Facebook Google+ Twitter

Polskie kino - dokąd prowadzi ta droga?

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. Jaki był to czas w polskiej kinematografii? Warto nad tym pomyśleć choćby dlatego, że niedawno w Warszawie odbyła się gala Europejskich Nagród Filmowych, a tuż przed nami ogłoszenie nominacji do Oscarów.

Roman Polański. Fot. AKPAMoże po zaufaniu, jakim obdarzono nas przy wyborze miejsca najważniejszej filmowej imprezy na kontynencie, także polski kandydat znajdzie uznanie w oczach Akademii i okaże się, że z naszym kinem jest całkiem dobrze. Chciałbym jednak odnieść się do tego problemu w szerszej niż tylko jednorocznej perspektywie. W opinii wielu znawców poziom rodzimej kinematografii od dłuższego już czasu notuje ciągły spadek. Realnie i obiektywnie patrząc od kilkunastu lat nasze fabuły nie znajdują uznania w Europie, nie wspominając o amerykańskiej Akademii Filmowej. Czy rzeczywiście jest tak źle? Co zrobić, by było choć trochę lepiej?

Na początku warto złożyć wyrazy uznania za to, że zaczyna się nareszcie poważna i szeroka debata na ten temat (chociażby na łamach "Tygodnika Powszechnego", gdzie dyskutują twórcy, producenci czy socjologowie). Uznanie to należy się tym wszystkim, którym leży na sercu aktualna kondycja i przyszłość polskiej kinematografii. Tym, którzy nie boją się o tym mówić, a wręcz uważają to za swój obowiązek. Może dzięki temu za kilka lat będziemy dumni prezentując polskie dzieła na światowym forum.

Za dużo po amerykańsku

Wracając do kina dzisiejszego, uderza fakt, że brakuje naprawdę dobrych i mądrych scenariuszy, z których można by ulepić wielki film, „zachwycający” nie tylko głupim dowcipem i przewidywalną fabułą. Tego mamy w kinach zbyt dużo i raczej na razie wystarczy „Francuskich numerów” czy „Dublerów”. Wolałbym, aby polscy twórcy pokazali coś bardziej uniwersalnego. Coś odkrywczego, temat, który zachwyciłby albo choć zainteresował Europę. To także problem produkcji, bo nawet jeśli pojawi się świetny pomysł, nie zawsze znajdują się na niego pieniądze. Łódzki producent Piotr Dzięcioł ("Edi", "Z odzysku") to chyba jedyna osoba w branży, która potrafi zaryzykować ze zrobieniem ciekawego, aczkolwiek może mało medialnego obrazu.

Skończmy z ciągłym powielaniem amerykańskich, w dodatku najgorszych z możliwych wzorów.

Za mało dobrych adaptacji i prawdziwych historii

Może warto postawić na adaptacje, ale raczej uznanych książek, a nie księgarskich bestsellerów dla naiwnych. Przykład Polańskiego może wiele powiedzieć o tym pomyśle. Spróbował z „Pianistą” Szpilmana i otrzymał Oscara, potem pokazał „Olivera Twista” Dickensa i też był sukces. Fakt, że przykład to ekstremalny, bo renoma nie ta, co filmowców w Polsce, a i możliwości produkcyjne, czyli finansowe, zbyt wielkie jak na nasze realia.

Z drugiej jednak strony nawet w Polsce adaptacje literatury były ostatnimi czasy jednymi z bardziej udanych filmów w ogóle, żeby wspomnieć świetne „Pręgi” czy udanych „Kochanków z Marony”. Na przeciwległym biegunie, co zauważą krytycy pomysłu, mamy niestety „Ja wam pokażę!” czy „Samotność w sieci”, ale to książki, których w ogóle nie należałoby przenosić na ekran. Nie chodzi o to, że są do niczego. Po prostu nie nadają się do przetransferowania na filmowe tworzywo.

Może też próbować opierać się na prawdziwych historiach. Przykład Krzysztofa Krauzego potwierdza słuszność tej drogi. Wszak duży sukces odniósł chociażby jego „Dług”, a „Nikifor” stał się chyba najbardziej w ostatnich latach komentowanym polskim filmem za granicą.

Może animacja lub dokument

Innym pomysłem jest zaryzykowanie z inwestycją w dokument lub animację. Może pieniądze przeznaczyć właśnie na tego rodzaju produkcje. Wszak z zachwytem i uznaniem spotykały się na świecie projekty Bagińskiego, film „Dzieci z Leningradzkiego”, a ostatnio „Nasiona” Kasperskiego. Jeśli są sukcesy, to można mocniej wspomóc twórców tego kierunku. Dla rzeczywistego rozwoju polskiej kinematografii chyba lepiej zbierać nagrody za filmy dokumentalne niż złotówki za romantyczne komedie.

