Facebook Google+ Twitter

Polski rynku pracy, otwórz się!

Polski rynku pracy, otwórz się! U twych bram czekają rzesze zziębniętych obcokrajowców. Ale czy otwarcie rynku pracy dla obcokrajowców będzie miało korzystny wpływ na rozwój polskiej gospodarki?

Migracja zarobkowa to jedno z najpotężniejszych zjawisk na polskim rynku pracy. Polacy opuszczają kraj i wyjeżdżają do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Norwegii i innych państw Unii Europejskiej, które otworzyły swoje rynki dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej. Wyjeżdżają w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy, lepszego życia, tego szczęścia, o którym donosiły (jeszcze nie tak dawno) krajowe media, pokazując uśmiechnięte twarze Polaków, którym się „udało na zachodzie”. Jeszcze w 2004 roku, po wstąpieniu Polski do UE, zewsząd informowano nas o ogromie możliwości zarobkowych, jakie czekają w państwach wspólnoty. Gazety prześcigały się w opisach niepowtarzalnej okazji, będącej na wyciągnięcie ręki każdego Polaka, który z różnych powodów nie może znaleźć pracy w kraju. „Polski hydraulik podbija Francję”, „Polacy ruszają na podbój zachodu”- takie właśnie tytuły niepodzielnie rządziły w ogólnopolskiej prasie.
Zagraniczni robotnicy na polskich budowach? Lepiej przyzwyczaić się do takiej myśli. / Fot. Olgierd Górny/Dziennik Zachodni
Zadziałały odwieczne prawa związku przyczynowo – skutkowego i rzesze Polaków rozpoczęły swoją zarobkową peregrynację. Ogrom tego zjawiska zaskoczył wszystkich – zarówno polityków i media, jak i zwykłych obywateli. Wyjeżdżał każdy, bez względu na wiek, wykształcenie czy kwalifikacje. W Polsce zaczęło brakować nawet niewykwalifikowanych robotników, dotąd tak podle traktowanych przez pracodawców. W rezultacie na polskim rynku pracy powstała gigantyczna
luka, zagrażająca rozwojowi polskiej gospodarki, która nie może poradzić sobie bez przeszło 2 mln robotników (dane pochodzą z Centrum Stosunków Międzynarodowych).

Obecnie brakuje rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie, usługach i przy produkcji taśmowej w fabrykach. Brakuje także pomysłów na zatrzymanie kadr w kraju. Migracja zarobkowa to dzisiaj nie tylko problem gospodarczy, ale także problem społeczny i kulturowy. Wśród wielu Polaków wciąż silny jest mit „złotej migracji”, według którego wystarczy wyjechać, na przykład, do Anglii, a praca sama się znajdzie. Tacy ludzie, zazwyczaj zmuszeni ciężką sytuacją, trafiają tam bez znajomości języka, nie wiedząc nawet, do kogo się zwrócić i przeważnie lądują na ulicy, prosząc o jałmużnę. "Jak tylko skończę studia, opuszczam ten kraj” tak mówi spora liczba studentów. U nich migracja to także moda oraz szansa na polepszenie statusu materialnego. Więc wyjeżdżają i coraz częściej już nie wracają do kraju.

W takich warunkach nie można mówić o dalszym, zrównoważonym rozwoju polskiej gospodarki. Przedsiębiorcy, zamiast próbować za wszelką cenę zatrzymać polskich robotników w kraju, wolą zainteresować się robotnikami, tyle że zza wschodniej granicy. Dlatego też postanowili wraz z ministerstwem pracy ułatwić obcokrajowcom „migrację zarobkową” do Polski. Najwyższy czas zadać pytanie: czy otwarcie polskiego rynku pracy dla obcokrajowców ma korzystny wpływ na rozwój polskiej gospodarki? Odpowiedź, niestety, nie jest prosta.

Ostatnio dużo mówiło się o wypadkach w województwie dolnośląskim, gdzie ulokowana została jedna z największych inwestycji w Polsce- fabryka koreańskiego koncernu LG Philips LCD i sześciu jego poddostawców. Koncern planował dać pracę 12 tys. Polaków. W zamian za to rząd zadeklarował prawie 400 mln zł pomocy publicznej, głównie ulg podatkowych. Jednak Koreańczycy oferują niskie płace (ok. 1400zł brutto dla pracownika na produkcji) i przez to nie mogą znaleźć pracowników, nawet w dolnośląskich gminach, w których bezrobocie sięga 30 proc. Sytuacja zaczęła się zaostrzać, czego owocem były groźby koreańskiego koncernu, że jeśli nie znajdzie w Polsce pracowników, zacznie ich ściągać z Chin. Na groźbę Koreańczyków natychmiast odpowiedział wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczak, zapowiadając, że nie wyda zezwoleń na pracę dla Chińczyków. Dodał także, że w Polsce jest wielu bezrobotnych chętnych do pracy i trzeba ich tylko odpowiednio zachęcić. Takie sytuacje, jak wyżej opisana, już wkrótce mogą przejść do historii. Minister pracy Anna Kalata stwierdziła: „Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko otworzyć rynek pracy dla obcokrajowców”. Ta wypowiedź potwierdza politykę ministerstwa, które od pewnego czasu stopniowo otwiera rynek dla przybyszów zza wschodniej granicy.

