Facebook Google+ Twitter

Potrzeba matką wynalazków. A przede wszystkim działania

Emigracja, radość z polskości objawiona chlebkiem prawie polskiego pochodzenia i prawdziwie polskim pasztetem oraz wynikłe z tego konsekwencje...

- Umieram. – Helenka stanęła w drzwiach mojej sypialni. Oparła się o drzwi blada i ledwo żywa.
Rzuciłam okiem. Żartuje chyba - pomyślałam. Po czym tu umierać…

Wróciłam do przerwanej rozmowy z Małgosią. W końcu nie często człowiek ma okazje pogadać ze znajomkami w Polsce. Tym bardziej, że ona w ramach szeroko zakrojonych oszczędności zrezygnowała z telefonu stacjonarnego w domku. Mogę z nią gadać jedynie, kiedy jest w pracy i o ile oczywiście może na pogaduchy ze mną sobie pozwolić, i o ile ja na te pogaduchy się zerwę. Sześć godzin różnicy to niby mała różnica. Faktem jest, że to ja muszę poderwać się nad ranem ponieważ mieszkam w Nowym Jorku.

Helenka dyskretnie wycofała się do salonu. Usłyszałam, jak klapnęła w fotelu. Jej krótki, urywany oddech nie dawał mi jednak spokoju. No dobra. Niech będzie. Okażę się bliźnim. Poniosę i ja konsekwencje wczorajszego wieczoru.

A było tak pięknie. Wizyta znajomków Helenki, którzy w ramach gościńca podrzucili nam polski chleb, polski pasztet mazowiecki i polska wódkę, nie zapowiadała niczego złego. Swojskie jadło. Prawie. Chleb wypiekany jest w jednej z nowojorskich piekarni, ale dla nas oznacza całodniową wyprawę. Teraz był na miejscu.

Goście pojechali. A my? Cóż robić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? Naturalnie kontynuować. Przyniosłam szklaneczki. Miały być drinki, ale ja nie gustuje w takich wynalazkach. Wole czystą wódkę, o ile oczywiście nie mam innego wyjścia albo jedynego faceta, z którym w życiu mi wychodzi – J. Danielsa z Tennessee. Zatem zdrowie pan po raz pierwszy. Po drugiej kolejce zrobiłam kanapki. Alkohol sączył się z wolna. Chlebek z pasztecikiem smakował wybornie. To jeszcze po jednym. To po herbatce. I tak spędziłyśmy uroczy wieczór, wspominając i obmawiając. To podobno dobrze robi na psyche. Grzecznie udałyśmy się na spoczynek, każda do swojego pokoiku. Nie było żadnego Dnia Dziecka – posłusznie nawet „tyknęłyśmy po szałerku” (ponglish: take a shower, wziac prysznic).

Pożegnałam się z Małgosia i pośpieszyłam koleżance na ratunek. Siedzi bidulka, blada jak ściana, oczy zapadnięte. Przestraszyłam się nie na żarty. Pieniądze mogę wysłać rodzinie, i owszem, ale umieranie? To już ponad moje siły.

- Zrobię ci herbaty. Poczujesz się lepiej – zaproponowałam.
-Wiesz, wyrzygałam zęby – usłyszałam w odpowiedzi – Mam jeszcze zapasowa szufladkę, ale tamte były lepsze.

Zamarłam. To teraz mam się śmiać czy płakać? Pogoniłam do toalety. Spuszczam wodę, słychać, ze coś blokuje przepływ. Na szczęście nie zatrzymuje wody. Wtedy byłaby dopiero jazda. Co tu począć o 5 rano? Nurkuję ręka, ale nie ma szansy wydostać protezy. Coś trzeba postanowić. Zawsze mogę poprosić Jima o pomoc, tylko jak mu wytłumaczyć obecność protezy w sedesie? Zęby myłam? I było ciemno?

Robię herbatę. Helenka kwili niemalże jak małe dziecko. Rany boskie, potrzebna była mi ta wódeczka…

Myślę i kombinuje przy porannej herbacie. To herbata o świcie! I myślenie też idzie jakoś opornie. Mam. Zbyszek. Zaprzyjaźniony hydraulik. Wstaje dosyć wcześnie, bo przed ósmą musi być na Manhattanie, ale 6 rano to nie jest zwykła pora, by gościa stawiać na nogi. Czekamy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.