Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

30513 miejsce

Powrót do grzechów przeszłości

po dwudziestu sześciu latach dominacji postsolidarnościowych kombatantów Polsce potrzebna jest zdrowa, odświeżająca zmiana u sterów państwowej nawy.

Okładka książki / Fot. Włodzimierz Dajcz Polska to taki kraj, któremu udaje się niekiedy wejść na ścieżkę modernizacji, przybliżającą do wspólnoty narodów stanowiących twardy trzon ludzkiej cywilizacji. Zdarzało się w dziejach naszego kraju nielicznym, światłym elitom skierować społeczną inicjatywę, do działań na rzecz uwolnienia polskiego, zapyziałego zaścianka, od zasłaniających widok na świat oparów mistycyzmu i kołtuństwa oraz do wydobycia się z technologicznego zacofania. Historia uczy nas, że rozwój cywilizacji nie toczy się w ruchu jednostajnie przyspieszonym, lecz kluczy czasem leniwie przez meandry zastoin, żeby niespodziewanie runąć do przodu z siłą wodospadu. W krajach nadających tempo modernizacji zdarzały się także okresy stagnacji, bywało też, że ślepy los włączał tam wsteczny bieg. Regułą były jednak tendencje rozwojowe, a smuta i bierność bywały owszem, ale jako krótsze lub dłuższe przerywniki w procesie rozwoju. Kilka kroków do przodu, jeden wstecz, tak w uproszeniu to wyglądało w centrum protestanckiego świata. Rzeczpospolitą zaś cechowała odwrotność tego procesu. Kryzys był regułą, a przyspieszenie wyjątkiem. Właśnie dlatego po dziś dzień wleczemy się permanentnie w ogonie zachodniej cywilizacji.

Niech przemówią fakty. Żeby nie sięgać zbyt daleko, osławiona demokracja szlachecka była niczym innym jak ustrojem niewolniczym. W czasie kiedy zachodni europejczycy kolonizowali zamorskie kraje, a swój lud wyzwolili z poddaństwa i pańszczyzny, polscy panowie, jak najbardziej patrioci i katolicy, trzymali chłopstwo w karbach niewolnictwa. Wychwalani dziś właściciele urokliwych, polskich dworków czerpali swój dobrostan z krwawicy ciemiężonych i pozbawionych podstawowych praw chłopów. Spoiwem tego haniebnego procederu była niestety, jak byśmy to dziś nazwali, społeczna nauka Kościoła, błogosławiąca system społecznych nierówności, jako rzekomo boski porządek. Nawet wtedy, kiedy zaborcy, mimo niechęci polskich panów, dokonali uwłaszczenia umęczonych chłopów, owi pobożni szlagoni zamiast pieniędzmi płacili najemnikom kuponami do własnych wyszynków, gdzie wynajęci arendarze poili ich okowitą pędzoną w pańskich gorzelniach. Czy to nie tu należałoby szukać w dużej części korzeni sławnego w Europie polskiego alkoholizmu, który w naszych czasach wprowadza w miarę regularnie w „baśniowy” nastrój większość Polaków, nieletnich nie wyłączając?

To zadziwiające, ale w naszym sarmackim, zacofanym zaścianku zdarzały się niekiedy dni chwały, choć zapału na ogół nie starczało, żeby dokończyć dzieła zapoczątkowane przez nielicznych pasjonatów, widzących znacznie dalej niż za rubieże szlacheckiej zagrody. Takim intelektualnym zrywem było dzieło Sejmu Czteroletniego, czyli 3 Majowa Konstytucja. Niestety zaraz potem nastąpiła Targowica wyrychtowana przez patriotycznych i bogobojnych, a jakże magnatów, a tuż po niej definitywna utrata niepodległości. Minął z okładem wiek, gdy po rozpadzie europejskiego zamordyzmu, na fali powojennych zmian udało się elitom skleić państwo polskie z ziem wyrwanych osłabionym, przeżywającym krach militarny i gospodarczy ościennym zaborcom. Niestety Józef Piłsudski wysiadł zbyt wcześnie z tramwaju Socjalizm, a trzeba było uczcić Niepodległość i jechać dalej. Entuzjazmu, a potem cierpliwości do wprowadzenia demokracji i budowy społeczeństwa obywatelskiego starczyło na zaledwie 8 lat, i to z przerwami na prowadzenie potępieńczych swarów między skonfliktowanymi obozami politycznymi.

Krwawy przewrót majowy 1926 roku wydał Polskę pod dyktat twardej prawicy. Wprawdzie proces modernizacji gospodarczej trwał nadal, ale był znacznie spowolniony, a powszechna korupcja wśród politycznych elit, widoczna szczególnie w sektorze wojskowo-zbrojeniowym bezlitośnie osłabiała państwo, powstrzymując rozwój społeczno- gospodarczy. Skutek był taki, że po niespełna dwudziestu latach uboga i zacofana II Rzeczpospolita nie miała żadnej szansy w starciu z agresywnymi sąsiadami, a ci którzy mienili się największymi patriotami uciekli w popłochu przez Zaleszczyki do Rumunii i dalej na Zachód pozostawiając opuszczony naród na pastwę hordom najeźdźców. Próby modernizacji były także podejmowane w Polsce Ludowej, niektóre z powodzeniem, jak powojenna odbudowa i uprzemysłowienie kraju, wielkie inwestycje w sferze kulturalno-oświatowej. Skończyło się jednak upadkiem autorytarnego systemu z powodu jego skrajnej niewydolności gospodarczej i rosnących dysproporcji między siermiężnym poziomem życia Polaków w porównaniu do wysokiej stopy życiowej społeczeństw bogatego Zachodu.

