Facebook Google+ Twitter

Potęga magii w „Iluzjoniście”

Wchodzący na ekrany polskich kin obraz Neila Burgera przenosi widza do Wiednia z czasów Cesarstwa i opowiada historię miłości oraz walki. Prawdziwej czy tylko iluzorycznej?

materiały dystrybutora Edward i Sophie poznali się w młodości i zakochali w sobie, jednak różnica pochodzenia nie pozwoliła im być razem. Aż do czasu, kiedy 15 lat później Edward, znany wówczas jako Eisenheim Iluzjonista, pojawił się w Wiedniu i swoim show zainteresował następcę tronu Leopolda. Narzeczoną księcia, którą ten wysłał na scenę, by zdemaskowała maga, okazała się Sophie.
W tym momencie zaczyna się właściwa akcja filmu.

Reżyser zadaje pytanie, czy uczucie między dwojgiem ludzi przetrwa, mimo iż pełen jest wątpliwości, czy w ogóle przetrwać może. Małżeństwo z Sophie ma bowiem pomóc Leopoldowi zasiąść na tronie. Można się więc spodziewać, że konflikt pomiędzy arystokratą a iluzjonistą będzie nie do pogodzenia, a walka o prawdę, kobietę i rację rozwinie się do rozmiarów sporu o własną świadomość. Jednak film Burgera bardzo łytko i banalnie pokazuje historię miłosną i zmagania o kobietę. Bardziej soczyście wygląda tu inny pojedynek - dwóch silnych i inteligentnych osobowości. Staje do niego właśnie Eisenheim, który naprzeciw siebie ma szefa wiedeńskiej policji Uhla. Bardzo mocna, głęboko psychologiczna i przekonująca to walka, tym bardziej że w interpretacji dwójki wspaniałych aktorów – Edwarda Nortona i Paula Giamattiego (swoją drogą, dosyć niedocenieni to artyści).

Nikt nie może tu dać za wygraną, nikt nie poddaje się bez walki, choć stosunki między oboma nacechowane są ogromną ilością pozoru. Tak naprawdę nie wiadomo, co czują i na co są gotowi, aby osiągnąć cel. Pragnienie Eisenheima, by być z ukochaną i chęć inspektora, by odkryć sekret magika są odczuwane na tym samym poziomie emocji (dla każdego z nich z osobna). Dla obu te marzenia okazują się priorytetem i widzowi ciężko ocenić, które jest obiektywnie ważniejsze.


materiały dystrybutoraReżyser co chwila (nie do końca z korzyścią dla opowiadania) przeskakuje ze sfery prywatnych rozmów Leopolda z policjantem do spotkań ukochanych, przygotowań do spektaklu, a dalej do sali widowiskowej, gdzie iluzjonista prezentuje swój program. W końcu leje się krew, najwięksi pesymiści zaczynają wierzyć w nadprzyrodzone zdolności Eisenheima, a on sam, na skutek nacisków władzy, próbuje zrezygnować z kariery. Tylko co z tego jest prawdą, a co iluzją?

Czy magia, miłość, śmierć, które zajmują w tym filmie ważne miejsca, są na tyle realne, by wyciągnąć po nie rękę, czy to tylko pozory, którymi karmi się człowiek, by zaspokoić ambicje i marzenia? Czy Eisenheim potrafi przekonać swoją publiczność, że to, co pokazuje na scenie jest realne? Czy Uhl, zawieszony pomiędzy rozkazami Leopolda a fascynacją magikiem, wybierze właściwą stronę? Pytań tych reżyser stara się nie pozostawiać bez odpowiedzi, jednak daje sporo przestrzeni na interpretację. Wiele miejsc pozostawia pustych, niewyjaśnionych i ta karciana rozgrywka twórcy filmu z widzem trwa do finału, kiedy Burger wyjmuje prawdziwego asa z rękawa.

Jest jeszcze jedna (kto wie, czy nie najważniejsza) rzecz, dla której warto obejrzeć „Iluzjonistę”. To zdjęcia Dicka Pope’a – mroczne, ale też delikatne, proste i subtelnie stylizowane, tak by idealnie oddać epokę (może trochę nazbyt pochopnie, ale w tym elemencie zaryzykuję porównanie z „Barry Lyndonem” Stanley Kubricka). W filmie doskonale widać, kiedy zapowiada się na deszcz i kiedy pomieszczenia oświetla tylko blask świecy. Operator fotografuje miasto i jego mieszkańców z niezwykła czułością i wrażliwością, niczym uliczny malarz, i to także dzięki niemu iluzja Eisenheima jest tak realna.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.