Facebook Google+ Twitter

Powrót marnotrawnego ojca rapu

Gil Scott-Heron, postać z pogranicza jazzu, soulu i rapu powraca po 15 latach. Czyżby po raz ostatni?

Okładka płyty / Fot. Materiały promocyjneGil Scott-Heron. Poeta, muzyk, protoraper prezentujący głos Ameryki przełomu lat 70. i 80. Wykrzyczał wszystko, co musiał i zamilkł na 15 lat.

Na nowej płycie, zatytułowanej przekornie "I'm new here", mamy obraz Scotta-Herona jako człowieka u kresu drogi.

Nie ma już śladu po funkowym groove'ie, radosnej improwizacji zaproszonych muzyków ani energicznym głosie samego artysty, tak dla niego kiedyś charakterystycznymi. Jest za to minimalistyczna, przytłaczająca elektroniczna muzyka i zachrypnięty, łamiący się wokal głównego bohatera, świadectwo ciężkich doświadczeń (od czasu wydania poprzedniego albumu miewał problemy z uzależnieniami i popadał w konflikty z prawem).

Klamrę albumu stanowi dwuczęściowe "On Coming From a Broken Home", w którym autor oddaje hołd mającej wielki wpływ na jego rozwój matce i opowiada o życiowych potknięciach. Znamienny jest fakt, że Gil Scott-Heron, który przed laty tworzył podwaliny nowego gatunku muzycznego - rapu, recytując swoje wiersze do rytmicznej muzyki, teraz wykorzystał sample z piosenki Kanye Westa. Czyżby był gotów na przekazanie berła w inne ręce?



Zaraz po tym następuje cofnięcie o 70 lat - współczesna interpretacja kompozycji legendarnego bluesmana, Roberta Johnsona - "Me And The Devil". Scott-Heron nie poprzestaje na tym, jeśli chodzi o wykorzystanie dziedzictwa innych muzyków, mamy tu jeszcze "I'll Take Care Of You" Bobby'ego "Blue" Blanda, czy w końcu tytułowe "I'm New Here", wykonywane pierwotnie przez Smoga.

15 utworów pokazuje samotnego, ciężko doświadczonego przez życie człowieka zamkniętego między blokami betonu. Ascetyczne, industrialowe bity dopełniają słów Scotta-Herona w "New York Is Killing Me", "Where Did The Night Go", piosenkach o poczuciu zagubienia w metropolii, której przed laty był piewcą oraz o braku porozumienia między ludźmi.

Koncepcja albumu szybko staje się jasna - widzimy artystę, który po latach spogląda na swoje życie i dorobek. Gil Scott-Heron jest wobec nas uczciwy, blaszano-betonowe podkłady ilustrują jego spojrzenie na świat, w którym przyszło mu spędzać jesień życia, zdarty głos przypomina ostatnie nagrania Johnny'ego Casha, który zapożyczonym od Trenta Reznora "Hurt" w równie przejmujący sposób rozliczał się z życiem. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że słyszymy półgodzinny epilog autobiograficznej opowieści wielkiej postaci, wygłoszony z melancholią, ale też wdzięcznością, a w końcu i afirmacją życia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.