Wierzy Pan w przeznaczenie? Na Pańskiej stronie można znaleźć zdjęcie małego chłopca otoczonego stadem baranów.-Rzeczywiście tak było, chociaż nawet moja mama nie pamięta w jakich okolicznościach zostało ono zrobione! Nie, nie wierzę w przeznaczenie, natomiast przyznaję, że po latach wygląda to rzeczywiście zabawnie. W liceum śpiewałem tak zwany big beat, czyli między innymi piosenki Skaldów, a czasem dla odmiany Tadeusza Woźniaka, ale prawdziwie zaczarował mnie telewizyjny fragment programu „Piwnicy Pod Baranami”. Pamiętam jak dziś – parędziesiąt sekund spędzonych przed ekranem czarno-białego telewizora, pamiętam Piotra Skrzyneckiego, Janka Kantego Pawluśkiewicza z kruczoczarną brodą, pamiętam malowniczą grupę artystów i piękną muzykę. Właśnie wtedy obiecałem sobie, że kiedyś tam zaśpiewam.
Jest Pan wdzięczny Franciszkowi Studnickiemu za wprowadzenie w świat artystów? Kiedyś był Pan przedstawiany nie jako Leszek Wójtowicz, a jako „młody poeta”… -Najzabawniejsze jest w tym to, że Piotr Skrzynecki, gdy w końcu do Piwnicy dotarłem przedstawiał mnie jako „młodego poetę”, choć nie pisałem wtedy wierszy! W czasie studiów, ze sztuką i śpiewem nie wiązałem żadnych wielkich nadziei zawodowych, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak potężne dokonania w Polsce wiele osób uczyniło w dziedzinie tak zwanej „Piosenki literackiej”. Ja się działalnością śpiewaczą, piosenkarską najprościej w świecie bawiłem. Założyłem zespół, który nazywał się „Pracownia” w składzie dosyć egzotycznym, ponieważ były to dwie gitary klasyczne i fagot. Na jednej z nich grałem ja. Śpiewałem piosenki, ballady z własną muzyką do wierszy takich legend jak Bruno Jasieński, Nikołaj Asjejew, Andrzej Trzebiński i… dalej marzyłem o Piwnicy.
Nie kusiło Pana zostać radcą prawnym?-Naturalnie! Do prof. Studnickiego zwróciłem się dwa razy w życiu z ogromną pokorą - pierwszy raz, aby raczył wprowadzić mnie do Piwnicy. Wiąże się z tym zabawna historia, gdyż każdy, kto związany był z tym miejscem a studiował prawo mógł liczyć u tego fenomenalnego cywilisty i informatyka na łagodne traktowanie w trakcie egzaminu z prawa cywilnego. Ja miałem odwrotnie. Profesor Studnicki zachęcił Piotra, aby wpuścił mnie na scenę, chociaż do cywilnego nauczyć się musiałem. Drugi raz zwróciłem się do niego w 1980 roku, kiedy to uznałem, że czas zająć się czymś poważnym i urządziłem z pomocą zaprzyjaźnionych muzyków coś na kształt „wieczoru pożegnalnego”. Poprosiłem po nim o pomoc w staraniu się o aplikację radcowską, ale o moim losie zadecydował przypadek. W dziełach Pawła Jasienicy przypadek ten kryje się za najważniejszymi wydarzeniami w historii. Siedzi sobie jakieś takie coś i czasem pazurem w ścianę poskrobie, a to jakieś drzwi otworzy, a tu popchnie konkretną osobę w niespodziewanym kierunku i wydarzenia dzieją się zgoła inaczej niżby się to miało wydawać. Tak było ze mną, kiedy ktoś wpadł na pomysł, abym ze swoimi balladami pojechał do Moskwy na olimpiadę.