Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

163322 miejsce

Posegregujmy nasze dzieci

Poranek zaczęłam od lektury frapującego artykułu o tytule ciężkim i znamiennym: „Selekcja uczniów w polskiej szkole”. Czyżby w naszych szkołach dochodziło do podziału na "perły i plewy"?

Z pewnego rodzaju niesmakiem, zabrałam się do czytania artykułu z dzisiejszego wydania „Dziennika”. Zły to był pomysł, bo o ile użyta w tytule „selekcja” nie zrobiła na mnie aż tak dużego wrażenia, to „segregacja”, która pojawiła się w pierwszym akapicie, odebrała mi apetyt. Doszczętnie.

Słowa „segregacja” nie lubię. Od razu przychodzą mi na myśl takie ludzkie wynalazki jak rasizm, apartheid, holocaust, podczłowiek... O ile jeszcze selekcja oznacza wybór, tudzież dobór, segregacja jest już podziałem, stworzonym wewnątrz grupy systemem katalogowania, przyszyciem łatki, ze wskazaniem co owa łatka oznacza i jak należy ją interpretować. Biologia radzi sobie z obydwoma procesami całkiem dobrze, my ludzie już niestety gorzej. Dobierać umiemy słabo, a segregować jeszcze gorzej. No, chyba że katalogi, papiery bądź inne dokumenty, ale niestety w sytuacji polskiej szkoły, nie o segregację biurową chodzi.

Jak donosi „Dziennik”, w naszych ojczystych placówkach edukacyjnych, już od poziomu podstawowego, dzieciaki są segregowane według – i tu ukłon w stronę geniuszu ludzkiego – zamożności rodziców. Ponoć to, czy uczeń rokuje i ma szanse na bycie prymusem, oceniane jest z perspektywy tego, jaki zawód wykonują i ile zarabiają mama i tata.

„Sposób jest prosty – czytam w „Dzienniku” - rozdaje się rodzicom ankiety zawierające informacje o miejscu pracy, stanowisku, zarobkach, liczbie pokoi w mieszkaniu. Potem zapada decyzja: do jednej klasy pójdą dzieci prawników, inżynierów i lekarzy, a do drugiej dzieci ekspedientek, robotników i bezrobotnych.”

Do interesujących procesów dochodzi też „...na obrzeżach metropolii, gdzie w rejonowych szkołach spotykają się dzieci miejscowych rolników i dzieci przedstawicieli klasy średniej, którzy kupili dom za miastem. Często ci bogatsi rodzice nalegają, by ich pociechy nie mieszały się z - jak mówią - "lokalsami". Zdarza im się nawet sugerować, że jeśli ich żądania nie zostaną spełnione, to przeniosą dzieci do szkoły w mieście.”

Zastanawiam się, kto jest motorem napędzającym taki stan rzeczy? Artykuł sugeruje, że nie tylko rodzice, ale także i sama szkoła – oficjalnie mówi się o „lepszej organizacji pracy”, nieoficjalnie – o rankingach, które determinują nie tylko prestiż placówki ale także i popularność, jakość kadry nauczycielskiej oraz dotacje. Autorka tekstu miesza trochę pojęcia, bo o ile przy rozdzielaniu dzieci „na klasy” wedle różnych kryteriów mówimy o segregacji, to w kwestii przyjmowania dzieci do szkoły – o zwykłej selekcji. W Polsce jednak oba procesy są bardzo problematyczne, gdyż obydwu dokonuje się na podstawie nielogicznych, skrzywionych stereotypami i napędzanych irracjonalnym strachem przesłanek.

Kiedy próbujemy wdrapać się na kolejne szczeble naszej prywatnej, edukacyjnej drabiny, zawsze stykamy się z selekcją. My selekcjonujemy szkołę w której chcielibyśmy kontynuować naukę, a szkoła – tych, którzy będą się w niej uczyć. W teorii wszystko zależy od nas – od naszych zdolności, testu, matury, czy też egzaminu - w praktyce – może być trochę inaczej, ale mimo wszystko system jako tako się sprawdza. To co jest problematyczne dla ucznia (rodzica) i szkoły to poziom podstawowy. Jak można zweryfikować „jakość” i predyspozycje dziecka, które nie miało jeszcze okazji wykazać się swoją szkolną wiedzą (gdyż jeszcze jej nie zdobyło)?

