Facebook Google+ Twitter

Porażka z Ukrainą, czyli koniec marzeń o brazylijskich plażach?

Sytuacja Polski w eliminacjach do MŚ 2014, widziana okiem kibica, z trybun Stadionu Narodowego, po fatalnej porażce z Ukrainą i kabaretowym zwycięstwie nad San Marino. Drugi z rzędu Mundial bez udziału polskiej drużyny narodowej?

Ukraińscy kibice na trybunach Stadionu Narodowego świętują zwycięstwo w meczu z Polską / Fot. własne22 marca 2013 roku piłkarska reprezentacja Polski rozegrała arcyważny mecz eliminacji przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Rywalem biało - czerwonych na Stadionie Narodowym w Warszawie była, wyraźnie nie mogąca odzyskać blasku po EURO 2012, drużyna Ukrainy. Stawka tego starcia była niezwykle istotna dla obu zespołów. Goście grali klasyczny „mecz o wszystko”. Jedynie wygrana pozwalała im bowiem zachować cień szansy na awans do brazylijskiego mundialu. Polacy z kolei w razie sięgnięcia po zwycięstwo, znaleźliby się na prostej drodze nawet do pierwszego miejsca w Grupie H.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki oraz wysoką formę jaką w swoich klubach pokazywała ostatnio zdecydowana większość wybrańców Waldemara Fornalika, mogę szczerze przyznać, że spodziewałem się zaciętej walki, z której Polacy ostatecznie wyjdą zwycięsko. Moich zapatrywań nie zmieniły nawet oba, lutowe sparingi naszej kadry. Zawsze twierdziłem i nadal jestem gotów bronić tej tezy, że mecze towarzyskie służą wszystkim selekcjonerom jako poligon doświadczalny, ułatwiający zbudowanie drużyny. W takiej sytuacji wynik, a nawet styl konfrontacji, mają drugorzędne znaczenie. Najistotniejsze jest aby trener uzyskał odpowiedzi na jak największą liczbę nurtujących go pytań. Równie ważne jest, aby z otrzymanego materiału wyciągnąć odpowiednie wnioski, zwłaszcza jeżeli niektóre rozwiązania testowane podczas sparingów, nie dały pozytywnego rezultatu.
Ktoś może oczywiście powiedzieć, że traktując mecze towarzyskie w taki, a nie inny sposób, chcę niejako zamaskować słabe występy naszej kadry w starciach z Urugwajem, czy Irlandią. Nic bardziej błędnego. Staram się jedynie pokazać w jaki sposób odbieram takie spotkania. Dla mnie nie różnią się one niczym, od potyczek testowych, granych przez drużyny klubowe podczas przedsezonowych obozów przygotowawczych. Służą wypracowaniu i sprawdzeniu różnych ustawień taktycznych oraz zweryfikowaniu przydatności konkretnego zawodnika na danej pozycji. Właśnie dlatego ani nie piałem z zachwytu po wysokim zwycięstwie naszych ligowców z Rumunią, ani nie rozdzierałem szat po porażce z Irlandią.

Zresztą podobne podejście do meczów towarzyskich stosuje nie tylko w przypadku reprezentacji Polski. Dobrym przykładem może tu być choćby obecna drużyna Brazylii. W kraju gospodarza przyszłorocznych Mistrzostw Świata nikt nie wyobraża sobie innego rozstrzygnięcia, jak tylko końcowy triumf na nadchodzącym Mundialu. Z drugiej strony niezwykle trudno byłoby znaleźć kibica popularnych Canarinhos, który mógłby rzetelnie określić dyspozycję, w jakiej znajduje się dzisiaj jego ukochana drużyna. Szczerze mówiąc nie wiem, czy wie to nawet selekcjoner Luis Felipe Scolari. Grając same spotkania towarzyskie nie sposób jest to bowiem do końca określić. Najbliższą okazją do sprawdzenia formy w meczach o stawkę, będzie dopiero czerwcowy Puchar Konfederacji.

Dla drużyn walczących o udział w przyszłorocznych Mistrzostw Świata, mecze sparingowe stanowią swoiste przygotowanie do egzaminu, jakim są eliminacyjne starcia w grupach. Jak zatem do tego arcyważnego, wiosennego egzaminu podeszła reprezentacja Polski? Jadąc w piątkowy wieczór na Stadion Narodowy, byłem optymistą. Mojego dobrego samopoczucia nie mąciła nawet znajomość wszystkich bolączek, jakie od początku jego pracy na stanowisku selekcjonera, spędzają sen z powiek Waldemara Fornalika. Niezłe występy w dotychczasowych potyczkach eliminacyjnych, dobra jeśli nie znakomita postawa większości kadrowiczów w drużynach klubowych oraz poważne problemy naszych rywali, sprawiały, że moje przedmeczowe odczucia były uzasadnione.

