Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

840 miejsce

Powrót do krainy dziecinstwa

Mam życiorys ulepiony z różnych dekad – załamań i wzlotów. Jestem szczęśliwy, że tyle przeżyłem. I nadal żyję.

Minęło sześćdziesiąt pięć lat, odkąd Koszęcin zamieniłem na miasto? Chciałem być bliżej miejsca pracy i przeznaczyć trochę dnia dla siebie. Był 1953 rok, codzienne dojazdy parowym pociągiem do Katowic pochłaniało cztery godziny. Wagony osobowe były nazbyt prymitywne, miały niewygodne ciasne przedziały i drewniane siedzenia. Wybór padł na Gliwice, miasto pełne zieleni. Mówiło się, że to śląskie płuca.


Do mojej krainy dzieciństwa pojechałem samochodem. Jako trasę obrałem: Gliwice – Pyskowice – Tworóg – Koszęcin. Od Tworogu, dawnej granicy z trzecią rzeszą, prowadziła leśna droga asfaltowa. Kiedyś była usypana żwirem. Tą żwirową drogą wojska Wehrmachtu w dniu 1. września 1939 roku wkroczyły do Koszęcina.

Z lewa i prawa niekończące się sosnowe i świerkowe lasy, kiedyś stanowiące własność księcia Hohenlohe. Jako chłopiec chodziłem do nich na grzyby, czarne jagody, jesienią czerwone borówki. Zza kierownicy patrzyłem na te lasy, a serce podskakiwało do gardła, nie mogąc się napatrzeć do syta. Lasy te w dzieciństwie przez lata, dziesiątki lat, uskrzydlały moją wyobraźnię? Zawsze to wiedziałem. Teraz moje oczy przekonywały mnie na nowo: że sosny i świerki nie są nigdzie tak piękne, jak na Śląsku. Minęło 78 lat, kiedy wśród tego szpaleru strzelistych drzew moja szkolna wychowawczyni, pani Augusta Treścińska, każdej zimy urządzała dla całej klasy kuligi.


Przede mną nasyp kolejowy z mostem – brama wjazdowa do krainy dzieciństwa. Wczesnym rankiem 1. września 1939 roku polscy żołnierze wysadzili ten most w powietrze, tworząc blokadę dla zmotoryzowanej kolumny Wehrmachtu nadciągającej od strony Tworogu. Odbudowany, w styczniu 1945 roku spotkał go podobny los. Ale tym razem to żołnierze Wehrmachtu wysadzili most, zamykając drogę zwycięskiej Armii Czerwonej.


Z dala wyłonił się drewniany kościółek św. Trójcy, obiekt rozmyślań o przemijaniu. Otacza go ponad czterysta letni cmentarz. Właściwie chciałem, jak papież, uklęknąć, ucałować cmentarną ziemię ze szczątkami mojego dziadka Józefa Franciszka i babci Franciszki, braci ojca i wiele lat ode mnie młodszego kuzyna Floriana

.Fragment panoramy KoszŁcina fot. Rajmund Czok / Fot.
Jako człowiek z dużego miasta, odwiedzając krainę dzieciństwa na siłę porównywałem dawną prostotę wiejskiego życia między katolicyzmem, seksualnością i faszyzmem. Brzmi to obecnie abstrakcyjnie, Ale wtedy było to dla mnie zmysłowym doświadczeniem, groźbą, strachem, ekstazą.


Zamek byłego księcia Karola Ingel-Fingel zur Hohenlohe przypomniał pierwsze lata powojenne. Tu dojrzewałem jako młody aktywista organizacji socjalistycznej OMTUR. Dziś zamek jest siedzibą rozśpiewanego i roztańczonego państwowego zespołu pieśni i tańca „Śląsk”, rozsławiającego Koszęcin na wszystkich kontynentach. Wchodzę do parku. Po stawie pływają kaczki. Wiele alejek zmieniło swoje żwirowe ścieżki, nie ma już dawnych altan, zmienił się także drzewostan, Posadzono wiele nowych drzew i miałem wrażenie, jakby krzyczały one teraz radośnie w lekkim podmuchu.


Oczom nie dowierzałem, na każdym kroku napotykałem przeciwieństwa. Ludzie urządzili się tu wygodnie i nowocześnie. Świat jest taki jaki był od zawsze, ale tutejsi ludzie nie potrafią już żyć w starym systemie. Stary SYSTEM zamienili na NOWY. Zdumiewał mnie nawet brak kur bezkarnie łażących po przelotowej drodze, unoszącego się w powietrzu wszechobecnego zapachu gnojownicy, czy brak pijanych w sztok włościan przed dawną karczmą pana Lesza. Zamiast obrazu wczesnych lat młodości, na każdym kroku zastałem fascynujące zmiany.

