pan wyjechał z Polski?
- Decyzję wyjazdu podjąłem w 1987 roku po moim występie dla największego z wielkich Polaków - Papieża Jana Pawła II w Castel Gandolfo. Spotkanie z tą osobowością wywarło na mnie ogromny wpływ. Dodało mi siły i odwagi. Gdy dostąpiłem zaszczytu występowania dla niego, na spotkaniu, które miało miejsce po koncercie, zwierzyłem mu się na ucho, że w Polsce już nie ma dla mnie miejsca, podcina mi się skrzydła, mam zamiar wyemigrować, szukać nowych dróg dla siebie i nowych szans - aby pozwolić sobie na artystyczne stypendium, o które się starałem w kraju po ukończeniu z wyróżnieniem studiów w Gdyni, ale żadna instytucja nie chciała mi takowego przydzielić. Chciałem móc promować Polskę na swój artystyczny i humanistyczny sposób. Ryzyko emigracji było ogromne. Potrzebowałem duchowego wsparcia jednego z największych autorytetów Polski jak i świata. Nadal w pamięci mam jego słowa: "Nie lękaj się nikogo i niczego. Twoja i twojej rodziny przyszłość zależy tylko od ciebie samego a udoskonalając siebie budujesz szczęście twoje, twoich bliskich i ojczyzny". To były i są najważniejsze słowa w moim artystycznym życiu.

Dużo wiemy o sukcesach polskich artystów operowych na zachodzie, ale niewiele wiemy o dokonaniach Polaków na scenie musicalowej, czy w ogóle o aktorach teatralnych. Przeglądałam Internet i jest pan jedynym Polakiem występującym w premierowych, gwiazdorskich obsadach największych hitów musicalowych na świecie. I to od 20 lat! Jako artysta musicalowy - aktor i wokalista - odniósł pan największy sukces w historii polskiego teatru. Wielki producent musicali na świecie Sir Cameron Mackintosh wyraził opinie, że posiada pan unikatowy talent. Co oprócz talentu potrzebne jest aby osiągnąć sukces w musicalu?
- Myślę, że nie ma żadnej tajemnicy. Trzeba mieć odrobinę odwagi, wiary w siebie, umiejętność poświęcenia, ciężkiej pracy i miłość do tego co się robi. Oczywiście talent. Ale on musi nam towarzyszyć od dziecka. Cieszę się, że swoją ciężką pracą i odwagą udało mi się zdobyć zaufanie producentów zarówno w Nowym Jorku, Londynie, Berlinie, czy Hamburgu. To teraz procentuje także dla rozwoju musicalu w Polsce. Sir Cameron Mackintosh, Sir Andrew L. Webber, Roman Polański, czy Harold Prince to osobowości i producenci, ale też profesjonaliści. Współpracują tylko z najlepszymi. Jestem wychowankiem szkoły aktorskiej Stanisławskiego, a promotorem mojego dyplomu pan Henryk Bista, który notabene obchodziłby dziś 80. urodziny. Gdy podczas castingu na West Endzie do "Miss Saigon" zaprezentowałem własną interpretację postaci Engineera, nie przyzwyczajeni do tego producenci byli osłupieni, bo nie zgadzała się ona z pierwowzorem Jonathana Pryce'a. Ale w nagrodę za tę kreatywność i odwagę otrzymałem stypendium na West Endzie, zaproszenie do finałowego castingu do roli Jeana Valjeana z "Les Miserables" w Londynie oraz zaproszenie na wielką galę z okazji 10-lecia "Les Miserables" w Royal Albert Hall. Sadzę, że przetarłem drogę innym polskim artystom, którzy wygrywać będą w przyszłości światowe musicalowe castingi, bowiem do tej pory ich nie widać. Broadway, czy West End są marzeniem każdego artysty. Były także i moim od dzieciństwa. Mi udało się je spełnić. Miałem wielki honor wygrać wieloetapowe i żmudne castingi zarówno w Nowym Jorku, Londynie, Berlinie, Wiedniu, czy Hamburgu. Ale moim największym spełnionym marzeniem była praca z panem Romanem Polańskim, moim mentorem. Po moim gościnnym występie w "Miss Saigon" w Teatrze Roma w Warszawie pan Roman Polański, który kręcił "Pianistę" m.in. w stolicy, zaprosił mnie do swojej nowej produkcji teatralnej w Hamburgu. Wcześniej wygrałem zorganizowany przez mistrza Polańskiego casting do TdV we Wiedniu, ale występowałem w tym czasie w Les Miz i nie udało się porozumieć producentom abym grał w tych dwóch przedstawieniach. To była lekcja światowego musicalu dla mnie. Ponad dwa i pół tysiąca razy interpretowałem postać Chagala w "Tanz der Vampire". Podobnie, jak przy innych produkcjach zaproponowałem reżyserowi kilka polskich wątków, które zostały zaakceptowane. Jestem bardzo dumny z naszej współpracy, która trwa od kilkunastu lat.