Niestety już pierwsze minuty piątkowego meczu pokazały, że przeniesie dyspozycji z klubu na łono reprezentacji, nader często nie jest mocną stroną polskich piłkarzy. Oczywiście nie jesteśmy jedyną drużyną narodową, która ma w tej dziedzinie ogromne kłopoty. Przy zachowaniu wszystkich proporcji, wystarczy choćby spojrzeć na kadrę Anglii. Nasi grupowi rywale, posiadając znakomitych lub nawet wybitnych graczy, od bardzo dawna nie potrafią zbudować zespołu odpowiadającego sumie ich umiejętności. Przez całe dekady poprzedzające erę sukcesów Vincente del Bosque, podobny problem mieli także Hiszpanie. To przecież kibice drużyny z Półwyspu Iberyjskiego, sfrustrowani kolejnymi, upokarzającymi porażkami na wielkich, międzynarodowych imprezach, sami ukuli powiedzenie: „Gramy pięknie jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. Znajomość tych faktów, wcale nie pomogła jednak ukoić moich nerwów podczas obserwowania „popisów” podopiecznych Waldemara Fornalika w starcia z Ukrainą.

Spotkanie nie zdążyło się jeszcze na dobre rozpocząć, a „znakomity” pokaz swych umiejętności dał już pierwszy sztukmistrz tego wieczoru - Artur Boruc. Aktualny bramkarz angielskiego Southampton i z całkiem niezrozumiałych dla mnie względów, wieloletni ulubieniec polskich kibiców, zaliczył ostatnio kilka znakomitych występów w Premier League. Sztab reprezentacji uznał więc, że zasługuje on na szansę występu, w kluczowym meczu tych eliminacji. Jednocześnie zapomniano, że choćby Wojciech Szczęsny, pomimo nieustrzeżenia się kilku błędów w rozgrywkach klubowych, bardzo rzadko popełniał kosztowne pomyłki w spotkaniach kadry. Warto także wspomnieć, że zdecydowana większość bramek traconych przez Arsenal Londyn, na przestrzeni obecnego sezonu, wynika z fatalnej postawy obronnej całej drużyny i wina polskiego bramkarza była tu stosunkowo niewielka. Patrząc na obsadę naszej reprezentacyjnej bramki już po meczu z Ukrainą, muszę otwarcie powiedzieć, że tym razem lepsze okazało się wrogiem dobrego. Nie wiem czy Szczęsny lub pozbawiony ostatnio szans na regularne występy w PSV Przemysław Tytoń, zagraliby lepiej, ale to co pokazał w starciu z naszymi wschodnimi sąsiadami Artur Boruc, przekroczyło chyba wszelkie możliwe granice.

W ciągu siedmiu minut nasi rywale oddali dosłownie półtora strzału i objęli prowadzenie 2:0. Szok i niedowierzanie to za mało, aby określić to co czułem siedząc na trybunie za polską bramką. Po zakończeniu meczu, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, słyszałem wiele opinii, zrzucających winę za utratę tych bramek na barki naszych obrońców. Wielokrotnie twierdziłem, że defensywa jest najsłabszym elementem naszej obecnej drużyny narodowej. Tak było zarówno za czasów selekcjonera Leo Beenhakkera, jak i Franciszka Smudy. Jak dotąd za kadencji trenera Fornalika niewiele się w tej kwestii zmieniło. Tym razem ciężko jest jednak winić obrońców, skoro stojący za ich plecami bramkarz, nie potrafił nawet
porządnie rzucić się w kierunku nadlatującej piłki.

Co ciekawe początkowo Polacy zareagowali na dwa niespodziewane, ciężkie ciosy, tak jak należało tego oczekiwać od profesjonalnych sportowców. Nasza drużyna natychmiast próbowała odwrócić niekorzystny przebieg spotkania. W przeciągu kilku minut Ukraińcy znaleźli się w głębokiej defensywie, pozbawieni możliwości przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji zaczepnej. Piłka co chwila znajdywała się w polu karnym Piatova, a kontaktowa bramka dla gospodarzy dosłownie wisiała w powietrzu.