Niebo się zachmurzyło, nadciągał deszcz. Wstąpiłem do restauracji zjeść coś z śląskiej specjalności. Czy tym razem w jadłospisie będzie również rolada śląska z kluskami i modrą kapustą? Przypomniał mi się ten dom i karczma z czasów przedwojennych, a także właściciel –karczmarz, sędziwy pan Lesz, u którego po „fajerancie” chłopi schodzili się na kufelek piwa i pograć w bilard. Po wojnie dom przejęła Spółdzielnia Samopomocy Chłopskiej, karczmę przekształcono w chłopską gospodę. W III RP nowy dzierżawca przejął gospodę i wyposażył w nowoczesną restaurację. W przelotnym spojrzeniu nie dostrzegłem tu nic z dawnej przedwojennej i powojennej świetności, która w międzyczasie przybladła.


Zamówiłem żur albo żurek – jak się na to mówi: śląską specjalność, którą jadało się głównie w latach przedwojennych. Właściwie powinienem opowiedzieć historię żuru, bo to nie jest tylko zwykła zupa, to coś więcej - cząstka mojego dawnego życia. Moja mama żur przyrządzała z kwaszonego chleba razowego. Do tego dodawała pokrojoną w kostkę wędzonkę lub plasterki kiełbasy, czasem do smaku jeszcze suszone borowiki, tłuczone kartofle, różne zioła, przede wszystkim majeranek. Na Śląsku w każdym mieście i na wsiach bywały różne jego odmiany. To zupa, którą jedzono nie tylko w najbiedniejszych rodzinach, ale także w zamożnych. Kiedyś była nawet podawana na stołach górnośląskiego ziemiaństwa. I gdy teraz jadłem podany przez kelnerkę żurek, przewracałem oczami z zachwytu, bo wraz ze smakiem na podniebieniu, pojawiło się moje dzieciństwo: koszęcińskie niebo, powietrze, lasy, łąki i pasanie krów u dziadka… a teraz jeszcze żurek! Smakowałem moje dzieciństwo.

W samym centrum obok siedziby zarządu gminy, dawny wyboisty plac przeobraził się w wybrukowany rynek z zielenią, ławkami i murowaną bramą. Z lewa i prawa pięknie odrestaurowane domy ze schludnymi podwórkami i zabudowaniami gospodarskimi, pełno nowoczesnych will, a obok gustowny „Cafè Bar” z zapierającym dech wnętrzem. Kilka kroków dalej lodziarnia mojej kuzynki, która tę specjalność przejęła w genach po rodzicach. Jakże miło było zawiesić na wszystkim wzrok. Nie mogłem uwierzyć.
[plik 2 prawa

W drodze powrotnej minąłem kościół parafialny pw. NSP Jezusa. Skończyłem dziesięć lat, gdy służyłem tu Bogu jako ministrant. Tylko tak mogłem okazać pokorę, tylko tak mogłem odpokutować za popełnione grzechy. A było z czego – ukradłem w zakrystii butelkę wina mszalnego - ale proboszczowi się nie przyznałem. Dawniej mszę odprawiano po łacinie, dlatego mszę miałem wykutą na pamięć. Jako ministranci mieliśmy też kłopot z organizacją Hitlerjugend, bo nakazała szkolnemu wychowawcy obniżyć nam stopnie z zachowania.

Jeszcze tylko skok na osiedle Piasek. Trzynaście lat mieszkałem tu z rodzicami w dzierżawionym domku jednorodzinnym. Zmiany osiedla zastałem ogromne. Kiedyś składało się ono z kilkunastu zabudowań, teraz willa obok wilii, a każda z schludnym obejściem. Tylko nasz dawny domek raził pustostanem. Właściciele oraz spadkobiercy powymierali. Młodszemu pokoleniu wieś nie w nos. Na parkanie duża tablica z napisem „Dom na sprzedaż”. Z przykrością skonstatowałem: to już nie ta sama kraina mojego dzieciństwa. Wszystko się tu odmłodziło – tylko ja się postarzałem.

(Fragment biografii "Cofnąć czas")

Wybrane dla Ciebie:


Tagi:


Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Tekst z kategorii: "Tu zaszła zmiana... w scenach mojego widzenia."... Przeczytałam z dużym zainteresowaniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawe są takie odwiedziny dawnych miejsc życia, powrót do wspomnień z dzieciństwa. I zdziwienie... jak bardzo ten świat się zmienił.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.