Facebook Google+ Twitter

Polskie szpitale

Miejsce, w którym ratuje się bezcenne, ludzkie życie. Miejsce, w którym spotyka się wrażliwych, ciepłych i pomocnych ludzi. Czy oby na pewno polskie szpitale takie są? A może to złudzenie poparte przykładem popularnego serialu?

Piątek. Zwykły dzień tygodnia. Województwo mazowieckie. Nic nie wskazuje na to, że w pewnej rodzinie może się coś wydarzyć. A jednak. Jedna z osób (kobieta, 70 lat) zaczyna się źle czuć. Od kilku lat ma świadomość, że choruje na cukrzycę, nadciśnienie. Ma amputowaną kończynę dolną z powodu raka skóry. Wymioty, gorączka, ból promieniujący na całe ciało, zasłabnięcie, bardzo wysoki poziom glukozy we krwi (500).

Rodzina dzwoni po karetkę pogotowia. Osoba dyżurująca przyjmuje zgłoszenie. Szpital oddalony od miejscowości o 20 km. Rodzina i chory czekają - 20 minut, 30 minut, 40 minut. W końcu po prawie godzinie zjawia się karetka. Chory odzyskuje przytomność dzięki interwencji rodziny. Jedyne, co mogą zaoferować przybyli ratownicy to przeciwbólowy środek i transport do szpitala. Zrozumiałe - tylko tym dysponują.

Po przyjeździe do szpitala - oczekiwanie w kolejce na przyjście lekarza. To również da się wytłumaczyć - takich chorych są dziesiątki. Dlaczego jednak przyjmuje tylko jeden lekarz?
Seria podstawowych badań - poziom glukozy, pobranie krwi, EKG. Znów czekanie. Chora sukcesywnie trafia do szpitala z podobnymi objawami co dwa lata. Podanie kroplówek nawadniających organizm i przeciwbólowego środka. Skierowanie na oddział. A tam...

Panie pielęgniarki informują, że nie ma miejsc na salach i chora może pozostać na korytarzu do momentu aż coś się zwolni. Pielęgniarki podłączają cewnik "żeby Pani się nie męczyła i nie wstawała". Należy to odczytać: "żeby Pani nie sprawiała nam kłopotu, bo nie ma Pani nogi." Następnie sugerują przyniesienie pieluchomajtek. Jest godzina 22 i zrozumiałe, że rodzina zostaje wyproszona z oddziału. Pełni obaw opuszczają szpital.

Wracają rano. Co zastają? Chora ciągle na korytarzu, a na salę, na wolne łóżko została przyjęta ciocia jednej z pielęgniarek. Ale nie sposób udowodnić tego, bo wszystko jest przemyślane i opatrzone różego typu wytłumaczeniami. Mało tego. Stan chorej 70-latki pogorszył się, a opieka nie przejmowała się tym, że zabrudzone jest łóżko (chorej nie założono jeszcze pieluchomajtek), pod welflonem zrobił się wylew i sączy się krew. Nie zauważono, że chora sama nie przyjęła pozostawionych jej o godzinie 7 rano leków (a była już 11).

Rodzina idzie więc do pokoju pilęgniarek. Wychodzi jedna z nich i mówi, że mają tyle pracy przez cały dzień i noc, że "nie wiedzą w co ręce włożyć". Tymczasem osoba z rodziny przez uchylone drzwi widzi jak pielęgniarki piją kawę, siedzą wygodnie na fotelach i łóżkach, jedzą ciasto i śmieją się zadowolone. Pielęgniarka zauważa to i zamyk drzwi przed nosem sugerując spotkanie z lekarzem dyżurnym.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 01.06.2010 00:52

Niekiedy tak to wygląda, Pani Ilono. I to nie od dziś. W roku 2003 byłem stałym gościem jednego z chorych ogromnego szpitala wojewódzkiego. Oddział? Neurologia. Nie taka znów zwyczajna, bo pozbawiona ordynatora. Nie, ordynator był, miał się dobrze, brał pieniądze za swój etat. Tylko decyzją dyrektora szpitala nie był... wpuszczany na własny oddział, ze względu na, najoględniej rzecz biorąc, ciężką chorobę nerwów :-) Mówiąc jaśniej - był lekko niepoczytalny. Co wcale nie przeszkadzało miejscowej Akademii Medycznej, gdzie miał etat kolejny i nauczał studentów medycyny. Nauczał jak leczył, po swojemu :-) Ale fakt, przynajmniej dużej szkody uczynić nikomu nie mógł. Studenci wiedzieli o kłopotach profesora i musieli po prostu więcej czytać samemu. Egzaminował już bowiem ktoś inny.
Ale w tym samym szpitalu byli (i są nadal) świetni, wierni przysiędze Hipokratesa, lekarze. Im mniejszy szpital, tym większe szanse na spotkanie się z opisaną przez Panią znieczulicą, jeśli zwierzchnicy sami są nią dotknięci. Nie ma bowiem żadnej przeciwwagi w uczciwych fachowcach. Zdemoralizowanego lekarza nie zmieni żadna prywatyzacja. Ileś lat w służbie zdrowia zwyczajnie zmarnowano.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.