Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4864 miejsce

Polska wygrała z San Marino. Szanse na MŚ nadal zachowane

Reprezentacja Polski pokonała San Marino 5:1. Gole trafiali Piotr Zieliński x2, Jakub Błaszczykowski, Waldemar Sobota oraz Adrian Mierzejewski. Dla gospodarzy jedyną bramkę zdobył Alessandro Della Valle.

 / Fot. brakJeszcze przed meczem z San Marino, ale i już przed wcześniejszymi potyczkami, w mediach dominowały słowa: "mecz o wszystko". Tak też miało być i tym razem, bo ewentualny remis lub porażka nie tylko pozbawiłyby nas jakichkolwiek szans na awans z grupy, ale też skompromitowałaby zespół. Swoją cegiełkę do "zmotywowania" kadry dołożył TVN24, który poprosił Przemysława Ohrysko z Państwowej Akademii Nauk o wyliczenie matematyczne, które miało nam zobrazować, ile szans mają Polacy na wyjazd do Ameryki Południowej. I wyliczył...

0,017% - tyle właśnie przed spotkanie nasi reprezentanci mieli szans na zagranie w Brazylii. Dobrze jednak, że się tym nie przejęli i zagrali na miarę swoich oczekiwań. Chociaż powiedzieć, że zagrać z San Marino "na miarę swoich oczekiwań", to chyba pewien nietakt. Przecież ta drużyna do meczu z Polską rozegrała 119 spotkań z czego wygrała tylko jedno i tylko 3 zremisowała. W tych eliminacjach gola jeszcze nie wbiła, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. I dlaczego akurat nie z nami?

Grali, grali i wygrali


A tymczasem mecz rozpoczął się dla nas bardzo korzystnie. Najpierw bardzo blisko trafienia gola był Paweł Brożek, który w 4. minucie zamiast lobować leżącego na ziemi golkipera, popełnił taki sam błąd jak Piotr Zieliński w meczu z Czarnogórą i chciał posłać ją obok bramkarza. A pozostając przy tym graczu, to z perspektywy meczu wydają się mało zasadne zarzuty, jakoby Waldemar Fornalik powołał Go tylko dlatego, że już nie miał kogo. Co prawda nie zdoalł strzelić gola, ale miał asystę i kilka dobrych zagrań. W 9. minucie wyszliśmy już na prowadzenie. Świetnego gola zdobył Zieliński, który w swoim piątym występie miał już drugą bramkę na koncie. Nie podłamało to gospodarzy, którzy chcieli udowodnić, że porażka kilka dni temu z Ukrainą 0:9, była, może nie tyle niesprawiedliwa, co zbyt duża.

W 19. minucie Waldemar Sobota zagrał lobem do Brożka. Ten z kolei również górą chciał zaskoczyć bramkarza, ale uderzył z tak małą siłą, że bramkarz nie miał żadnych problemów z wyprzedzeniem piłki i jej złapaniem w rękawice. Chwilę później nasz napastnik po raz kolejny stanął prze szansą, ale chyba myślał, że gra z kolegami na orliku, bo tak zaczął się bawić w polu karnym, że sam się pogubił. A w międzyczasie San Marino wywalczyło sobie rzut wolny, do piłki podszedł Fabio Vitaioli, Sebastian Boenisch był wszędzie, ale nie przy Alessandro Della Valle, którego miał kryć, i gospodarze strzelili 20. bramkę w swojej historii, a pierwszą przeciwko reprezentacji Polski. Długo się jednak nie cieszyli, bo Jakub Błaszczykowski pognał po swojej stronie i znów wyprowadził nas na jednobramkowe prowadzenie.

Czym dłużej grali, tym luźniej grali


Kolejne nasze akcje zaczęły pokazywać to, z czego słynie Liverpool w Premier League. Zespół z Anfield Road potrafi wygrywać mecze z mocnymi rywalami, ale ze słabymi - już nie może się tak zmotywować. I my graliśmy tak samo. Rozluźnienie i stanie w miejscu, mało ruch w kierunku piłki. "Czego tu chcieć? Jak wbić bramkę?" - zapewne pytał niejedne kibic przed telewizorem patrząc na coraz to wolniejsze wyprowadzenie piłki. A rywal grał 1-9-1-0 i niczym się nie przejmował.

W 34. minucie ubrany na biało-czarwono fan mógł znów umieść ręce w geście triumfu. Zamieszanie w polu karnym rywali wykorzystał Sobota, który po zagraniu od Brożka uderzył przy lewym słupku i strzelił gola. Już w doliczonym czasie gospodarze mieli jeszcze swoją okazję po kolejnym dośrodkowaniu z wolnego, ale tym razem nasi gracze nie dali się zaskoczyć w taki sposób, jak wcześniej.

Druga połowa rozpoczęła się od niecelnego strzału Piotra Celebana, który w defensywie stwarzał lepsze wrażenie, niż Łukasz Szukała. Nie dość, że daje więcej w ofensywie, to jeszcze nie jest, jak stwierdził to Wojciech Kowalczyk, takim wybijakom jak gracz Steauy. Przez bardzo długi moment nic ciekawego się nie wydarzyło. Do 66. minuty. Wtedy to pięknym strzałem z wolnego popisał się Zieliński. Dobrze, że w końcu trafiliśmy bramkę, bo jakaś przypadkowa San Marino na 3:2 i mogłoby być już nie za bardzo ciekawie.

Z biegiem czasu gospodarzom spieszyło się coraz mniej. A i my nie chcieliśmy się za bardzo nabiegać. Sytuacja zmieniła się dopiero po wejściu na boisko Adriana Mierzejewskiego, który w 74. minucie podwyższył prowadzenie. Ładnie ograł przeciwnika w polu karnym i posłał piłkę obok bramkarza. Do końca wynik nie uległ zmianie i po kiepskim meczu wygraliśmy 5:1. Wynik, jak wynik, ale styl był okropny. A tymczasem Ukraina zremisowała z Anglią 0:0 i awansowała na drugie miejsce w grupie. Nie jest to dla nas dobra wiadomość, ale polska piłka już od dawna nie doczekała się dobrej wiadomości. A jak tak dalej pójdzie, to jedyne duże turnieje, na jakie będziemy w stanie wywalczyć awans, to te, których sami będziemy gospodarzami.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.