Facebook Google+ Twitter

Polskie fantasy. Wywiad z Krzysztofem Piskorskim

Polski rynek książek fantasy rozwija się m.in. dzięki młodym twórcom. Może warto by więc poznać ich choć trochę. Zapraszam do przeczytania wywiadu z Krzysztofem Piskorskim. Specjalnie dla naszych czytelników.

 / Fot. Okładka książki "Wygnaniec"Krzysztof Piskorski, mieszkający we Wrocławiu, pisarz, dziennikarz, twórca scenariuszy RPG i poradników do gier komputerowych. Laureat nagrody Quentina za najlepszy scenariusz roku 2001. Autor licznych publikacji na łamach „Science Fiction”, ”Magazynu Fantastycznego” i „Nowej Fantastyki”.

Z pod jego ręki wyszły takie opowiadania jak „Krach operacji niebiańskie zastępy”, „Ładunek”, czy też „Drugi obraz z pod piramid”. Za jego debiut książkowy uznaje się powieść „Wygnaniec” opublikowaną w 2005 r. Po niej nastąpiły kolejne tytuły takie jak „Najemnik”, ”Prorok” czy „Poczet dziwów miejskich”. Piskorski nominowany był do nagrody im. Janusz A. Zajdla, oraz do nagrody im. Jerzego Żuławskiego za powieść „Zadra”. Zdobył nagrodę ESFS Encouragement Award na Euroconie 2009.

Jak donoszą notki biograficzne, pisarz jest wielbicielem żeglarstwa i dobrych tytoni fajkowych. Dziś opowie nam, czym jest dla niego fantastyka i jak postrzega świat.

Joanna Kik: Gargulce, płytniki i kruk z awersją do niemieckich turystów… czy tak postrzega świat Krzysztof Piskorski spacerując ulicami Wrocławia? Czy może to tylko bajkowy świat w głowie autora stworzony na potrzeby opowiadań?
Krzysztof Piskorski: No wiesz - autor fantastyki, który twierdzi, że pisze to, co widzi, ma spore szanse skończyć w białym trykocie z długimi rękawami. Wszystkie motywy „Pocztu dziwów miejskich” brałem z głowy, różnych gier wyobraźni, zastanawiania się „co by było gdyby”. Płytniki, na przykład, wzięły się z zabawnie klekoczącej chodnikowej płyty na przystanku tramwajowym, która zachowywała się, jakby ktoś pod nią siedział. Jama bazyliszka istnieje naprawdę, jest ogrodzona żelaznym płotkiem i nieraz, przechodząc obok, zastanawiałem się, co może być w środku.

Czy pisząc „Poczet Dziwów Miejskich” zastanawiałeś się, jaki odbiór zyska książka u młodego pokolenia? Biorąc oczywiście pod uwagę, że bazyliszek jest dla nich znacznie bardziej abstrakcyjnym pojęciem niż transformers.
- Prawdę mówiąc, niespecjalnie o tym myślałem, miałem wizję i pomysł, a potem szedłem za nimi „na czuja”. Obsadziłem we Wrocławiu takie nadnaturalne istoty, jakie najlepiej do mnie przemawiały i komponowały się z klimatem miasta. Nie było żadnych chłodnych kalkulacji w stylu: dajmy bohatera uczącego się magii, bo to się dobrze sprzedaje.

Michał R. Wiśniewski napisał kiedyś: „Można wręcz zaryzykować tezę, że fantastyka nie jest niczym innym, jak parodią rzeczywistości…” A czym dla Ciebie jest fantastyka?
- Fantastyka to niesamowite narzędzie do mówienia rzeczy, których nie da się powiedzieć operując postaciami i sytuacjami z realnego świata. Można z jej pomocą eksplorować całkiem nowe przestrzenie intelektualne, rzeczywistości rządzące się odmiennymi prawami, jak to robi Jacek Dukaj, można stawiać pytania, które w przyszłości mogą okazać się dla nas fundamentalne (jak robił to Dick), można ciekawie dyskutować o nauce (jak w niedawnym „Ślepowidzeniu” Wattsa). Można też z pomocą fantastyki po prostu świetnie bawić lub mówić coś z humorem o naszej rzeczywistości (jak Pratchett).

To patriotyzm, czy tylko upodobanie do polskiej kultury i historii powoduje, że tworzysz na bazie naszych rodzimych realiów?

- Ani jedno ani drugie. Raczej próba wcielenia w życie Kingowskiej zasady: „pisz o tym, na czym się znasz”. To naturalne, że o ulicach Wrocławia wiem więcej niż o ulicach Bostonu, więc jeśli umieszczam akcję we Wrocławiu, to jestem w stanie odmalować realia bardziej przekonująco, dodać więcej fajnych smaczków oraz detali... Poza tym sądzę, że takie coś bardziej przemawia do czytelnika. Przecież anglojęzyczne urban fantasy najczęściej operuje settingiem amerykańskiego miasta. Łukanienko pisał o Moskwie. Dlaczego polskie urban fantasy nie miałoby rozgrywać się w Polsce? Tym bardziej, że szlak został już mocno przetarty, np. przez Andrzeja Pilipiuka. Choć muszę przyznać, że bardzo lubię historię, więc rodzime realia w mojej ostatniej książce „Zadra”
wzięły się pewnie z sentymentu do tych chwil, kiedy nasz kraj uczestniczył w ważnych, światowych wydarzeniach.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 29.08.2009 21:28

Rzucanie na głęboką wodę nie zawsze daje dobre efekty. Moim zdaniem nie należy niczego sprytnie pomijać (skrywać), trzeba dać latorośli wolną rękę; Tolkien na początek nie zawsze zdaje egzamin, może zniechęcić!
Przypominam sobie swoje pierwsze spotkania z fantastyką - w starych egzemplarzach "Młodego Technika", skrzętnie zbieranych przez Ojca. Opowiadania Lema, Zajdla, Branderburego,Strugackich, Bułhakowa urzekły mnie i usidliły na zawsze! I chwała im za to :)
A teraz, zupełnie niedawno, przeczytałam Harrego Pottera i nikomu nie będę zabraniać sięgnięcia po historię "małego czarodzieja z blizną"...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.