Roman Polański, który był we wrześniu w Teatrze Muzycznym Gdyni podczas festiwalu filmowego w superlatywach wyrażał się o współpracy z panem.
- O, dziękuje bardzo mojemu mistrzowi. Roman Polański też zaczynał nad morzem, w Trójmieście. Warto wspomnieć film "Dwaj ludzie z szafą". Opowiadał mi, że był od wpływem Kafki, Gombrowicza i Becketta tworząc surrealistyczne etiudy w sprzeciwie do panującego konformizmu komunistycznej Polski lat 50-tych. Generalnie, Roman Polański w pełni profesjonalnie podchodzi do pracy z aktorem. Dba o każdy szczegół. Jest obserwatorem. Kontroluje wszystko od początku do końca. Aktor musi wszystko wiedzieć to co tkwi w głowie mistrza. Wiele się nauczyłem obcując z mistrzem, który jest też aktorem. Współpraca musi przynosić radość. Kontakt jest bliski. To wzbudza zaufanie. Aktor w pewnym sensie obnaża się emocjonalnie, a reżyser szuka tych emocji. To, że był aktorem pomaga w pracy. Łatwiej rozumie się pewne niuanse. Każda scena jest dopracowana do perfekcji. Jeśli znajdzie porozumienie z aktorem to dobrze mu się pracuje. Mi pracowało się bardzo dobrze. Buduje zarys i klarownie pokazuje co chce uzyskać. Nie chce aby aktor mówił głośniej na scenie niż w życiu, bo to go drażni, a nader ceni naturalność. Natomiast, gdy aktor robi gest czy mówi kwestię i nie wychodzi mu to za bardzo, to mistrz 'wchodzi w rolę' i pokazuje czego oczekuje, bo nie zawsze wyjaśnia to li tylko słowami. 'Wczuwając się' - gra tak, jak powinno być właściwie wykonane. Dobry aktor czuje kiedy gra dobrze, bo jeśli jest inaczej, to się z takim nie współpracuje.

Jest pan także artystą operetkowym i śpiewakiem operowym. Po wyjeździe z Polski odniósł jako baryton największe triumfy od czasów Jana Kiepury. Znawca tematu, pan Bogusław Kaczyński mówi o panu: "Piękna kariera na scenę musicalowej, operetkowej i operowej".
- Swój głos szkoliłem przez wiele lat. W Gdyni - u wielkiego mistrza sceny operetkowej prof. Józefa Muszyńskiego. W Warszawie u pani prof. Danuty Płockiej-Zabłockiej - znakomitej wokalistki i pedagog wielu pokoleń artystów w Polsce i zagranicą . Po wyjeździe z Polski podjąłem od razu naukę. Zainwestowałem w swój rozwój pieniądze zarobione za role solowe. Studiowałem prywatne u rewelacyjnego mozartowskiego interpretatora - Jeana Petit w Belgii. W Polsce występowałem w Operetce Warszawskiej i w Operetce Wrocławskiej, jak również na Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy, którego dyrektorem jest pan Bogusław Kaczyński. Później występowałem m.in w Opera Obihiro w Japonii, w Opera Spanga w Holandii, w Opera Royal de Wallonie i w Grand Theatre w Belgii, czy w teatrze muzycznym w Oberhausen w Niemczech. Obecnie współpracuje z Jose Carraraem na Majorce.

