Marta z Chorzowa ma 14 lat. Krótkie czarne włosy, modna grzywka. W uchu i w nosie srebrne kolczyki w kształcie kolca. W jej pokoju na jasnozielonych ścianach wiszą plakaty z wizerunkiem Billa Kaulitza, wokalisty niemieckiej grupy rockowej młodego pokolenia - Tokio Hotel.
Piosenkarz rzuca mroczne spojrzenie, podkreślone czarnym tuszem wokół oczu. Marta uwielbia muzykę tego zespołu. Rozchmurza się, widząc zainteresowanie plakatem jej idola. W ostatnim teledysku Bill sam siebie ratuje przed skokiem z dachu wieżowca. Grają super, a on jest naprawdę świetny - mówi z uśmiechem.
Twierdzi, że muzyka wyciągnęła ją z niejednego dołka. A jakież to problemy może mieć 14-latka z dobrego domu? Dwa lata temu Marta postanowiła targnąć się na swoje życie. Sama tak naprawdę nie wie, dlaczego chciała to zrobić. Przecież z mamą zawsze miała dobry kontakt, koleżanek jej nie brakowało. Ale przyszedł 12 kwietnia 2005 roku, gdy powiedziała sobie: to wszystko nie ma sensu. Płakała kilka godzin. Pod wieczór zażyła paracetamol.
– I jeszcze połknęłam jakieś kolorowe tabletki. Chyba nasenne. Od mamy – mówi. Tego dnia dostała pałę z matmy. – Strasznie wtedy dołowałam. Matmy nie kapuję od zawsze, to dramat – mówi szczerze.
Niebezpieczna etykietka
Znalazła się w szpitalu. Najgorzej wspomina bolesne płukanie żołądka i kilka tygodni spędzonych na oddziale. Diagnoza? Depresja. Dziś Marta już nie ma myśli samobójczych. Pomogła terapia. Przez pierwsze osiem miesięcy brała też leki psychotropowe, przepisane przez psychiatrę. O jej problemach nie wie nikt w szkole, gdzie jej mama jest nauczycielką. Mama nie godzi się nawet na podanie swojego imienia. Boi się, że córkę będą wyzywać od "wariatek".
– Nikt nie chce żyć z taką etykietką. Na terapię jeździłyśmy aż do Krakowa, bo tutaj wszędzie znajomi – mówi. Wie, że przegapiła moment, w którym był czas na interwencję. Ale ta sytuacja również czegoś ją nauczyła.
– Lekarz powiedział mi, że nie powinnam szukać winy w sobie, bo to jest bez sensu. Zresztą za późno. Muszę pomóc córce. Jesteśmy skazane na siebie, bo jestem po rozwodzie. Ale wiem, że nawet mając mało czasu na wychowywanie, można go mądrzej wykorzystać. Każdy rodzic powinien rozmawiać ze swoim dzieckiem. I słuchać jego argumentów. Gdybym to wcześniej robiła, nigdy by do tego nie doszło – podkreśla kobieta.
Osamotnieni, zagubieni
Statystyki porażają. W zeszłym roku 48 nastolatków w Polsce (w wieku od 10 do 14 lat) targnęło się na swoje życie. Nie udało się uratować 26. Rok wcześniej tę desperacką decyzję podjęły 54 młode osoby. Te dane są alarmujące. Jak to jest, że dzieci zamiast szukać pomocy u dorosłych, decydują się na ostateczność? Wśród przyczyn wymieniane są zawód miłosny, problemy w szkole, nieporozumienia rodzinne.
Osamotnionych, zagubionych nastolatków codziennie na oddziale ogląda Marek Paluch, kierownik oddziału psychiatrycznego dzieci i młodzieży w Wojewódzkim Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Lublińcu. To jeden z dwóch takich oddziałów na Śląsku (drugi znajduje się w Sosnowcu Klimontowie).
– Młodzieńcza depresja to bardzo poważna sprawa. Dzieciaki, przed którymi jest całe życie, mówią mi w gabinecie, że nie mają już po co żyć, że nie mają przed sobą żadnej przyszłości – wspomina dr Paluch.
W ostatnich latach problem zaburzeń depresyjnych wśród młodzieży narasta. Na przykład w latach 1981-1985 oznaki depresji przejawiało tylko 20 procent nastolatków - wynika z badań prof. Jacka Bomby z Krakowa. Tymczasem trzy lata temu podobne badania przeprowadzono na Uniwersytecie Gdańskim. Już u połowy uczniów w wieku 16 i 17 lat z liceów i aż u 65 procent uczniów zawodówek stwierdzono objawy depresji! A co czwarty powinien trafić na leczenie.