Otwarcie na świat

Uznanie na świecie zdobywa się pokazując tematy odważne, odkrywcze i interesujące. Dziś w Polsce tego brakuje. Potrafił to kiedyś Kieślowski, Wajda, ciągle próbuje (choć ostatnio rzadziej) Zanussi czy wspomniany Krauze. Gdzie reszta? Reszta kręci filmy o Polsce, dla Polaków, na polski rynek. Od wielu lat za najważniejszy festiwal filmowy w naszym kraju uważa się ten organizowany w Gdyni. To przecież impreza lokalna. Co może zyskać twórca robiąc film tylko na lokalny rynek? Uznanie w Polsce. W sumie wiele, ale to też wyraz braku ambicji, chęci i pewnie też możliwości. Bo nagrody w Gdyni nie dają miejsca na zaszczytnych miejscach w kronikach. Werdykty jury, nie zawsze zresztą trafne, nie napędzają też widzów do kin tak, jak dobry marketing komedii o niczym.

Nieczęsto promuje się młodych twórców, a pisząc o promocji nie myślę o nagrodzie za debiut, bo to żadna promocja. Widziałem „Chaos” Żuławskiego, który otrzymał nagrodę właśnie dla tegorocznego debiutanta. Niezły, ale „Z odzysku” Fabickiego wydał mi się lepszy. Nie zarzucam jury stronniczości czy złej woli, ale wielu krytyków i filmoznawców nieraz kwestionowało zasadność przyznania nagrody temu, a nie innemu tytułowi. Praktycznie nie odbija się to w żaden sposób na oglądalności, jednak pozostawia wrażenie, często powszechne, o niedobrze dokonanym wyborze. A zła atmosfera wokół kina jeszcze bardziej potęguje niechęć widowni do dobrych obrazów. Poza tym gorszy reżyser może się chełpić tym, że został doceniony na festiwalu, mimo że niekoniecznie na to zasłużył.

Wręczenie Europejskich Nagród Filmowych w Polsce to świetna reklama i uznanie dla naszego kraju. Tylko co ta impreza zmienia w samej twórczości. Statuetki powędrowały w ręce artystów zagranicznych i tylko wspominany już Polański otrzymał wyróżnienie za całokształt. Dobrze, że pojawiły się Nowe Horyzonty, w tym roku debiutujące we Wrocławiu, a wcześniej organizowane w Cieszynie. Przenosiny udowodniły ambicję twórców festiwalu, by otworzyć rzeczywiście szerokie horyzonty dla widzów i filmowców. Konfrontacja kina polskiego ze światowym daje okazję do obiektywnej oceny. Międzynarodowe jury nie ma żadnych interesów w faworyzowaniu konkretnych tytułów i tak naprawdę to Wrocław staje się stolicą naszego kina.

A jest jeszcze Camerimage w Łodzi ściągający rzesze artystów z całego świata. To najważniejsze święto dla operatorów przyciąga także reżyserów, aktorów i producentów. Organizatorzy proponują spotkania z gwiazdami kina czy warsztaty prowadzone przez najlepszych, a odwiedzane przez młodych studentów „filmówek”. Całe szczęście, bo może w kolejnych latach polscy twórcy w końcu otworzą się na nowe horyzonty.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Nie zgadzam się, że Polacy powinni robić filmy "mniej po amerykańsku". Ameryka to zupełnie inny świat i żadna rodzima produkcja nigdy nie będzie dorastać tamtejszym do pięt. Quo Vadis, u nas film dekady, tam przeszedłby bez echa. Francuski Numer? Ale z czym to porównać? W USA byłby w czołówce gniotów roku, u nas hicior. I po trzecie - nie zgadzam się, że powinniśmy robić jakieś kino moralnego niepokoju, społeczne. Za dużo! Był Komornik, Plac Zbawiciela, teraz słyszę, że Stuhr kręci Korowód o lustracji (daj mu Panie Boże żeby się udał). Czas właśnie na kino rozrywkowe. Kino to rozrywka, dopiero potem kwestie społeczne! Zauważ, ile filmów w USA w roku to rozrywka, a ile inne kwestie. Te drugie to z 5% wszystkich produkcji. Francuzi wyspecjalizowali się w europejskiej sensacji, brytyjczycy w swoim zamkniętym, wyspiarskim kinie współczesnym, nawet Czesi jakoś się określili i skupiają się na komediach. U nas dalej filmowcy chcą pouczać społeczeństwo, zamiast w końcu nagrać dobry film po którym widz nie wyjdzie z kina z niesmakiem (vide ostatnie Tylko mnie kochaj itp)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.