Pozornie problemu nie ma – dzieci przyjmowane są do najbliższej placówki w rejonie. Jeżeli rodzice pragną specyficznego środowiska dla swojej pociechy, mogą posłać ją do szkoły niepublicznej (prywatnej lub społecznej) – tam selekcja nastąpi samoistnie, na podstawie grubości portfela lub wyznawanej przez dyrekcję polityki ("Nie przyjmujemy dzieci, które mają zaświadczenia od psychologów, z gorszych rodzin ani takich, które mogłyby obniżyć poziom nauki" – słowa jednego z dyrektorów szkoły niepublicznej, źródło „Dziennik”). Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż w Polsce około 90 proc. szkół to szkoły państwowe, większość dzieci ląduje w placówkach publicznych. I tu przed nikim nie można zamknąć drzwi. Ale można dzieci posegregować.

„Już cztery lata temu doktor Barbara Murawska z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego alarmowała, że aż w co piątej publicznej podstawówce uczniowie są selekcjonowani tak, by biedni uczyli się z biednymi, a bogaci z bogatymi.”

Dodatkowym czynnikiem selekcji jest profesja rodziców. Nie muszę chyba komentować, że te dzieciaki otrzymują więcej uwagi, troski i opieki, a także mają w swojej klasie wyższy poziom nauczania. Biedniejsze dzieci, mają z definicji w takich szkołach gorszy start i mniejsze szanse na sukcesy w nauce. I tu zastanawia mnie jedno – gdzie na kartach historii i nauki, zapisano, że bogatszy ma większe szanse na zostanie geniuszem? I kiedy, na litość boską, stwierdzono, że inteligencja jest dziedziczna?

Na stronie stowarzyszenia MENSA Wielkopolska w odpowiedzi na pytanie czy inteligencja jest dziedziczna, możemy przeczytać:

„Całe rodziny geniuszy nie powstają tylko przez proste dziedzicznie genów, ale również przez powielanie pewnych zachowań wspierających (względnie hamujących - w innych rodzinach) rozwój inteligencji. Dzisiaj zakłada się nawet, że większe jest znaczenie czynników środowiskowych” – a następnie - ”Dla rozwoju inteligencji szczególnie ważne jest, jak przebiegała ciąża i pierwsze lata życia dziecka. To że przedstawiciele niższych klas społecznych mają przeciętnie niższy IQ od przedstawicieli klas wyższych wynika prawie wyłącznie z braku wsparcia w rozwoju intelektualnym.”

Tak więc zakładanie, że dziecko lekarza jest naturalnie predestynowane do osiągnięcia lepszych wyników, niż dziecko sprzątaczki, jest co najmniej błędne. Jednakże, umieszczanie dziecka sprzątaczki w klasie o niższym poziomie, może w końcowym rezultacie, uczynić je gorszym w nauce. Paradoksalnie, dochodzi do samospełniającego się proroctwa. I taki wynik, sfałszowany przez czynniki środowiskowe, staje się dowodem na słuszność segregacji.

Status materialny rodziny, także nie wydaje się być rzetelnym wyznacznikiem do decydowania o tym kto jest „lepszy” a kto „gorszy”. Teoretycznie i owszem, bogatsze dzieci mogą mieć łatwiejszy dostęp do różnych pomocy naukowych i większe możliwości pobierania wszelakich płatnych zajęć pozalekcyjnych, ale tu różnice się kończą.

Co ciekawe, jeszcze niedawno wielu ludzi uważało, iż bogata młodzież jest z natury leniwa i niezbyt skora do nauki, z powodu zwykłego braku motywacji. Po co sie wysilać, skoro mama/tata załatwi studia, pracę, karierę? Teraz najwidoczniej stary, krzywdzący stereotyp przeistoczył się w nowy – w przekonanie, że bogate dziecko z definicji ma większe predyspozycje do zostania prymusem.