Czerwone światło
Zdaniem doktora Marka Palucha przyczyny tej sytuacji są różne, a zjawisko występuje w różnych rodzinach niezależnie od ich stanu majątkowego.
– Gdy rodzice są bezrobotni, występuje problem alkoholowy, dziecko też nie widzi dla siebie żadnych perspektyw. Jednak gdy rodzice są pochłonięci robieniem kariery, uczestniczą w wyścigu szczurów, przemyślenia dzieci są podobne. Bo wysokie kieszonkowe nie zastąpi rozmowy, uwagi. Dla dziecka zwykła jedynka w szkole może stać się olbrzymim kłopotem – tłumaczy Paluch. I radzi rodzicom, by obserwowali swoje dzieci. Bo chociaż to trudne, można zauważyć, kiedy pojawia się problem. – Gdy dziecko nagle zaczyna godzinami przesiadywać w swoim pokoju, przestaje się interesować kolegami, wagaruje, jest przez dłuższy czas drażliwe albo wciąż skarży się na bóle brzucha, głowy, a wizyty u lekarza nic nie wykazują - wtedy powinno nam się zapalić czerwone światło – tłumaczy doktor.
Drastyczny krok
Gdy problem jest już tak duży, że dziecko nie wie, do kogo się zwrócić, szuka często najbardziej skrajnych rozwiązań. Wielu młodych ludzi nie widzi innego wyjścia i wybiera drogę najbardziej drastyczną: samobójstwo albo ucieczka z domu. Rocznie według policyjnych statystyk z domów ucieka 11 tysięcy dzieci. Większość z nich na szczęście udaje się znaleźć, m.in. dzięki pomocy Fundacji Itaka, która prowadzi portal nieuciekaj.pl. Proponuje w nim młodzieży szukanie innych rozwiązań.
Według prowadzącej portal Ewy Jakoniuk, przyczyny takich zachowań wśród nastolatków są najróżniejsze, jednak depresja to jedna z najważniejszych.
– Nawet jeśli dziecko chce zrobić rodzicom głupi żart, jest to jego krzyk rozpaczy. Metoda na zwrócenie na siebie uwagi. Dzieci uciekają przed problemami, które przerosłyby niejednego dorosłego człowieka. Uciekają dzieci, które nie mają wsparcia w swoim środowisku i nie potrafią lub nie mają kogo poprosić o pomoc. Uciekają zarówno od nadopiekuńczych rodziców, jak i od tych nadmiernie rygorystycznych, od wymagań, którym nie są w stanie sprostać. Na koniec ważna rzecz: ucieczkę dziecka poprzedza zawsze jakaś forma ucieczki dorosłych. To najpierw rodzice, nauczyciele, opiekunowie unikają szczerych rozmów, rozwiązywania problemów, prawdziwych kontaktów i relacji z dziećmi – uważa Ewa Jakoniuk.
Problem dzieci poruszają eksperci w najnowszym Narodowym Programie Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2008-2012, przygotowanym przez psychiatrów na zlecenie Ministerstwa Zdrowia. Z dokumentu wynika, że już prawie milion nastolatków w Polsce wymaga stałej opieki psychiatrycznej i psychologicznej.
– W 2004 roku z opieki poradni zdrowia psychicznego korzystało spośród nich jedynie ok. 129 tysięcy, a z opieki szpitalnej ok. 123 tysięcy osób – czytamy w dokumencie.
Potrzebni specjaliści
Już 40-50 procent dzieci w szkołach podstawowych nie ma poczucia sensu życia, a 30 procent miewa również myśli samobójcze! Na rynku brakuje specjalistów od leczenia zaburzeń psychicznych dzieci, a oddziałów szpitalnych jest jak na lekarstwo.
Śląsk ma swój "naturalny" sposób na rozwiązywanie problemów rodzinnych. To tradycyjne wielopokoleniowe rodziny, w których depresje u dzieci występują niezwykle rzadko. Jak wytłumaczyć ten fenomen?
– Zawsze w domu jest babcia, dziadek, do którego można przyjść i się zwierzyć. Mądrość starszych osób wcale nie jest jakimś ludowym mitem, lecz wartością, którą dostrzegamy po latach i cenimy – mówi doktor Paluch.
Jacek Bombor
PT