Obawiam się, że polskie elity, nasi wybrańcy w sejmie, senacie czy radach miast i gmin zamiast dbać o dobro obywateli, miast, gmin, Polski, dbają przede wszystkim o swoje wpływy, miejsce w szeregu i swoją kasę.
Nasi wybrańcy potrafią tak ustanowić prawo w Polsce, na przykład - wyborcze (5-procentowy próg wyborczy w skali kraju, brak jednomandatowych okręgów wyborczych), że partie, które skupiają około 200 członków w kilkusettysięcznym mieście, zawsze przelicytują lokalnego kandydata do władzy i partyjna mniejszość rządzi bezpartyjną większością.
Dla szarego obywatela nasi wybrańcy stanowią takie prawo, że sądy mogą rozpatrywać nasze sprawy latami, a my musimy realizować wezwania urzędów, sądu w ciągu 7 dni. Musielibyśmy też śledzić wszystkie gazety, aby nie przegapić np. ogłoszenia przez sąd listy wierzytelności, bo mamy tylko 2 tygodnie na wniesienie ewentualnego sprzeciwu. Jeśli nie dotrzymamy terminu zostajemy z pustymi rękami.
Na temat represyjnego (restrykcyjnego) prawa w stosunku do obywatela napiszę może w kolejnym artykule. Dzisiaj chciałem przedstawić jako przeciwwagę fakt, jak nasi wybrańcy stanowią prawo, które dotyczy już ich bezpośrednio. Otóż zadbali oni o to, aby nawet za nieobecność na posiedzeniach sejmu, senatu czy rad miasta i gminy mogli otrzymywać diety. Wystarczy napisać usprawiedliwienie, że w tym czasie biorą udział w innych płatnych obowiązkach i podwójna kasa leci.
Zastanawiające skąd u naszych wybrańców taka „przewrotność Kalego”. Być może biorą przykład z elity najlepiej zarabiających kast prawników i lekarzy, którzy w tym samym wymiarze czasu pracy (8 godzin) mają po kilka etatów, oczywiście każdy osobno płatny. Zrozumiałe, że w dzisiejszych warunkach „wolności”, wywalczonej przez „Solidarność”, pieniądz stał się dobrem najwyższym, ale nasze elity zapominają, że pospólstwu też należą się „igrzyska i chleb”, że to oni powinni dbać o dobro obywatela, miasta, gminy i kraju.