Źle się dzieje w państwie polskim, rzec by się chciało, parafrazując nieszczęsnego Hamleta. Konsekwencje segregacji w szkołach mogą mieć naprawdę przykre skutki, nie tylko dla pokrzywdzonych jednostek, ale i dla całego społeczeństwa. Primo, dzieci od samego początku przygody z edukacją, otrzymują etykietki, niczym segregatory w biurze, z domyślnymi „sposobami użycia i obsługi”. Dzieci z uboższych rodzin, dostają - jak to określił prof. Marek Safjan, przewodniczący konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość" - „stygmat nieudacznika”, na bogatsze wywierana zostaje niezdrowa presja, związana z przymusem dorównania poziomowi „lepszej klasy”, nawet jeżeli ich możliwości intelektualne są tak naprawdę mniejsze.

Secundo, pomiędzy obiema grupami wytworzyć się może sztuczny antagonizm – pogarda, brak szacunku, agresja – uczucia, u których źródła znajdować się będzie tylko i wyłącznie podział, wymyślony i zaprojektowany przez rodziców czy też dyrektora szkoły. Tak „poukładane w szufladkach” dzieci będą dojrzewały, wierząc w słuszność odgórnie ustalonych zasad i socjalizowały się w świecie, gdzie jest podział na „my i wy”, „biedniejsi i bogatsi”, „lepsi i gorsi”.

Dzieci nie mogą zrobić nic. Rzucane w tryby maszyny skonstruowanej przez autorytety, bardzo często niezdolne nawet do uświadomienia sobie absurdalności tego podziału, będą powoli
dorastać, akceptując swój los. Jedynymi, którzy mogą coś zmienić w tej materii są rodzice. Oni niestety, często żyjący w swoim własnym mikrokosmosie, gdzie liczy się tylko ich życie, ich praca i ich dzieci, mają tendencję do wywierania presji na otoczenie wedle swojego, we własny sposób pojętego dobra.

Dlatego też, niektórzy z nich próbują odseparować swoje pociechy od „gorszych”, pochodzących z nizin społecznych, „biednych chuliganów”, którzy obniżą w klasie poziom nauczania, sprowadzą wszystkich grzecznych uczniów na złą drogę i w konsekwencji zrujnują im świetlaną przyszłość. Niestety, dla wielu z nich myśl, że może wśród tych mniej zamożnych, znajduje się tyle samo, a może i więcej dzieci o bardzo wysokim poziomie inteligencji lub dużym potencjale, wydaje się chyba abstrakcyjny. A jeszcze bardziej abstrakcyjne wydaje im się zapewne to, że tak naprawdę uczą swoje dzieci życia w sztucznie stworzonych warunkach, które nijak się mają do rzeczywistego świata. Do socjalizacji dochodzi w krainie „pięknych i bogatych”, gdzie nie ma miejsca dla dzieci biedniejszych, dla dzieci robotników i ekspedientek, w krainie o tyle niesamowitej, bo utopijnej, która nie ma żadnego przełożenia na świat zewnętrzny.

Kiedy byłam małą dziewczynką, uczyłam się w klasie „nie posegregowanej”. Były w niej i „ciche myszki” i „chuligani”, dzieciaki bardzo zdolne i te „inteligentne inaczej”. Jestem wdzięczna losowi za to, że mam takie doświadczenia a nie inne, za to, że wychowywałam się w naturalnym środowisku, które nie zostało hermetycznie zamknięte poprzez jakiś podział. Nauczyłam się, że ludzie są różni, że nie z każdym da się rozmawiać tak samo i co najważniejsze – że nie ważne skąd się pochodzi, ale co się sobą reprezentuje.

Skończyłam czternaście lat, opuściłam mury „podstawówki” i odkryłam – o Eureko! – że otacza mnie ta sama mieszanka ludzi, z jaką miałam przyjemność (a czasem nieprzyjemność) się wychowywać. I że świat szkolny jest pochodną funkcji świata rzeczywistego. A przynajmniej być powinien, gdyż tylko wtedy można zbudować warunki do dialogu, porozumienie i empatię, ale także wyczulić się na pewne rzeczy i być ostrożniejszym. Dodam tylko, że z mojej jednej klasy, rzec bym wręcz mogła – istnego magla różnych klas społecznych – dziś już wiem, że wyszły dwie architektki, kosmetyczka, inżynier, konsultant, barmanka. "Chuligani" założyli rodziny, albo własne interesy, a niektóre „prymuski” stoją za barem w londyńskiej knajpie.