Upadek sowieckiego supermocarstwa przyniósł Polsce kolejną, być może niepowtarzalną sposobność na modernizację. Ta szansa powstała po dołączeniu do Zachodniego Świata, gdzie nasz kraj w dobrze pojętym, społecznym interesie powinien na długo zakotwiczyć, wykazując determinację do włączenia się w orbitę nowoczesności, innowacyjności, kreowania i wdrażania nowych technologii oraz postępowych zasad współżycia między ludźmi. W pewnym stopniu tak się stało dzięki przekazaniu części suwerenności unijnym organom w Brukseli, oraz wielkim pieniądzom/ głownie niemieckim/ płynącym ze stolicy zjednoczonej Europy na przystosowanie naszej infrastruktury do tamtejszych wymogów i unowocześnienie zacofanego technicznie rolnictwa. Udało się, bo obstrukcyjne formacje polityczne miały dość solidnie związane ręce prawem unijnym, co powstrzymywało całkiem skutecznie próby psucia państwa przez mocno zakorzenione w polskiej świadomości rozłogi destrukcyjnego i gnuśnego sarmatyzmu.

Nie udało się niestety raz na zawsze przeorientować polityki zagranicznej Polski w kierunku twardego jądra zachodniej cywilizacji. Po zdjęciu autorytarnych wędzideł obudziły się drzemiące przez lata sarmackie ciągoty do powrotu na pogranicze cywilizacji, podbudowane nostalgią za ckliwą apoteozą kresowości, owych sielskich widoków, rodaków chodzących w łapciach i mieszkających pod malowniczymi strzechami, za krypami ”Marynarki Wojennej” na tonącym w błocie Polesiu, Ligą Morską i Kolonialną z mrzonkami o koloniach na Madagaskarze. Krótko mówiąc powstał obóz polityczny z mitem założycielskim Polski od morza do morza, skupiony wokół konserwatywnego duchowieństwa, ukształtowanego na wzór poprzedników toczących walkę z aparatem państwa komunistycznego, dążącego do marginalizacji religii i wpływów Kościoła w społeczeństwie. Wprost niebywały wzrost znaczenia Kościoła katolickiego po ostatecznym upadku komunizmu zaowocował wielką ofensywą katolickich hierarchów w kierunku podporządkowania sobie państwa. Przejawia się to głównie w naciskach na przystosowanie prawa państwowego do założeń katolickiej doktryny wiary, w imię dogmatu o nadrzędności moralności katolickiej w stosunku do innych norm etycznych, prymatu społecznej nauki Kościoła oraz wykorzystania państwowego aparatu przymusu do siłowego szerzenia ewangelizacji. W myśl biskupów państwo i Kościół mają stanowić jedność, przy prymacie władzy kościelnej nad świecką, oczywiście.



W jednej swoich książek wspomniałem autentyczne wydarzenie lokalne z końca XIX wieku, kiedy to pewien światły proboszcz podstępem oczyścił głowy swoich parafian z kołtunów, które hodowali przez całe życie i z determinacją znosili mino wielu z tego powodu trapiących ich dolegliwości . Kołtun tworzył się z włosów niestrzyżonych, zlepionych brudem, objętych wszawicą. Lud wierzył, że jest on dziełem szatana, a kto go usunie z głowy zostanie pokręcony i więcej chodzić nie będzie. Pomocnicy księdza oszukali Złego upalając wiernym skołtunione włosy sierpem rozgrzanym w ognisku płonącym na poświęconej, kościelnej ziemi. Szatan jednak nie dał za wygraną i przeniósł kołtun do wnętrza głowy, gdzie do dziś pozostaje, wychylając się często, gęsto na Boży świat. Od pewnego czasu można właśnie zaobserwować wielki renesans sarmackiej kołtunerii w każdej niemal dziedzinie życia naszego społeczeństwa, ze szczególnym wskazaniem na politykę.

Po dwudziestu sześciu latach dominacji postsolidarnościowych kombatantów Polska pilnie potrzebuje rzeczywistej, zdrowej, odświeżającej zmiany, ale nic z tego, bo brakuje nam zdrowej socjaldemokratycznej alternatywy, choćby takiej jak w Niemczech. Rządząca dwie kadencje centroprawicowo-liberalna koalicja powinna odpocząć w opozycji i przemyśleć jak to się stało, że rozwojowi naszej gospodarki towarzyszyła stała tendencja do pogłębiania nierówności społecznych. Któż jednak miałby ją zastąpić w dziele zachodnioeuropejskiej integracji? Dobrego wyboru niestety nie ma. Do władzy z siłą tsunami prze niesiona na falach demagogii i populizmu bogoojczyźniana, sarmacka prawica.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.