Facebook Google+ Twitter

Pomarańczowa historia o solidarności

Trwał od kilku miesięcy stan wojenny. Sprawy biegły normalnym torem, naród kupował na kartki jedzenie, dokonywał kunsztownej zamiany wódy na masło lub odwrotnie, rząd żywił się sam, a podziemnym kanałem płynęła żywność z "Hameryki ".

Niektórzy jedli trochę lepiej dzięki sprytnym zabiegom, koneksjom z ekspedientkami lub dobrym stosunkom z proboszczem, niektórzy gorzej, bo jacyś mniej zaradni byli. Czasem stojaki kolejkowe przynosiły wieści, że na plebanii żywność dają. Ale rozdziałem zajmują się panie z komitetu parafialnego, pod oknami tłumy i tylko wytrwali coś łapią, jak z okna zaczynają rzucać. Gdzieś tam, kiedyś, w przedsionku kilku bloków podobno pojawił się worek mąki i kto trafił mógł sobie nabrać. Ale była to chyba legenda działalności tak podziemnej, że nawet najstarsze krety na ślad tej mąki nie trafiały.

Jakoś tak bliżej Wielkanocy odebrała z nagła telefon od kuzynki ze stolicy. Była owa kuzynka chrzestną matką jej starszego syna i chyba postanowiła zadbać odświętnie o chrześniaka.
Poświęcając emerycki żywot bohaterskiej walce z komuną, bywała stałą bywalczynią słynnego warszawskiego kościoła gdzie walczące z komuną zastępy żyły patriotyczną recytacją, teatrem całkiem zakazanym, wsparciem duchowym, moralnością wysokiej próby oraz amerykańska wałówką na dokładkę.

- Podałam cały plastikowy kubełek pomarańczy dla dzieci, oznajmiła z trzaskiem słuchawka telefoniczna. Żeby się nie pogniotły. Wiezie to kierowca autobusu Warszawa – Krynica, człowiek pewny, uczciwy, znam go z kościoła i przyrzekł, że na pewno odda, więc przypilnuj i nie spóźnij się na ten autobus, bo to przelotowy, żeby się człowiek nie denerwował, że nikt się nie zgłasza, bo by nie miał komu tych pomarańcz oddać i szkoda, żeby jeździły tam i z powrotem.

Oczarowana nagłą perspektywą nakarmienia dzieci pomarańczami i zakonserwowania skórek na „cukierki” pognała na dworzec godzinę wcześniej. Nigdy nic nie wiadomo, zima, czasy dziwne, lepiej przezornie poczekać.
Przyjechał. Podbiegła od strony kierowcy i witając go radosnym uśmiechem poprosiła o „ten kubełek z pomarańczami, co to wie pan, w Warszawie taka jedna pani dla niej podała”.

Facet najpierw jej się przyjrzał dokładnie i zadał konkretne pytanie:
- A szanowna pani to z Morawicy się urwała? Coś z główką się porobiło, no nie? Pomarańcze się przyśniły! Jak Boga kocham! Takiej tom jeszcze w życiu nie widział!
Po czym dla pewności zatrzasnął drzwi kabiny.

Z gulą w gardle i łzami w oczach wróciła do domu i nie zważając, czy rozmowy kontrolowane, czy już nie, zadzwoniła do kuzynki.
- Ja cię o żadne pomarańcze nie prosiłam, ale jak już, to komu ty je dałaś? Żeby mnie jakiś facet publicznie wariatką nazywał?
- Ależ, to po prostu niemożliwe! Oburzające! Oburzała się kuzynka w słuchawce. Czy ty nie pomyliłaś godziny? Teraz, kiedy taka teraz wśród ludzi solidarność panuje, on nie oddał ci pomarańczy? Przecież mi przyrzekł!
-Tak się nie robi, ćwierkała kuzynka do słuchawki, przejęta okrucieństwem świata i kierowcy.

- Możliwe, możliwe, odrzekła kiwając głową do słuchawki. Solidarność solidarnością, a pomarańcze to całkiem inna sprawa. Myślisz, że on swoich dzieci nie ma?
- Ależ... - trzasnęła słuchawką, rzuciła nie limitowanym mięsem i nabierając głęboko powietrza wyprawiła się do miasta. Mieli rzucić przed świętami jabłka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.