Dlatego uważam, że musimy wyrzekać się podziałów, przynajmniej tych, przeprowadzonych na fałszywych przesłankach. Każda segregacja, nie ważne jak bardzo aspirująca do bycia „prawem naturalnym” i nie ważne jak sprawnie i powszechnie przeprowadzona, w końcu runie i to z hukiem. Próbowano już segregować ludzi ze względu na płeć, rasę i orientację seksualną - wszystkie te zamiary kończyły się zawsze rewolucją. Mieliśmy już też raz w historii, proletariuszy wszystkich krajów, którzy się łączyli przeciwko wyzyskującej ich burżuazji... czy naprawdę chcemy powtarzać ten scenariusz?

Wykorzystano:
http://www.oswiataiprawo.pl/index.php/plain_site/nauczyciel/prawo_w_szkole/szkoly_niepubliczne/szkoly_publiczne_i_niepubliczne
http://stronamp.ifastnet.com/modules.php?name=FAQ&myfaq=yes&id_cat=4&categories=#17
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article233713/Selekcja_uczniow_w_polskiej_szkole.html

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (11):

Sortuj komentarze:

To że ludzie mają różne możliwości nie oznacza, że publiczna szkoła, prowadzona za publiczne pieniądze, może dzielić dzieci, jeszcze bardziej ułatwiając start tym, które i tak mają większe możliwości.

Robiono kiedyś badania sprawdzające reakcje nauczycieli na wyobrażenia o uczniach. O ile dobrze pamiętam badanie prowadzono w formie lekcji na jakiś temat, a potem sprawdzano, ile dzieci się nauczyły. Tylko nauczyciele nie wiedzieli, że to ich w praktyce się ocenia.
I w zależności od tego, jak przedstawiano im uczniów (czy jako zdolnych, czy jako kiepskich) nauczyciele bardziej lub mniej przykładali się do nauczenia ich danej rzeczy.

Efekty nietrudno było przewidzieć - to samo dziecko zawsze miało lepsze wyniki tam, gdzie uczący je nauczyciel miał powiedziane, że dziecko jest zdolne, a gorsze wyniki tam, gdzie nauczyciel myślał, że dziecko jest nieukiem.
Dodam, że ocena, ile dziecko się nauczyło była dokonywana obiektywnie przez kogo innego.

Inna sprawa, że problem nierównych starań nauczycieli trudno wyeliminować nawet jeśli różne dzieci chodzą do jednej klasy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Anna, tu mnie masz.
Tak, uważam, że prawo do dobrego startu każdy powinien mieć, tyle, że ja w to też nie wierzę, to mrzonka;/
już choćby wrodzona inteligencja ludzi dyskwalifikuje w przedbiegach, rodzina, wychowanie, miłość, jaką dostanie dziecko lub nie. Za wiele czynników, jakich usankcjonować odgórnie się nie da.

Komentarz został ukrytyrozwiń

OK Klaro, nie wierzysz że wszyscy są równi... ale czy wierzysz w to że wszyscy mają prawo do równego startu?

Kwestia polega na tym, że dzieciaki są jak plastelina... co sobie ulepisz tak będziesz miał (oczywiscie pomijam wrodzone zdolności i tendencje). Rzeczywiście, Polska to nie Szwecja i nie Dania... ale tylko dlatego ze my "źle lepimy".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hmmm - po wojnie wszystkie dzieci były biedne, elementarz jeden, teatr i spiewacy operowi przjeżdzali do szkoły (taki mieli nakaz), gimnastyke uprawiali wszyscy, zęby leczył dentysta szkolny, a wakacje spędzało sie na koloniach lub w domu.
Nie istniała selekcja; w obecnej chwili proces segregacji rozpoczynają sami rodzice; prócz lepszego wykształcenia i wyzszej pozycji materialnej tknięci czystaj wody snobizmem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