W Polsce występuje pan w głównej roli w spektaklu "Spamalot". Co skłoniło pana do przyjęcia zaproszenia Teatru Muzycznego w Gdyni?
- Zawsze bardzo chętnie występuje w Polsce. Wyjechałem z kraju 25 lat temu, aby móc dać sobie szansę zagranicznego sukcesu i występować na scenach międzynarodowych. Z dużym sentymentem wracam do miejsc, które ukształtowały mnie jako człowieka i artystę. Tak, w tej kolejności, bo najpierw jest się człowiekiem, dopiero później artystą. Do tego trzeba dojrzeć. Takim miejscem jest też scena w Gdyni. Moje powroty do Polski to dla mnie potężna siła twórcza. Z powodzeniem wykorzystuje ją później także na scenach międzynarodowych. Są one niejako spłaceniem długu moim mentorom. Wracam mentalnie do korzeni i do osobowości, które na początku mojej ścieżki artystycznej oszlifowały moje zdolności. Mam tu na myśli moich profesorów ze studiów m.in. Danutę Baduszkową, Bognę Toczyską, Urszulę Mordzewską-Bistę, Józefa Muszyńskiego, Stanisława Królikowskiego, czy Henryka Bistę. Z bagażem umiejętności, które oni mi przekazali stawiam się bez kompleksów na każdej scenie świata. Myślę, że godnie reprezentuje Gdynię i Polskę. Umiem się moim sukcesem dzielić z innymi, o ile tego chcą i to doceniają (uśmiech). W ramach mojej fundacji JJart pomagam non-profit młodym artystom, aby potrafili odnaleźć swoją drogę artystyczną na zachodzie.

Ważne, aby pokazywać ludzi, którzy osiągnęli sukces. To motywuje młodych artystów i wskazuje im drogę. W czerwcu odbędzie się kolejny jubileusz Studium Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, którego jest pan absolwentem. Pan dyrektor Maciej Korwin mówił o panu: "Nasz człowiek tu i tam, od Kaszubów na zachód". Czy pojawi się pan ponownie na gali?
- Jeśli otrzymam zaproszenie to oczywiście się pojawię, jak tylko kalendarz mi pozwoli. Mam teraz kilka projektów w Polsce i poza nią. Za pośrednictwem moich fanów, którzy odwiedzili mnie w Berlinie przekazałem studentom, a zarazem młodym artystom - kilka słów. Oni zmontowali film i pokazali na gali z okazji zakończenia roku akademickiego.


W przyszłym roku będzie pan obchodził jubileusz 40 lat pracy artystycznej.
- To już 40 lat? Ja cały czas mam wrażenie, jakbym dopiero rozpoczynał karierę (śmiech). Nieustannie uczę się czegoś nowego, bo zawód aktora to nieustające próbowanie i nauka. Jestem gotowy do nowych wyzwań. A czas na benefis jeszcze przyjdzie, choć na emeryturę nie zmierzam przechodzić prędko. Wiem, że to obecnie gorący temat w Polsce. Ja kocham swoją pracę i kocham scenę. Tam spełniam się życiowo i artystycznie. Z uwagi, że przez całą moją karierę nie byłem związany na stałe z jedną sceną mam możliwość ciągłego doskonalenia swojego warsztatu i poznawania nowych smaków tego pięknego zawodu. Od wielu lat realizuję swoje kolejne marzenie i występuje w różnych miejscach na świecie z moim solowym projektem "Broadway Live Show", gdzie prezentuje wszystko to, czego nauczyłem się na scenie. Największe hity z musicali, operetki oraz arie operowe.

Dziękuje za rozmowę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo dobry tekst, tchnący optymizmem. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.