Wreszcie w 18’ minucie wysiłki Polaków zostały nagrodzone. Łukasz Piszczek ładnie zamknął składną akcję całego zespołu i łatwym strzałem pokonał bramkarza gości. Kiedy na tablicy świetlnej pojawił się wynik 1:2, byłem jedną z wielu osób na trybunach, które uwierzyły, że niekorzystny rezultat można jeszcze zmienić. Wydawało się to bardzo prawdopodobne, ponieważ biało - czerwoni, w dalszym ciągu mocno naciskali obronę rywali. Niestety w miarę upływu czasu, nasze akcje stawały się coraz bardziej chaotyczne i nieskładne.

Tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, piłka po raz trzeci poleciała w kierunku polskiej bramki. Artur Boruc znowu niespecjalnie zaprzątał sobie głowę, wykonaniem odpowiedniej parady. Jego rzut do futbolówki, przypominał raczej typowe zagranie na alibi, tak, aby nikt nie śmiał mieć do niego pretensji. Na przerwę, zamiast remisu 2:2, schodziliśmy zatem przegrywając 1:3. Sam wynik był oczywiście bardzo zły, ale znacznie gorsza zmiana zaszła w szeregach polskiej drużyny.

Zamiast po odprawie w szatni wyjść na drugą część meczu z nową energią i wiarą w możliwość skutecznej pogoni za rywalem, nasi piłkarze powrócili na murawę pogodzeni z losem. Nic więc dziwnego, że w drugich czterdziestu pięciu minutach, nie podziwialiśmy już piłkarskiego pojedynku o wielką stawkę, ale starcie dwóch słabych zespołów. Różnica pomiędzy nimi zaznaczała się jedynie w podejściu do wyniku, jaki widniał na tablicy świetlej. Jedni w pełni usatysfakcjonowani tym co dotychczas uzyskali, ograniczyli się do rozstawienia topornych, lecz skutecznych zasieków obronnych. Drudzy niejako przyznając się do porażki, nie przejawiali szczególnej chęci, aby owe zasieki forsować.

Podobnie jak w meczu z Irlandią, także i teraz, po zmianie stron Polacy stracili werwę i zaangażowanie. Cały zapał do walki uleciał z nich dosłownie, jak powietrze z nagle przekłutego balonu. O ile w spotkaniu towarzyskim nie miało to żadnych dotkliwych konsekwencji, tak tutaj skutki były opłakane. Pokazało to również dobitnie, że sztab szkoleniowy kadry, nie wyciągnął odpowiednich wniosków z przebiegu starcia z zespołem z Zielonej Wyspy. Przecież to jest właśnie podstawowy cel wszystkich sparingów. Mają pomagać w ujawnianiu największych bolączek drużyny i sprawić, aby nie powtórzyły się one zażartej walce o stawkę.

Niestety Polacy nie przyswoili sobie tej wielce pożytecznej lekcji. Z każdą upływającą minutą, rosła świadomość nieodwracalności fatalnego rezultatu. Nie z powodu dużej przewagi gości, czy też braku czasu, ale na skutek kapitulacji ogłoszonej przez podopiecznych Fornalika, na długo przed końcowym gwizdkiem. Nasi zamiast ambitnie walczyć, czyli zachować się zgodnie z oczekiwaniami każdego, prawdziwego kibica, wobec profesjonalnego sportowca, zaczęli się dosłownie potykać o własne nogi. Irytowały ogólna nieporadność, niecelność podań, brak jasnego pomysłu na sforsowanie obrony rywali oraz karygodna apatia w ruchach bez piłki i nieudolnych próbach pressingu.

Listę wszystkich przewin naszych piłkarzy w meczu z Ukrainą można by omawiać zapewne jeszcze bardzo długo. Najważniejsze jest to, że przegrywając bardzo istotny mecz eliminacyjny, znaleźliśmy się w wielce niekorzystnym położeniu w zmaganiach o prawo udziału w przyszłorocznym Mundialu. Oczywiście teoretycznie droga do Brazylii, choć teraz znacznie bardziej kręta, wciąż pozostaje otwarta. Styl doznanej porażki nie pozwala jednak na optymizm. Skoro bowiem nie potrafimy sobie poradzić ze słabą, pogrążoną w kryzysie Ukrainą, jaką realną szansę będziemy mieli w starciu z Anglią, czy Czarnogórą.

