Premier David Cameron załatwił aroganckim gestem swoje partyjne i prywatne interesy, mówiąc "nie" dla nowego traktatu UE. Będąc w gronie eurosceptyków, poparł ten kierunek, który niszczy fundamenty i umacnianie siły ekonomicznej i gospodarczej, strefy euro i Europy
To miał być szczyt wielkiej, ale i ostatniej szansy. Wielkiej, bo Europa czeka na obronę strefy euro i utrzymanie przed upadkiem, przed końcem eurolandu. A ostatniej, bo dotąd czyniono różne zabiegi ratunkowe, lecz bez skutku. W piątek 9 grudnia 2011 roku, o 5.27 rano, zakończył się w Brukseli maraton obrad polityków unijnych, w tych dwóch bardzo istotnych kwestiach. Niestety, ambitne plany i zabiegi dyplomatyczne Niemiec i Francji oraz Polski, która przewodniczy UE w kończącym się półroczu, nie dały oczekiwanych i koniecznych rezultatów. Na przeszkodzie stanęła - jak było to do przewidzenia - oporna Wielka Brytania. Po szczycie Europa czuje się jak skopany pies, który nie bardzo wie, za co go to spotkało, a mimo to nadal jest wiernym przyjacielem człowieka.
To prawda, że Wielka Brytania nie jest w strefie euro, ale jest w Unii Europejskiej. Jednak każdemu członkowi eurolandu powinno, a nawet musi zależeć na silnej, zwartej ekonomicznie i gospodarczo, europejskiej rodzinie.
Co teraz po szczycie? "Bój toczy się o to, żeby świat uwierzył, że strefa euro staje na nogi i nie jestem pewien, że ten efekt udało nam się uzyskać" - tak "na gorąco" w piątkowy poranek powiedział premier Donald Tusk, podsumowując szczyt brukselski. Mimo to Polska postanowiła wymiernie - jak chyba nigdy dotąd - zaangażować się we wzmacnianie strefy euro. Postanowiła, choć nie jest w strefie. Postanowiła, bo bardzo chce być w niej, i to jak najszybciej. Tu pojawia się racjonalne pytanie: po co pchać się tam, skąd inni wracają? Oczywiście, to przesada – nikt znikąd nie wraca. Jednak niewykluczone, że tacy będą.
Tymczasem przywódcy obradujący w Brukseli - 8 i 9 grudnia zdecydowali, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) zostanie zasilony kwotą 200 mld euro, z czego około 50 mld euro, miałoby pochodzić od państw nieposługujących się tą walutą, czyli między innymi i od Polski. Zarówno premier, jak i minister finansów Jacek Rostowski jest takiemu planowi przychylny. Tu też są wątpliwości, skąd i jak można wysupłać w biednym kraju, miliardy euro na składkę ratunkową? Ale zostawmy ten temat w spokoju.
Czytaj dalej ----->
(Stanisław Cybruch)