przede wszystkim za długi jest ten tekst. Pewne postulaty, które tu deklarujesz, można by ując krócej i dobitniej.
Mnie po lekturze, po zasłyszeniu poodbnych informacji w radiu przychodzi na mysl taka rzecz, pewnie niepopularna, że to mrzonka uważać, że wszyscy są równi. Ja w to nie wierzę.
Oczywiście stwarzanie takich podziałów jawnie, na starcie trąci czymś kompromitującym, ale nie sądzę, żeby było to zjawisko w Polsce nagminne. Podział na lepszych i gorszych zaczął się już w momencie tworzenia szkół prywatnych, strzezonych osiedli itp. itd.
to są zjawiska, z którymi trzeba się pogodzić. Polska to nie Szwecja. A poza tym każdy do lepszego życia może sobie aspirować a odgórnie lepszego życia nikomu stworzyć się nie da.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie sądzę żeby było tak tragicznie. W mojej szkole przed zapisaniem dziecka do szkoły odbywa się spotkanie wych. kl Z rodzicami. Każdy nauczyciel przedstawia swój pedagogiczny dorobek rodzicom, po zebraniu w obecności wice rodzice wpisują swoje dzieci na listy do konkretnych nauczycieli. Nigdy nie słyszałam o żadnych ankietach i tym podobnych papierkach. Pilnujemy tylko żeby w miarę możliwości w każdej klasie było tyle samo dzieciaków. Nie ma problemu z przeniesieniem dziecka do innej klasy. te klasy istnieją aż do zakończenia sp.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tutaj mam jeszcze parę linków o problemie:

To na temat raportu dr Murawskiej z 2004:

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/w;co;piatej;miejskiej;szkole;podstawowej;istnieje;segregacja;uczniow,35,0,63523.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/10,88721,5672820,Szkolna_segregacja_uczniow_.html

Na internecie można też znaleźć sporo artykułów cytujących dzisiejszy "Dziennik" i opinie internautów.

Nie wiem w jaki sposób odbywa się rekrutacja do publicznej podstawówki, ale myślę że segregację przeprowadzić można łatwo (z technicznego punktu widzenia) - rodzice wypelniaja jakies dokumenty, świstki, tu pytanko o miejsce pracy, tam o zarobki... wszystko wygląda na zwykłe zbieranie informacji, a potem dziecko znajduje sie w odpowiedniej klasie... początkowo może nawet rodzice nie zdają sobie sprawy z kryteriow doboru. Nie wiem, tak to sobie bym wyobrażala, może jakis nauczyciel naświetli nam proces doboru dzieciaków do poszczególnych klas?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niezmiernie mnie zaniepokoił Twój tekst, jak również artykuł z dziennika. Pewnie podszedł bym do tego raczej ostrożnie jak zazwyczaj robię ale tu faktycznie może być coś na rzeczy, ponieważ w swojej miejscowości słyszałem ostatnio przy próbie przeniesienia dziecka z klasy do klasy (3-4 klasa podstawówki) rodzic usłyszał od wychowawczyni, żeby się jeszcze zastanowić drugi raz bo tamta klasa jest "gorsza". Chciałbym w to wszystko nie wierzyć ale...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pamiętam, że kiedy szłam do liceum w ankiecie renomowanego gdańskiego ogólniaka pojawiło się pytanie: jak rodzice mogą pomóc szkole... Sądząc po wynikach rekrutacji to pytanie mogło mieć duże znaczenie. Za to w podstawówce czy gimnazjum (nie zdawałam testów przed gimnazjum) niczego takiego sobie nei przypominam. Jeśli tak faktycznie jest, to absolutny skandal! Znam wiele inteligentnych dzieci z niezamożnych rodzin, które mają znacznie większą motywację do nauki od innych... Nie wspominając o tym, że tak jak pisałaś, to z czym dzieci spotykają się w szkole nie może być dalekie od rzeczywistości świata "poza szkolnego" bo taka segregacja nie uczy żadnych dobrych postaw społecznych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Dziennik" komentuje raport o stanie oświaty, przygotowywany przez naukowców i pedagogów skupionych w konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość". Jak podałam w artykule, juz ponoć 4 lata temu w co piatej szkole dochodziło do segregacji...

Szkoła podstawowa już dawno za mną, nie mam w rodzinie dzieci w wieku lat 7 do 14 i do tego nie mieszkam obecnie w Polsce... swoją wiedzę czerpię głównie z cytowanego artykułu, aczkolwiek z informacjami na ten temat spotkalam się już wcześniej (m.in. Newsweek). Ja jestem także lekko zszokowana, (za "moich czasów" tego chyba nie było) ale nie aż tak zdziwiona... skąd mamy pewność że w akurat w naszej szkole nie przeprowadza się segregacji?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.