Takie proste przełożenia aktualnej formy na kolejnych rywali, nie zawsze się sprawdzają, ale nie ulega wątpliwości, że aby myśleć o sukcesie, konieczna jest ogromna poprawa jakości gry drużyny narodowej. Moim zdaniem, nie jest to tak jak dawniej bywało, problem braku odpowiedniego materiału. Jeśli dokładnie przeanalizujemy występy naszych kadrowiczów w klubach, musimy dojść do wniosku, że trener Fornalik naprawdę ma w czym wybierać. Nie są to na pewno zasoby porównywalne z największymi potęgami europejskiego futbolu, ale nie jest to też posucha z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nierozwiązaną bolączką pozostaje, jedynie i aż zarazem przeniesie często znakomitej gry poszczególnych reprezentantów, na łono drużyny narodowej.

Odniesiona 26 marca pięciobramkowa wygrana nad San Marino, praktycznie nic w tej kwestii nie zmienia. Dopisaliśmy trzy punkty, które mieliśmy dopisać, ale styl delikatnie mówiąc, ponownie pozostawiał wiele do życzenia. Nie chodzi tu nawet o wysokość wyniku, czy brak ataku przez pełne dziewięćdziesiąt minut. Po prostu siedząc na trybunach Stadionu Narodowego miałem niemal ciągłe wrażenie oglądania doskonałego kabaretu, który wzbudzał autentyczne salwy śmiechu, ponad czterdziestotysięcznej publiczności. Jakość podań, wzajemne zrozumienie na boisku, poziom zaangażowania, a przede wszystkim sposób wykończenia niektórych akcji, wszystko to zakrawało na komedię. Namacalnym wyznacznikiem fatalnej postawy naszej kadry w meczu z ambitnymi hobbystami z San Marino, niech będzie kilkuminutowy, owacyjny doping, jakim kibice na Stadionie Narodowym, nagrodzili jedną z nielicznych, ofensywnych prób gości.


Podsumowując muszę uczciwe powiedzieć, że tym razem, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zgadzam się z opiniami większości telewizyjnych krzykaczo-ekspertów. Po wiosennych meczach eliminacyjnych nasza drużyna powinna mieć w dorobku 11 punktów i plasować tuż za plecami Anglii oraz Czarnogóry. Mając jedno spotkanie rozegrane mniej, dawałoby nam to komfortową pozycję przed decydującą walką o awans. Niestety dotkliwa przegrana z Ukrainą, stawia nas niemal na drugim biegunie rywalizacji. Teraz, aby marzyć o wyjedzie na przyszłoroczny Mundial, nie możemy sobie pozwolić nawet na jeden remis, ani tym bardziej porażkę. Właśnie dlatego uważam, że eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii, skoczyły się dla Polski późnym wieczorem 22 marca 2013 roku.

Oczywiście nie odbieram naszym zawodnikom możliwości dalszej walki i na pewno nie przestanę im kibicować. Marzenia o awansie pozostaną w mocy, dopóki będzie istniała choćby matematyczna szansa na zajęcie drugiego miejsca w Grupie H. Patrząc obiektywnie na przebieg dwóch ostatnich spotkań, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że okazja do zapewnia sobie przepustki na gorące, brazylijskie boiska, wymknęła się nam wraz ze wzrostem radości ukraińskich kibiców na Stadionie Narodowym. Aby myśleć o awansie trener Fornalik musiałby dokonać niesamowitego, mentalnego, przeobrażenia, piłkarzy powoływanych na kolejne mecze i błyskawicznie uczynić z nich zgrany, kolektywnie działający zespół. Niemożliwe? Wieloletnie kibicowanie nie tylko polskim sportowcom, nauczyło mnie, że do tej wspaniałej dziedziny ludzkiej aktywności, to słowo zaskakująco często nie ma dostępu. Jest to jednak wysoce nieprawdopodobne, a warunkiem absolutnie koniecznym jest niezłomna wiara w zwycięstwo u samych zawodników. Patrząc na ich twarze oraz wypowiedzi po klęsce z Ukrainą, obawiam się, że tym razem nie zdążą jej już chyba odzyskać.

Kończąc zgodnie z moją naturą niepoprawnego optymisty, mogę tylko zachęć wszystkich kibiców do dalszego, wiernego wspierania naszych graczy. Może jest to straszliwie wyświechtane powiedzenie, ale prawdziwego fana poznaje się po tym, że trwa przy swej drużynie w czasie największych porażek. Szkoda tylko, że w polskiej piłce nożnej ten niemiły okres trwa tak nieznośnie długo.










Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.