
Coraz więcej mamy niszowych PWSZ-ów; powstają też masowo prywatne uczelnie. Te drugie wcale nie muszą być gorsze (sam Uniwersytet Harvarda jest przecież prywatną uczelnią); wszystko zależy od władz uczelni oraz wykładowców.
Fakt, jacy studenci podejmują naukę na danej uczelni, też nie jest bez znaczenia; jednakże jakby nie spojrzeć, ci ambitniejsi raczej nie pójdą do "jakiegoś PWSZ-u" tylko np. na Uniwersytet Jagieloński w myśl tego, iż "to w końcu uniwerek".
Ile jest w tym racji? Na pewno takie twierdzenie nie jest bezpodstawne.
Przypomniane dwa Uniwersytety są jednymi z najstarszych na świecie; co też obliguje obydwa do wysokiego poziomu, jak też do poczucia elitaryzmu z powodu bycia jej studentem.
Do czego zmierzam? - spytasz, czytając mój tekst. Chciałbym niniejszym zwrócić uwagę na realia polskich studentów. Sam jestem studentem 1. roku na Uniwersytecie Zielonogórskim i zdążyłem zauważyć kilka problemów, z którymi się borykają niektórzy z moich uczelnianych kolegów i koleżanek.
Pierwszą kwestią jest oczywiście niewidzialna ręka, która rządzi światem, czyli pieniądz. Nie każdy może sobie pozwolić na opłacenie studiów. Edukacja na tym poziomie w trybie dziennym jest darmowa, ale po drodze jest wiele ukrytych kosztów pobocznych. Widzą to wszyscy ci, którzy podobnie jak ja, muszą dojeżdżać do danego ośrodka akademickiego.
Niezależnie od tego czy dany student zdecyduje się na codzienne dojeżdżanie bądź zechce zamieszkać na stancji lub w akademiku, to musi za to zapłacić.
Dla przykładu: mój dojazd do Zielonej Góry kosztuje około 20 zł w jedną stronę, stancja 450 zł, dochodzi do tego bilet miesięczny w kwocie 38 zł. Oczywiście, trzeba coś zjeść. Zakupy w Biedronce produktów spożywczych na dany tydzień to kwota ciut ponad 50 zł (same artykuły pierwszej potrzeby). Po zsumowaniu tych opłat wychodzi niecałe 800 zł - i to w średnio-dużej Zielonej Górze. Boję się pomyśleć o opłatach osoby podejmującej się studiów w Gdańsku, Wrocławiu czy Warszawie.
Sytuacja, w której ma się bogatych rodziców, nie sprawia problemów, aby z tymi opłatami sobie poradzić. Gorzej jest, jeśli mieszka się, niestety, w biednej rodzinie. Kto zdolnej osobie zafunduje edukację, jeśli rodziców na to nie stać?
Co prawda, są stypendia, aczkolwiek wątpię, by nawet te 400 zł wystarczyło, by pokryć to wszystko.
Uważam, że powinien powstać program fundowania studiów osobom w nie najciekawszej sytuacji materialnej. Jednak Państwo ma chyba ciekawsze rzeczy, aniżeli ważne kwestie społeczne?
Za Blogiem:
http://marvel90.blogspot.com/2012/01/acta.html