Facebook Google+ Twitter

Póki sił starczy, czuje się zobowiązany śpiewać prawdę

Z legendarnym bardem "Piwnicy Pod Baranami" Leszkiem Wójtowiczem o jego balladach, Piotrze Skrzyneckim, olimpiadzie w Moskwie i strajku w stoczni rozmawia Łukasz Cygan.

Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? / Fot. Archiwum rodzinne // Zdjęcie udostępnione przez Leszka WójtowiczaWierzy Pan w przeznaczenie? Na Pańskiej stronie można znaleźć zdjęcie małego chłopca otoczonego stadem baranów.
-Rzeczywiście tak było, chociaż nawet moja mama nie pamięta w jakich okolicznościach zostało ono zrobione! Nie, nie wierzę w przeznaczenie, natomiast przyznaję, że po latach wygląda to rzeczywiście zabawnie. W liceum śpiewałem tak zwany big beat, czyli między innymi piosenki Skaldów, a czasem dla odmiany Tadeusza Woźniaka, ale prawdziwie zaczarował mnie telewizyjny fragment programu „Piwnicy Pod Baranami”. Pamiętam jak dziś – parędziesiąt sekund spędzonych przed ekranem czarno-białego telewizora, pamiętam Piotra Skrzyneckiego, Janka Kantego Pawluśkiewicza z kruczoczarną brodą, pamiętam malowniczą grupę artystów i piękną muzykę. Właśnie wtedy obiecałem sobie, że kiedyś tam zaśpiewam.

Jest Pan wdzięczny Franciszkowi Studnickiemu za wprowadzenie w świat artystów? Kiedyś był Pan przedstawiany nie jako Leszek Wójtowicz, a jako „młody poeta”…
-Najzabawniejsze jest w tym to, że Piotr Skrzynecki, gdy w końcu do Piwnicy dotarłem przedstawiał mnie jako „młodego poetę”, choć nie pisałem wtedy wierszy! W czasie studiów, ze sztuką i śpiewem nie wiązałem żadnych wielkich nadziei zawodowych, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak potężne dokonania w Polsce wiele osób uczyniło w dziedzinie tak zwanej „Piosenki literackiej”. Ja się działalnością śpiewaczą, piosenkarską najprościej w świecie bawiłem. Założyłem zespół, który nazywał się „Pracownia” w składzie dosyć egzotycznym, ponieważ były to dwie gitary klasyczne i fagot. Na jednej z nich grałem ja. Śpiewałem piosenki, ballady z własną muzyką do wierszy takich legend jak Bruno Jasieński, Nikołaj Asjejew, Andrzej Trzebiński i… dalej marzyłem o Piwnicy.

Nie kusiło Pana zostać radcą prawnym?
-Naturalnie! Do prof. Studnickiego zwróciłem się dwa razy w życiu z ogromną pokorą - pierwszy raz, aby raczył wprowadzić mnie do Piwnicy. Wiąże się z tym zabawna historia, gdyż każdy, kto związany był z tym miejscem a studiował prawo mógł liczyć u tego fenomenalnego cywilisty i informatyka na łagodne traktowanie w trakcie egzaminu z prawa cywilnego. Ja miałem odwrotnie. Profesor Studnicki zachęcił Piotra, aby wpuścił mnie na scenę, chociaż do cywilnego nauczyć się musiałem. Drugi raz zwróciłem się do niego w 1980 roku, kiedy to uznałem, że czas zająć się czymś poważnym i urządziłem z pomocą zaprzyjaźnionych muzyków coś na kształt „wieczoru pożegnalnego”. Poprosiłem po nim o pomoc w staraniu się o aplikację radcowską, ale o moim losie zadecydował przypadek. W dziełach Pawła Jasienicy przypadek ten kryje się za najważniejszymi wydarzeniami w historii. Siedzi sobie jakieś takie coś i czasem pazurem w ścianę poskrobie, a to jakieś drzwi otworzy, a tu popchnie konkretną osobę w niespodziewanym kierunku i wydarzenia dzieją się zgoła inaczej niżby się to miało wydawać. Tak było ze mną, kiedy ktoś wpadł na pomysł, abym ze swoimi balladami pojechał do Moskwy na olimpiadę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.