Żeby lepiej poznać historię liberalizacji rynku pracy dla obcokrajowców, należy się cofnąć do 30 sierpnia 2006 roku. Tego dnia bowiem minister pracy i polityki społecznej Anna Kalata podpisała rozporządzenie w sprawie zatrudniania cudzoziemców bez konieczności uzyskania przez nich pozwolenia. Na mocy tego rozporządzenia polscy pracodawcy mogą przyjmować do pracy- przede wszystkim sezonowej i w rolnictwie- cudzoziemców z krajów ościennych- Ukrainy, Białorusi czy Rosji- na podstawie uproszczonej procedury, która nie wymaga uzyskania pozwolenia na pracę i wniesienia opłaty w wysokości 936 zł, na okres nie dłuższy niż 3 miesiące w ciągu półrocza. Wspomniane rozporządzenie obowiązuje do dzisiaj.

Oczywiście, to nie koniec ustępstw, bowiem najnowszy projekt ministerstwa pracy zakłada znacznie dalej idące kroki w kierunku dalszej liberalizacji obecnego prawa. Jeśli wejdzie on w życie, uproszczoną procedurą zostaną objęci także Chińczycy, Koreańczycy i Wietnamczycy. Wystarczy, że od polskiego pracodawcy dostaną zaświadczenie, że ich zatrudni. Nie będzie już wymagane zezwolenie na pracę, które teraz wydają m.in. urzędy wojewódzkie. Ponadto zapowiadane jest zmniejszenie nawet dziesięciokrotnie opłaty za zezwolenie na zatrudnienie cudzoziemców, a w przypadku zawodów uznanych za deficytowe- całkowite z niej zwolnienie. Ministerstwo uzgodniło również, że sytuację na lokalnych rynkach będą na bieżąco monitorowali marszałkowie województw. W przypadku cudzoziemców delegowanych do pracy w naszym kraju rozważana jest także rezygnacja z tzw. testu rynku pracy, czyli sprawdzania, czy w powiecie nie ma Polaków gotowych do wykonania zajęć zaproponowanych obcokrajowcom.

Pomysły ministerstwa natychmiast uzyskały aprobatę Konfederacji Pracodawców Polskich. Zresztą już teraz, przy obecnym prawie, przedsiębiorcy z coraz większą łatwością sięgają po cudzoziemców. Dwa tysiące robotników z Indii do zbioru owoców zwiezie w lecie na swoje pola firma Sadpol spod Pułtuska. Setki Chińczyków do zbioru truskawek chcą sprowadzić mazowieccy plantatorzy truskawek. 150 robotników z Azji zatrudni na swoich budowach firma developerska J.W. Construction. W Stoczni Gdańskiej od miesięcy pracują spawacze z Korei Północnej, a teraz dojeżdżają kolejni. Nic dziwnego, skoro polscy spawacze, zaraz po uzyskaniu specjalistycznych certyfikatów, wylatują do Norwegii, gdzie zarabiają cztery razy więcej niż w naszym kraju. Tylko w tym roku mazowiecki wojewódzki urząd pracy wydał zgodę na przyjazd do pracy w Warszawie i okolicach 1,7 tys. obcokrajowcom. Ponad połowa z nich pochodzi z Dalekiego Wschodu, głównie z Wietnamu (330), Chin (117) i Korei (77). Rzecznik mazowieckiego urzędu pracy Aleksander Kornatowski tłumaczy, że na kolejne 1,5 tys. pozwoleń czekają już następni przedsiębiorcy. Zgodę dostają niemal wszyscy.

W świetle tych faktów może się wydawać, że otwarcie polskiego rynku pracy dla obcokrajowców ma korzystny wpływ na rozwój polskiej gospodarki. Przedsiębiorcy zapełniają lukę po Polakach siłą roboczą zza wschodniej granicy. Dzięki temu gospodarka może się dalej rozwijać. Skąd więc moje wątpliwości? Dlaczego ośmielam się kwestionować korzyści płynące z tych posunięć? Bowiem doskonale wiem, że każdy medal ma dwie strony.

