Facebook Google+ Twitter

Pogryzły mnie „Małe lisy” Justyny Bargielskiej

„Małe lisy” gryzą mnie i szarpią. Nie dają spokoju. Nie umiem oderwać oczu od ich drobnej czcionki. Justyna Bargielska jest mistrzynią krótkiej formy. Rozciąga ją umiejętnie i upycha w niej tyle, że aż strach.

 / Fot. J. Lepiorz
A wszystko chce się połknąć jednym haustem.
Wszystko jest bowiem w wersji mini, w niewielkich, dobrze przyswajalnych dawkach. Ścinki ludzkich dramatów, kawałki miłosnych uniesień, strzępki historii. Cały ten galimatias splątany jest z wielką fantazją i lekkością. Autorka zupełnie nie przejmuje się chronologią czy logiką. Akcję swojej powieści rozplanowała w sposób dynamiczny i pełen wdzięku. Na pozornie zwyczajnym osiedlu co rusz wyrastają fantasmagoryczne miejsca, jak magiczny krąg w środku lasu czy osiedlowa damska siłownia, gdzie właścicielka karmi ćwiczące panie ociekającymi krwią horrorami.

Podróżujemy z bohaterami do głębokich traum z ich przeszłości, ale też do rojeń na temat przyszłych dni.
Co chwilę głos zabiera ktoś inny z bogatej kolekcji osobowości występującej w powieści. Zabiera nas ze sobą do swojego mieszkania, na spacer z psem albo i do leśnego szałasu. Ale przede wszystkim do krainy swoich myśli. Nierzadko na pierwszym planie występują tu gorycz i rozczarowanie, efekty zderzenia z marnością codziennego życia. Jednak zazwyczaj przekształcają się w zabójczą autoironię, swoistą życiową mądrość, pointująca brutalnie szarą rzeczywistość.

Ciągi myślowe postaci są tak absurdalne, że aż prawdziwe. Świetnie się podąża pokrętną ścieżką ludzkiej myśli, wpada w pułapki zbyt luźnych skojarzeń i plącze się w chceniach i złudzeniach nieszablonowych bohaterów. Groteska niemal nieustannie prześwituje tu ze zwykłych sytuacji, podświetlając ich drugą i trzecia twarz.

Spostrzegawczość i umiejętność obserwacji Justyny Bargielskiej może budzić podziw. Szczegóły, niewielkie epizody, nieistotne przedmioty urastają tu do rangi leitmotivu, ciągnąc za sobą podążającą w zaskakujące strony fabułę.

Czyżby więc nasze życie było rzeczywiście tak absurdalne, że wystarczy je tylko dokładnie, bez żadnych poprawek, zapisać aby to dostrzec? Tak, chyba tak właśnie jest. I jest to wielka mądrość płynąca z utworu Bargielskiej. Wszystko, co dokoła nas, codzienne sprawy, małe, duże i średnie, to jeden wielki absurd. Prawdziwa i nieustająca jest jednak w bohaterach potrzeba miłości, bliskości i akceptacji. Ta, nawet przedstawiona w krzywym zwierciadle, broni się tutaj swoim autentyzmem.

Dialogi czyta się tak, jakby się stanęło w sklepowej kolejce albo w autobusie i podsłuchiwało czyjąś rozmowę. Efektem jest wielka świeżość tej prozy. Czytając „Małe lisy” czytamy samo życie. Dzięki Bargielskiej przemawia ono do nas dosadnie, barwnym wielogłosem, pyszniąc się swoją amorficznością, uciekając od klisz. Każdy jest tu inny, każdy ma swoje dziwne, niedokończone sprawy, specyficzne marzenia. Nożownik Pajda, niespełnione kobiety po przejściach, pan w rozpiętym płaszczu, który zaginął a mimo to pojawia się systematycznie pod swoim blokiem.

Tabu nie ma. Jest za to masturbacja pod prysznicem i kot Dżek załatwiający potrzeby seksualne na głowie swojej małoletniej właścicielki.

Jeśli mamy absurdalne poczucie humoru, będą też salwy śmiechu przy czytaniu. Nie będzie to jednak pusty śmiech. „Małe lisy” jak już coś tam w środku zaczną szarpać, to łatwo nie puszczą. Zostawią ślad.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.