Facebook Google+ Twitter

Polska - Anglia. Panowie, nie ma się czego bać!

Mecz Polaków z Anglikami to kolejne starcie z serii słynnych "szlagierów". Dlaczego po 39 latach nie mamy się czego obawiać? Najwyższy czas, by rozłożyć na czynniki pierwsze naszego dzisiejszego rywala. Zaczynamy!

Anglicy nie grają po angielsku!

Kto oglądał mecze Lwów Albionu podczas ostatniego Euro, zdaje sobie doskonale sprawę, że drużyna prowadzona przez Roya Hodgsona nie ma wypracowanego stylu. Charakterystyczną dla siebie filozofię precyzyjnych krosowych zagrań, którą Anglicy uprawiali od dziesiątek lat, odrzucili i próbują wprowadzić uproszczoną i fatalną dla oka angielską kopaninę, która w zamyśle ma chyba przypominać grę FC Barcelony lub reprezentacji Hiszpanii. Ich problem polega jednak na tym, że każdy przeciwnik, który stosuje pressing i zagęszcza środek pola, jest w stanie pokrzyżować wszelkie założenia taktyczne i sprawić, że będą to kalekie poczynania.

Problemy w defensywie

Na próżno szukać w drużynie naszych rywali silnej defensywy, którą mogli się pochwalić choćby za czasów Kevina Keegana - Adams, Campbell i bracia Nevillowie oraz kiedy opiekę nad ich reprezentacją narodową sprawował Sven-Göran Eriksson - Neville, Ferdinand, Campbell i Cole. Późniejsze wydarzenia związane z osobami Johna Terry'ego (zrezygnował z gry w reprezentacji) i braci Ferdinandów również nie wpłynęły dodatnio na atmosferę w drużynie. Dziś, w defensywie Anglików nie mamy ani jednego zawodnika, który poziomem swoich piłkarskich umiejętności i doświadczeniem mógłby nawiązać do wymienionych wcześniej piłkarzy.

Genialny bramkarz

Za najsilniejszy punkt Anglików można, a nawet trzeba uznać ich bramkarza. Joe Hart, który na co dzień broni barw Manchesteru City, to skarb, którego w angielskiej bramce nie było od dawna. Przez wiele lat silna dziesiątka zawodników, wylewających siódme poty na boisku, nie mogła liczyć na wsparcie zawodnika z numerem 1 na plecach. Seaman, Martyn, James i Green potrafili w pojedynkę przegrać mecz, który do przegrania nie był. Na potwierdzenie tych słów przypomnę tylko mecz Anglia - Brazylia podczas MŚ 2002 i kuriozalną bramkę Ronaldinho oraz starcie z USA podczas mundialu w RPA w 2010 roku i katastrofalny błąd Greena, który kosztował jego drużynę utratę dwóch punktów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

No nie ma czego się bać.
Mecz przegrali póki co zarządzający stadionem...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.