Opis danego zjawiska nie może być jednostronny, wszak samo zjawisko (jako fenomen) jest zależne od położenia osoby, która je postrzega. Niezbędne było więc poznanie tej drugiej strony medalu, zazwyczaj niedostępnej dla oczu zainteresowanych. W popularnych mediach trudno znaleźć informacje o przestrzeganiu praw pracowników. Wyzysk to temat niewygodny dla dużych dzienników, finansowanych przez potężne koncerny. Komercyjne stacje z premedytacją unikają tego zagadnienia. Dlatego też zwróciłem się do związków zawodowych i organizacji społecznych z prośbą o udzielenie mi niezbędnych informacji na ten drażliwy temat. Pomoc otrzymałem tylko od Komitetu Pomocy i Obrony Represjonowanych Pracowników (KPiORP). Wspomniana organizacja powstała 21 stycznia 2006 r. z inicjatywy trzech związkowców zwolnionych z pracy niezgodnie z prawem. Od początku powstania Komitetu, zgłaszają się do niego ludzie potrzebujący pomocy. Działacze KPiORP udzielają im wsparcia, a gdy zachodzi taka potrzeba, organizują również pikiety i demonstracje w obronie pokrzywdzonych. Starają się też nagłaśniać przypadki wyzysku i łamania praw pracowniczych. Komitet z chęcią podzielił się ze mną swoją wiedzą. Niestety, posiadał tylko informacje na temat ukraińskich migrantów zarobkowych. Uznałem więc, że jest to grupa reprezentatywna dla całego zagadnienia, gdyż nie ma podstaw do sądzenia, że Ukraińcy mogą być traktowani znacznie gorzej niż Białorusini. W przypadku Chińczyków, Koreańczyków czy Wietnamczyków trudno o jakiekolwiek informacje.

Według ukraińskich źródeł, w Polsce pracuje od 60 tys. do 320 tys. obywateli Ukrainy, przy czym (wg polskich źródeł) legalnie zatrudnionych jest tylko ponad 3 tys. Ukraińców. Prawie połowa z nich otrzymała pozwolenie na pracę w województwie mazowieckim. Uproszczona procedura, znana z obowiązującej ustawy, obejmuje tylko niewielki odsetek Ukraińców, którzy posiadają tzw. wizy do pracy uprawniające ich do pracy tylko u tego pracodawcy, który „ściągnął” ich do Polski. Zaś obywatele Ukrainy, którzy przyjechali do naszego kraju na podstawie wiz turystycznych (a takich jest przytłaczająca większość), muszą pracować nielegalnie, narażając się na wydalenie z Polski. Zapowiadana liberalizacja prawa pracy może ułatwić im zdobycie legalnego zajęcia w Polsce, ale na pewno nie poprawi ich traktowania. A traktowani są jak tania siła robocza, pracownicy drugiej kategorii, dzięki którym można w łatwy sposób obniżyć koszty pracy. To otwiera pracodawcy furtkę do nieludzkiego wyzyskiwania robotników. Co znamienne, w analogiczny sposób traktowani są Polacy pracujący w krajach należących do Unii Europejskiej.

Polska gospodarka nie obejdzie się bez migracji zarobkowej zza wschodniej granicy. Będziemy potrzebować przede wszystkim dziesiątek tysięcy robotników do budowy dróg i autostrad. Jeśli nie znajdziemy tylu pracowników, przepadną nam miliardy euro, które daje na nasze drogi Unia Europejska.

Czy zyskają na tym przedsiębiorcy? Tak, bo otrzymają tanią, niewiele wymagającą siłę roboczą. Czy zyska na tym polska gospodarka? Tak, ale zysk będzie krótkotrwały. Owszem, sporo Ukraińców, Białorusinów, Chińczyków i Koreańczyków osiedli się w naszym kraju, sprowadzi tu swoje rodziny, ale ogromna większość wróci do swoich ojczyzn, zabierając ze sobą zarobiony kapitał, który zasili gospodarki tamtych państw. Podczas gdy wykwalifikowani Polacy nadal będą opuszczać Polskę, pracując za granicą na emerytury Anglików, Niemców, Irlandczyków i Norwegów. W konsekwencji straci na tym Polska, stracą na tym Polacy, którzy zostaną w kraju. Bowiem pracodawcy, zamiast zatrudnić Polaka, co wiązałoby się z odpowiednio wyższą pensją, wybiorą Azjatę pochodzącego z często biedniejszego kraju, który nie będzie stawiać większych wymogów, nie założy związku zawodowego, bo będzie myślał o tym, aby nie stracić pracy oraz pieniędzy na utrzymanie swojej rodziny. Będzie „idealnym” pracownikiem- cichym, uległym, grzecznym i biorącym z pocałowaniem ręki jałmużnę. Nie będzie się buntował, bo nie będzie miał takiej potrzeby, wszak korzysta z niepowtarzalnej szansy na lepsze życie. Może nawet w jego ojczyźnie pokażą jego uśmiechniętą twarz wśród tych, którym się „udało na zachodzie”.



Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo udany, rzeczowy tekst. Oby wiecej takich!
To naturalne ze wystepuje rotacji siły roboczej. Za 10 lat powinny się tworzyć dzielnice wietnamskie czy ukrainskie w najwiekszych polskich aglomeracjach. I to nie tylko robotnikow fizycznych ale przedstawicieli przerownych branz na ordynatorze szpitala konczac. Ciekaw jestem co na to polska klasa polityczna wtedy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.