Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

99765 miejsce

Polityka i curriculum vitae

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdy według dzisiejszych historyków i polityków ludzie żywili się głównie musztardą i octem (bo według nich, nic innego w sklepach nie było)...

... mój żyjący wówczas jeszcze Ojciec usiłował uchronić mnie przed zgnilizną otaczającego świata. Mówił wówczas znamienne słowa.
- Pamiętaj synku, abyś nigdy w życiu nie dał się wciągnąć do jakiejkolwiek sprawy związanej z polityką. Polityka jest rzeczą tak paskudną, że każdy kto o nią się tylko otrze ,zawsze wyjdzie z tego brudny.

Ojciec nie był żadnym wielkim myślicielem, był rolnikiem - repatriantem gospodarującym na Ziemiach Odzyskanych w zabitej grubymi deskami wiosce, na gospodarstwie uzyskanym jako rekompensatę za pozostawioną na kresach posiadłość. Gospodarstwo było niewielkie, poniżej progu kułactwa, tak aby nie podpaść ludowej władzy. Ojciec miał z pewnością dobrze zorganizowany tzw. chłopski rozum i wyczucie otaczającej go rzeczywistości.

Przeżyłem jakoś ten okres octu i musztardy. Nie pamiętam z tych czasów sytuacji, by dręczył mnie głód. Nie pamiętam też sytuacji, by komunistyczni ciemiężyciele batogami nawracali mnie na jedynie słuszny światopogląd. Religia co prawda wykładana była w salce katechetycznej obok kościoła, ale nikt nie zabraniał mi uczestniczyć w tych zajęciach. Mały kościółek, do którego uczęszczała moja rodzina zawsze miał pełną frekwencję a ksiądz proboszcz w trakcie kazania nigdy nie uprawiał polityki. Widocznie, nie czuł takiej potrzeby.
Ojciec chcąc znać prawdę o świecie słuchał radia z Warszawy i Wolnej Europy a następnie wyciągał średnią arytmetyczną z tych wiadomości. Twierdził, że łżą i jedni i drudzy, więc należy wysłuchać obu stron a potem myśleć swoje.

Niestety, raz w życiu a może nawet i więcej nie posłuchałem rad Ojca. Po raz pierwszy 8 marca 1968 roku. Był to dzień opisany później przez historyków jako tzw. "wydarzenia marcowe". Znalazłem się wówczas zupełnie przypadkowo, ze zwykłej szczeniackiej ciekawości na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Na zasadzie losowej (czysty pech, zwiałem nie w tę co trzeba uliczkę) zostałem złapany i wciągnięty za durny łeb do "suki" i "zarejestrowany" przez chłopaków z Golędzinowa.

W Golędzinowie była wóczas szkoła podoficerska milicji i "studenci" nie musieli wykazywać się nadmiernie wysokim IQ, ale wzrost musiał być powyżej 180 centymetrów. W ramach tejże rejestracji poznałem dwukrotnie przyjemność kontaktu z pałą milicyjną. Nie była to standardowa służbowa "blondynka". Pała miała rozmiar "wyczynowy" - całe 85 centymetrów i bliższy kontakt z nią powodował ucieczkę całego intelektu do nóg. Nogi zaś myślały tylko o tym, jak uciec z tego miejsca.

Za dwa dni, jako element warcholski zostałem wywalony na zbity pysk z mojej uczelni i dostałem wezwanie na komisję poborową wcielającą do Ludowego Wojska Polskiego, w którym siła rozpędu (po małej resocjalizacji) pozostałem na najbliższe dwadzieścia parę lat. Tak to, przez maleńkie, zupełnie niezamierzone zetknięcie z polityką można było sobie bardzo dziwnie zreorganizować życie.

I czy śp. Ojciec nie miał racji?

Najbardziej tę rację widać dzisiaj. Jakże często można zaobserwować, jak normalny, wydawało by się zupełnie porządny człowiek, wchodząc do świata polityki staje się niejako samorzutnie zwyczajną świnią pozbawioną moralności i innych wyższych cech ludzkich, charakteryzujących tzw. porządnego człowieka.
Na zakończenie, (profilaktycznie, aby uniknąć pozwania do sądu)
przepraszam gorąco Polskie Stowarzyszenie Hodowców Świń za porównanie, być może uwłaczające godności podopiecznym tegoż stowarzyszenia.

Znajdź nas na Google+

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.