Facebook Google+ Twitter

Porywające "Porwanie Michela Houellebecqa"

Pełna absurdów komedia o walce klas, w której wybitny pisarz i intelektualista zrównany zostaje z niegramotnymi, wykluczonymi porywaczami.

 / Fot. gutekfilm Dzieła kultury wielokrotnie podejmowały wątek porwań. Jeszcze w czasach średniowiecznych często wracano do tematu uprowadzania (białogłowy z jej domu rodzinnego), brania w jasyr (trylogia Sienkiewicza), odbijania zakładników, czy niezawinionego i bezwolnego przetrzymywania – sprzyjało to powstawaniu romansów, legend, czy literatury awanturniczej.
Jednym z pierwszych tego typu filmów był „Okup” (1956) Alexa Segala, o ojcu, który zamiast za porwane dziecko decyduje się zapłacić za głowę porywacza – przez co psychologicznie zmusza go do poddania się. Film był później przerobiony na bardziej znany remake z Melem Gibsonem. „Poszukiwacze” Johna Forda z tego samego roku traktowali o białej kobiecie, która tak długo przetrzymywana była przez Indian, że stałą się jedną z nich.

We współczesnych filmach: „Witaj, nocy” Marco Bellocchia, czy w „Baader Meinhoff” Uliego Edela lub serialu „Carlos” Olivera Assayasa – analizowano autentyczne przypadki porwań o charakterze politycznym (lub terrorystycznym, w zależności od interpretacji).
Relacja rodząca się między porywającym a porywanym jest dla twórców, ale i dla naukowców z dziedziny socjologii i psychologii bardzo ciekawa – powstało na jej podstawie wiele badań, które doprowadziły do nazwania syndromem sztokholmskim sytuacji zawiązującej się przyjaźni między stroną porwaną a porywaną. I tak syndromem sztokholmskim określać można także symbolicznie analogiczne sytuacje z dziedziny geopolityki – na przykład przywiązanie niektórych państw lub stronnictw politycznych do silnej ręki agresora, czy jest to Układ Warszawski czy jak twierdzi minister Sikorski - NATO przynoszące swoim członkom więcej szkody niż pożytku.

Mnogość filmów o tej tematyce prowadzi oczywiście do powstawania utworów rozrywkowych („Negocjator” – gdzie porywaczem był policjant), czy komediowych, w których syndrom sztokholmski przeradza się w sytuację absurdalną. W „Północy-północnym zachodzie” Hitchcocka marketingowiec ucieka porywaczom, po czym wchodzi do ich domu z policją i ze swoją ironiczną, złośliwą matką; wszyscy ze sobą się przekomarzają, a on sam na miejscu traktowany jest jak trzeźwiejący gość, który nie pamięta wczorajszej imprezy. W „Pieskim popołudniu” Sidney’a Lumeta porwane pracowniczki banku sympatyzują z bandytami – podobnie media, a we francuskim „Ostatnie piętro, drzwi po lewej” Angela Cianciego porwany pracownik społeczny dyktuje wręcz porywaczom to, jakich mają żądać za niego postulatów.

Takim też dziełem – wpisującym się w komediową narrację na temat porwań - jest wchodzące dziś do kin „Porwanie Michela Houellebecqa” Guillaume'a Nicloux. Komedia ta wykorzystuje element napięcia – pod tytułem co stanie się z porwanym – w sposób dość pretekstowy. Punktem wyjścia jest tutaj prawdziwy epizod – zniknięcie z życia publicznego Michela Houellebecqa. Media zachodnie gdybały na ten temat jakiś czas temu i zgadywały, że mógł n.p. zostać porwany. Tutaj podobieństwa do wydarzeń autentycznych zaczynają się i kończą.

Typowany do literackiej Nagrody Nobla autor „Cząstek elementarnych”, czy biografii Lovecrafta (nazywanego tu mylnie Warcraftem) zostaje porwany ze swojego mieszkania w bloku i uprowadzony na prowincję. Staje się niechcianym gościem w polsko-francuskim gospodarstwie starszego małżeństwa, a porywaczami są jeden otyły Rom i dwaj kulturyści.
W „Porwaniu Michela Houellebecqa” mamy do czynienia z tak dużą ilością sytuacji absurdalnych (poczynając od tej wyjściowej), że jakiekolwiek odnajdywanie w nich sensu samo w sobie może być kolejnym nonsensem – ale spróbujmy.
Otóż aspekt porwania jest tylko i wyłącznie finansowy. Pisarz - chociaż wygląda inaczej - jest, co by nie powiedzieć, sporo wart i znajdują się ludzie, którzy za jego wolność byliby skłonni zapłacić. Nie ważne kto i ile – grunt, że źle wykształceni, gorzej sytuowani wykluczeni mogą dzięki pieniądzom awansować społecznie, dorównać klasą (przynajmniej ekonomiczną) samemu chociażby Houellebecqowi. I do takiego to egzotycznego, choć i sympatycznego przemieszania tu dochodzi. Sami porywacze nie okazują bowiem zakładnikowi jakiejś specjalnej pogardy: że zajmuje się „frajerstwem”; dowodzący nimi Rom nawet poddaje próbie znajomość jego książki (nie przechodzi jej co prawda, ale grunt, że próbuje). Podobnie Houellebecq - zachowuje się spokojnie, jest raczej wycofany i nieśmiały, nie jest opryskliwy wobec gospodarzy, choć stać go niekiedy na złośliwe dowcipy i uszczypliwe przytyki pod ich adresem.

Całe porwanie ma o tyle ironiczny charakter, że pisarz jest, jak tutaj twierdzi, wrogiem nowoczesności i tolerancji, a postawiony zostaje w sytuacji próby światopoglądu - wyrwany z miejskiego, nowoczesnego i akceptującego każdą inność świata, w którym w tłumie jest anonimowy - i pozostawiony zostaje w świecie wiejskim, gdzie to on jest indywiduum, pozbawiony jest dostępu do cywilizacji, ze wszelkimi jej przejawami. W praktyce jest to jego raj utracony - Houellebecq nie może więc szczególnie na niego narzekać, bo przeczyłby sobie. Ale też to pisarz przedstawiony jest tu w sposób przerysowany i niepoprawny politycznie - wręcz jako osobnik dysfunkcyjny. Porywacze - nie należą bynajmniej do intelektualistów, ale na jego tle zarysowani są z sympatią. Sam zakładnik - wbrew swojemu sceptycyzmowi i deklarowanej nietolerancji jako tako się z nimi dogaduje. Poglądy Houellebecqa przechodzą więc częściowo próbie, częściowo nie - dzięki czemu postać twórcy nie jest koturnowa (co do tego nie pozostawia wątpliwości jego zaniedbany na skutek abnegacji wygląd, który później w trakcie porwania nie ma się już jak pogorszyć).

Film niewątpliwie bawi, przesadnie nie epatuje też - co zdarza się we Francji notorycznie - intelektualizmem - co najwyżej w sposób dobroduszny i w wydaniu Houellebecqa - autoironiczny. Nie trzeba więc znać twórczości autora "Poszerzenia pola walki", żeby czerpać z seansu rozrywkę, ale dla fanów znających jego eksperymenty z własnym wizerunkiem (w "Mapie i terytorium" autor sam siebie uśmiercał) jest to kolejna szalona niespodzianka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.